Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ebooki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ebooki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, kwietnia 28, 2016

Codzienne wyzwania

Nie żebym nie miała o czym pisać. Mam. Tematów aż nadto. Nie jest bowiem łatwo być mamą czwórki dzieci. Znajomi mówią mi, żebym napisała o tym książkę, bo mogę wypowiedzieć się na temat opieki nad małymi dziećmi, bajek, zabawek, książeczek. Znam proces dojrzewania, wchodzenia w dorosłość. Dużo wiem o nastolatkach i ich problemach. Co nie znaczy, że umiem sobie z nimi radzić.
Tematem numer jeden jest matura najstarszej córki, jej egzaminy wstępne na studia. Od 10 lat gra na skrzypcach, kocha muzykę, wiec zdecydowała się studiować ten kierunek. Nie jestem pewna, czy to dobry wybór, ale kto to może wiedzieć, Jest prawie dorosłą kobietą - nie chcę i nie mogę jej niczego narzucać. Mogę rozmawiać i tłumaczyć, ale ona ma już plan i niestety moje argumenty nie są najważniejsze. Martwię się o moje dziecko - dużo się w jej życiu teraz dzieje - ma chłopaka, Irlandczyka. Dyskutujemy, mniej lub bardziej spokojnie, ile czasu może z nim spędzać. Robi prawo jazdy; w Irlandii wygląda to trochę inaczej niż w Polsce - po zdaniu egzaminów praktycznych, trzeba wziąć lekcje z instruktorem, a potem można jeździć z osobą posiadającą uprawnienia. Więc córka mnie wozi. Jeździ bardzo dobrze, pewnie czuje się za kierownicą, ale trochę się denerwuję, bo widzę, że coraz mniej mnie potrzebuje...


środa, lutego 10, 2016

Kto sieje zło, zbiera nieszczęście - "Żniwa zła" Robert Galbraith

English Market w Cork
Tak jak kiedyś spieszyłam się do księgarni, by kupić kolejną książkę z serii o Harrym Potterze, tak teraz czekam na kolejne książki o Cormoranie Striku. J. K. Rowling potrafi pisać, potrafi tworzyć napięcie. Umie budować atmosferę, tworzyć fikcyjne światy, odmalowywać miejsca, kreować postacie - i to w jej powieściach jest najciekawsze.  Gdy tylko w pojawiła się jej najnowsza powieść w postaci ebooka i mogłam ją mieć niemalże od ręki, bez namysłu po nią sięgnęłam. Joanne po raz kolejny  kryjąca się pod pseudonimem Roberta Galbraitha, który jak sama pisze jest jej placem zabaw, wie, iż  nie musi pracować. Dożywotni dochód zapewnił jej Harry Potter  i nie ma w tym żadnej magii - jest praca i talent. Tworzenie kolejnych powieści jest tym, co prawdopodobnie po prostu lubi. Pisanie o zbrodniach, psychopatach sprawiało jej frajdę.  Czuć jej pasję, czuć jej emocje. Nie zawiodłam się. A powiem więcej, czekając na najnowszą książkę tej serii miałam nadzieję, że w końcu   dowiem się więcej o głównych bohaterach i dostałam właśnie to czego chciałam.


czwartek, stycznia 14, 2016

Kryminalnie - Peter May, Katarzyna Pużyńska, Alek Rogoziński i dwa zdania o Camilli Lackberg

Naszło mnie ostatnio na kryminały. Przeczytałam kilka. Tak jeden po drugim. I mogłabym powiedzieć, że mam  na razie dość zbrodni i śledztw, ale  wczoraj właśnie miała premierę najnowsza książka  Joanne Rowling, czy jak kto woli Roberta Galbraitha -  "Żniwa zła"  i muszę ją przeczytać! Przede wszystkim dla Cormorana Strike'a - to dopiero ciekawie wykreowany bohater:)
I to właśnie w kryminałach podoba mi się najbardziej - charakterystyczni, konkretni, inteligentni, twardzi dochodzeniowcy płci obojga.  Lubię śledzić ich tok myślenia, lubię tę kryminalną logikę i analizę wielu śladów prowadzących do odkrycia sprawcy. A jednocześnie  cieszę się, że kryminały nie są skupione tylko na opisach zbrodni i poszukiwaniu przestępców, ale jest w nich ciekawie rozbudowana warstwa społeczno-obyczajowa. Policjanci nie skupiają się tylko na pracy, są normalnymi ludźmi różnie radzącymi sobie z różnymi emocjami.

środa, lutego 04, 2015

"Córeczka" Liliany Fabisińskiej - o pewnym "natężeniu świadomości"


1 lutego święta  Brygida podobno  przynosi wiosnę. Pierwsze jej  oznaki  są już  widoczne - kwitną krokusy, hiacynty, żonkile;  ptaki śpiewają coraz odważniej; dzień staje się coraz dłuższy.

W Irlandii na ten dzień  czeka się podobnie jak za oceanem na dzień świstaka. Tradycja nakazuje  w przeddzień  wysprzątać dom, upiec ciasto, przyjąć gości, w żadnym wypadku nie odmawiać potrzebującym. Zeszłoroczny słomiany krzyż św. Brygidy należy spalić, a u sufitu powiesić nowy. Czasem wywiesza się również części ubrania i wstążki, aby Brygida, wędrując po kraju, dotknęła ich i pobłogosławiła ich właścicielom na następny rok. Wstażek nie wywieszałam, ale pranie suszyło się na dworze:) A krzyż ze słomy mam, bo Alicja zrobiła w szkole. Św. Brygida Irlandzka jest patronką wyspy, zwaną celtycką Marią, patronuje także  pracy na roli,  nowemu życiu, poezji, odnowie i lecznictwu.

Nietypowa ta wiosna w tym roku - mroźna, a  nawet odrobinę śnieżna. Codziennie  rano, patrząc na białe hiacynty, muszę walczyć ze szronem na szybach auta. Wieczorami wciąż  trzeba palić w kominku,  co zresztą lubię bez względu na porę roku... 
Gdy dzieci idą spać, zagrzebuję się pod kocem i otaczam się tym, co sprawia, że odpoczywam -  kubek owocowej herbaty, książka i muzyka... Czytam  niemalże do czwartej nad ranem, w tle mając delikatne dźwięki ukochanych piosenek - ostatnio za sprawą "Córeczki" Liliany Fabisińskiej - Starego Dobrego Małżeństwa i Grzegorza Turnaua.

.

"Córeczkę" dostałam od Magdy Witkiewicz w formie pliku  pdf - prosiła, bym przeczytała książkę, która powstawała równolegle z jej "Pierwszą na liście"
Pierwsze  podobieństwo obu książek można zauważyć dość szybko - obie zaczynają się od niespodziewanej wizyty -  w drzwiach głównych bohaterek staje nastolatka.  Młode kobiety żądają wyjaśnień,  zmuszają do spojrzenia w przeszłość, do stawienia czoła wydarzeniom sprzed lat. Epizodycznie w "Córeczce" pojawia się nawet Ina - dziennikarka - bohaterka książki Magdy.
Styl - podobny. Równie dobry. Lekki, ale daleki od banalności. Bliski życiu, codzienności - wydarzenia i postacie prawdopodobne, dialogi naturalne. 
I najważniejsze - najnowsze książki Liliany Fabisińskiej i Magdaleny Witkiewicz  mają silny wydźwięk społeczny. Poruszają ważny i aktualny problem, mają szansę wywołać coś dobrego. Nie robią tego nachalnie - wprost przeciwnie - edukacyjne przesłanie odczytuje się niejako przy okazji. To przede wszystkim bardzo ciekawe, wzruszające historie kobiet, które muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich najważniejsze. To piękne opowieści o tym, że miłość niejedno ma imię.


Główną bohaterką jest Agata - pani psycholog, ekspertka od wychowywania dzieci, wielokrotnie pojawiająca się w rozmaitych mediach z głosem doradczym, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach z dziećmi, jak się z nimi komunikować. Jest mamą Filipa, żoną idealnego męża. Jest szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną kobietą.  Wizyta Zuzy, dziwnie wyglądającej piętnastolatki, burzy jej spokój. 
Musi wrócić do wspomnień o romansie sprzed lat. Do wydarzeń jak z harlequina - niezwykłych, romantycznych, intensywnych, ale bardzo przy tym  prawdopodobnych. Okazuje się, że wykształcona i doświadczona kobieta także popełnia błędy. Przed laty przez kilka dni była mamą dla pewnej dziewczynki, która teraz potrzebuje jej pomocy. Tytułowa córeczka to  niejednoznaczna postać - jej tajemnice odkrywane są stopniowo.  Ta zbuntowana, i sprawiająca pozory silnej i niezależnej, dziewczyna, wciąż jest jeszcze dzieckiem -  samotnym i zagubionym. Żeby jej pomóc Agata musi przewartościować cały swój świat. 




Z czasów, gdy mieszkałam z braćmi pamiętam utwór, który bardzo pasuje do sytuacji, w której znalazła się Agata. Przez kilka dni w jej głowie przewijały się, niczym wersy hip hopowej piosenki zespołu Kaliber 44, słowa: "Plus i minus to jedyne, co słyszę; plus i minus, to jedyne, co widzę.." 
Tym, którzy nie słuchali hip hopu, wyjaśnię, że chodzi w niej o oczekwanie na wynik badania na obecność wirusa HIV. Agata musi zmierzyć się z podobnym lękiem. Dowiaduje się bowiem, że jej partner sprzed lat jest seropozytywny.


Nigdy nie można mieć pewności, że przeszłość do nas nie wróci w najbardziej zaskakującej postaci. Czasem okazuje się, iż decyzje podjęte lata wcześniej odbijają się rykoszetem na chwili obecnej. Książka potwierdza prawdę starą jak świat:  nie można się zarzekać, że nigdy, że na pewno... Życie lubi weryfikować naszą pewność siebie...

O tym, że wirus HIV wciąż budzi lęk, przekonałam się ostatnio, oglądając serial "Na Wspólnej".
Nie będę streszczać problemów serialowych postaci, ale akurat tego dnia, gdy kończyłam lekturę "Córeczki", Kamil i Zuza walczyli w sądzie o to, by wróciła do nich ich adopocyjna córeczka. Serialowa Zuza jest nosicielką wirusa. Wrażenie zrobiła na mnie scena przed sądem - krzyki, wyzwiska... Okazuje się, że wciąż trzeba pracować nad świadomością społeczną, walczyć z uprzedzeniami, ze stereotypami. Książka Liliany Fabisińskiej pokazuje, że test nie jest wyrokiem. Wyrokiem może być nieświadomość.
Podobała mi się bardzo scena w książce, pokazująca zakochanych wspólnie robiących test na HIV - ciekawa walentynkowa inicjatywa, prawda? 
Miałam robiony taki test w czasie ciąży. Pamiętam  napięcie związane z oczekiwaniem na wynik.  Gdzieś w podświadomości był lęk,  bo przecież tyle razy miałam pobieraną krew... Czysto irracjonalny lęk, ale potem była też ulga i zadowolenie, że wiem. 
Książki Liliany Fabisińskiej nie można nazwać przewidywalną  - wzrusza,  zaskakuje,  intryguje. I co najważniejsze -  każe zadać sobie pare pytań, pozostawia  w głowie ślad. 
Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
Polecam.

piątek, września 26, 2014

Umrzeć im przyszło, gdyż kochali wielkie sprawy głupią miłością... ("Ty jesteś moje imię" K. Zyśkowska-Ignaciak)


"Z głową na karabinie" - to jeden z moich  ulubionych wierszy. Siedzi w mej głowie od czasów szkolnych. A zwłaszcza fragment, którego parafraza znalazła się w tytule postu. Poezja Baczyńskiego jest we mnie. Wzrusza.  Jest niesamowicie obrazowa. Ale do tej pory poeta był tylko postacią z podręcznika.

"Co dzień kochając cię, płaczę,
 tęsknię za tobą - patrząc, 
oczy mi popieleją,
 wiedzą, że nie zobaczą...." 
(fragm. wiersza "Pragnienie"
K. K. Baczyński)

Znałam oczywiście biografię poety, ale Katarzyna Zyśkowska-Ignaciak wydobyła z niej mnóstwo uczuć
 i emocji. Przedstawiła tych  "Szlachetnych straceńców" niezwykle autentycznie.

"Ty jesteś moje imię" - powiedzieć o tej książce, że to fabularyzowana biografia to za mało. Napisać, że to powieść o tragicznym pokoleniu Kolumbów - to też błąd. To przepięknie napisana historia miłości Krzysztofa i Barbary.      Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Barbary Drapczyńskiej.
Dwa i pół roku razem -  tylko i aż; wbrew wszystkiemu i wszystkim; na przekór wojnie, okrutnym czasom rozkwitło coś, co wzrusza do dziś. Niektórzy całe życie marzą o takim uczuciu, szukają, pragną i na tych marzeniach  nierzadko się kończy... Oni  zaznali... Bardzo intensywnie...

Barbara Drapczyńska

Z  lekcji o Baczyńskim pamiętałam m.in. słowa Jarosława Iwaszkiewicza o młodych idących do ślubu, a wygladających jak dzieci idące do komunii. Ta anegdota pojawiła się też w tej powieści - nabrała nowego wyrazu. Wiele można się  dowiedzieć z tej książki:  że Baczyńscy byli ludźmi dobrymi,  wrażliwymi i bardzo odważnymi - uczestniczyli  w tajnych kompletach, w swoim mieszkaniu  pozwolili schować broń całego oddziału, ukrywali  Żydówkę,  zaangażowali się w konspirację. Że Basia bardzo przeżywała problemy z teściową, poronienie, kolejne tragiczne  wiadomości o bezsensownej śmierci któregoś z przyjaciół, atmosferę miasta, łapanki,  palące się getto i świadomość, że Krzysztof ma żydowskie korzenie... Na kartach powieści przewijają się nazwiska wielkich nieobecnych - Gajcego, Weintrauba, Borowskiego, Jędrzejewskiego, wspomnianego Iwaszkiewicza. 
Echem na Baczyńskich odbiła się też Akcja pod Arsenałem... 
Ale wszystkie te informacje są tylko tłem dla wielkiego uczucia. 
Miłości. 
Poezji. 

Okładka książki nocą na czytniku - robi wrażenie, prawda?

Co jest jeszcze ważne? Poezja słów autorki - urzekła mnie ich melodia, słowa zalewały ciepłem, swoją głębią. Katarzyna Zyśkowska-Ignaciak zadbała nie tylko o rzetelne przedstawienie ostatnich lat życia Krzysztofa Baczyńskiego, ale zadbała o brzmienie  każdego zdania. Ta historia jest piękna. Napisana pięknym językem.  Trzeba jednak podkreślić,  iż  autorce udało się uniknąć patosu - tu nie ma nic z budowania pomnika wielkiego poety. Nie ma w tej książce sztucznej podniosłości, moralizowania, czy żałowania...
"Świat dzienny stanowiła rzeczywistość rozsypanych w gruzy systemów moralnych, brutalnie podzielona drutem kolczastym, gdzie ze ściśniętych gardeł padały słowa: Treblinka, Mjdanek, Auschwitz, a śmierć stała się tak powszechna i zwyczajna, że sprowadzono ją do liczb, do statystyk. Świat nocny - nierzeczywisty, ulotny - chronił młodych kochanków za pozornie bezpieczną barierą utkaną z ich pocałunków. Pod grubą warstwą słów o szczęściu, cicho szeptanch do ucha w bezsenne godziny. I tych wykrzyczanych w miłosnym uniesieniu, a później przelewanych w świetle świecy zielonym atramentem nadziei na papier. Słów, których drobne linie coraz szczelniej zapełniały notesy Krzysztofa."

Powieść jest wiarygodna,  a przez to bardziej boleśnie tragiczna. 
Z bólem w sercu czytałam o planach Baczyńskich, o ich marzeniach, 
o ich dziecku... Ech, nie sposób wyrazić żalu...
Z książki przebija dziwna siła, która pchała Krzysztofa i Barbarę ku śmierci. Wszyscy uprzedzali, ostrzegali, przekonywali. Oni sami mieli złe przeczucia - czy tak było? Czy tak tylko pokazała to autorka, czy tak wyglada to z perspektywy czasu? Czemu nie wyjechali? Czemu się nie ukryli ? Czemu Krzysztof tak się upierał?  Tak miało być? 
Fatum?
Łzy cisnęły się same...

źródło
Gdyby nos Kleopatry, gdyby nie wojna,  gdyby przeżyli...- świat byłby zupełnie inny. Jednak nie czas gdybać. Nie ma sensu.   Teraz mamy obowiązek pamiętać, uczyć, by młode pokolenia poznały wojenne historie. My słuchaliśmy  opowieści  naszych dziadków. To były bolesne historie. Jednak  dla młodych  - wojna to abstrakcja. I  dzięki Bogu! - ale skąd oni mają się dowiedzieć, jak kształtowała się ich wolność?!
Rocznica wybuchu wojny czy powstania zmobilizowała twórców do pokazania tamtych czasów. Dobrze, że ukazane są z różnych perspektyw. Na każdą wrażliwość może zadziała...

Są przecież książki - od tych encyklopedycznych po fabularyzowane, są wywiady z ostatnimi z żyjących uczestników, są wspomnienia. Są książki dla dzieci (m.in."Asiunia" Joanny Papuzińskiej, "Zaklęcie na "w"" Michała Rusinka)  i młodzieży ( jak chociażby "Galop'44" Moniki Kowaleczko-Szumowskiej)
Powstało wiele filmów i seriali, np. jeden z moich ulubionych "Czas honoru".  Niedawno obejrzałam "Sierpniowe niebo", teraz czekam na "Miasto 44". Jest też film o Baczyńskim, oglądaliście?

Najważniejsze, że ciągle na ten temat się mówi, pisze, śpiewa. Wiem, że zabrzmi to bardzo sztucznie i patetycznie, ale ja naprawdę tak myślę - nie wolno nam zapomnieć o tamtych wydarzeniach.
Książka Katarzyny Zyśkowskiej-Ignaciak "Ty jesteś moje imię"  w tym zestawieniu zajmuje miejsce szczególne - jest niezwykła, piękna, wzruszająca - potrzebna!



Cytat pochodzi z omawianej książki. 

poniedziałek, września 22, 2014

Jesienny ekshibicjonizm...

Wiecie, że w Irlandii o jesieni mówią od sierpnia? W szkole dzieci dowiadują się, że ta pora roku trwa od pierwszego sierpnia do końca pażdziernika... W tym roku jest wyjątkowo pięknie - mamy tzw. indian summer. Ja jednak nie przepadam za jesienią - przygnębia mnie. Nie lubię porannych chłodów, mgieł. Podobają mi się kolorowe liście na drzewach, ale wiem, że za chwilę spadną i będzie szaro i ponuro. Staram się cieszyć tą niezwykłą dla tej wyspy pogodą, ale nie umiem wyzbyć się jesiennej nostalgii... Nic to, wkrótce znów zakwitną jabłonie...



Tej jesieni na pewno nie będę miała zbyt wiele czasu na to, by popadać w jesienną zadumę. W domu, jak zwykle, masa obowiązków. Dzieci, które ciągle mnie potrzebują.
I mnóstwo ciekawych zapowiedzi książkowych...

Mam na półkach dziesiątki nieprzeczytanych książek, kolejne czekają na mnie na moim czytniku, ale nie potrafię oprzeć się pokusie podglądania tego, co szykują różne wydawnictwa... Zdaję sobie sprawę, że to już rodzaj uzależnienia, ale nie chcę się z niego leczyć!





  Te książki bardzo chciałabym ustawić na swoich półkach. Przeczytam wszystko, co wyjdzie spod pióra Jacka Dehnela - uwielbiam jego styl i kunszt. Historia religijnej oszustki wydaje się niezwykle intrygująca. Z przyjemnością wrócę do Księgogrodu - do świata stworzonego przez Waltera Moersa. Niesamowita wyobraźnia, niewiarygodne przygody  -jestem pewna, że to będzie miły powrót... Szymon Hołownia - znam większość jego książek, bardzo cenię sobie jego spojrzenie na Kościół, wiarę, religię.  Tym razem - kościół od kuchni...
I książki, przed którymi czuję niepokój, ale bardzo chcę je przeczytać. Przy książkach Romy Ligockiej - płakałam, wzruszałam się...Bolało... Ale chcę jeszcze... Doris Lessing - jej wnikliwy, a jednocześnie prosty język wywołuje wiele refleksji. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie "Piąte dziecko". Równie przejmujące, równie dobre, choć nieporównanie inne w wymowie książki Mario Llosy - ciekawe, czym zaskoczy mnie tym razem. "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" uważam za jedną z najlepszych książek, jakie czytałam. 
I jeszcze taka zachciewajka - jako bibliofil, książkoholik na osobnej półeczce ustawiam sobie książki o książkach. Chcę czytać o ludziach, dla których czytanie było sensem życia. Dlatego też na pewno kupię "Księgarnię spełnionych marzeń" Kateriny Bivald.






   
Kolejne zapowiedzi tej jesieni. Na te książki też czekam, ale te będę miała w wersji elektronicznej. Chyba najbardziej czekam na "Jedwabnika" Galbraith'a, a właściwie J.K. Rowling - jest już w przedsprzedaży w kilku internetowych księgarniach, więc w 24 września rano robię sobie prezent, kupuję ebooka i rozwiązuję kolejną zagadkę z Cormoranem Strike'em. Bardzo polubiłam tego bohatera. 
Wspaniałym zamknięciem epickiej trylogii bedzie na pewno jej trzeci tom, długo wyczekiwana książka Kena Folleta. Historia dwudziestego wieku, kilka rodzin, uczucia, emocje. Powieść najprawdopodobniej będzie dość ciężką kilkusetstronicową cegłą, więc wygodniej bedzie mi ją przeczytać na czytniku. Poważne tomiszcze to nagradzana i chwalona książka Eleanor Catton. Widziałam tę pozycję w jednej z irlandzkich księgarni, ale, że niestety nie czytam biegle po angielsku, muszę czekać na polskie wydanie. Ciekawa jestem bardzo, jakie na mnie zrobi wrażenie... I jeszcze dwie małe wisienki - powieści "Czarne skrzydła" i "Kochając syna". Tu jestem pewna pięknych historii, sporej porcji wzruszeń, zapewne łez...
Żeby nikt nie powiedział, że  na polskim rynku wydawniczym dzieje się bardzo mało, to dorzucę jeszcze książkę Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak  "Wieczna wiosna". Czytam  właśnie inną powieść tej autorki, przeżywam ją bardzo i sądząc po opisie, przy "...wiośnie" bedzie podobnie...

***

 Nie dostaję egzemplerzy recenzenckich, nie współpracuję z żadnym wydawnictwem. Nikt nie naciska, że recenzja ma być na wczoraj. Książki czytam  swoim rytmem,  na ile codzienność pozwala. 
Pisząc, nikomu  nie muszę się przypodobać.
Zawsze jestem subiektywna,  przedstawiam moje zdanie i cenię je sobie, nie silę się na analizę dzieł i dziełek -  teorię literatury miałam lata temu, teraz czytanie ma sprawiać mi przyjemność. Mogę sobie krytykować to, co mi się nie podoba, ale wrodzony optymizm i wyuczona zdolność wyszukiwania pozytywów każe mi w każdej  lekturze znaleźć coś na plus - więc chyba nie napiszę,  że jakaś książka zasłużyła na wyrzucenie do kosza, że jest zła - a przynajmniej mam taką nadzieję...
Piszę o tym, co gdzieś we mnie siedzi, uzewnętrzniam się tu... Blogowanie - pisanie wirtualnego pamietnika -  stało się moją pasją. Najwięcej  piszę  o książkach,  bo dzieki nim mój świat nie ogranicza się do codziennej rutyny. 
Jestem trochę świrnięta, zwariowana, zbzikowana. Wiem. Czytanie to jest moja pasja, konik,  fioł, zamiłowanie... Gdy zaczynam rozmawiać o książkach, często widzę kpiące spojrzenia:  "a ta znowu swoje"..., ale wierzcie mi, że gdyby nie książki, to byłabym jeszcze bardziej szurnięta i nie wiem, czy można byłoby mnie wtedy jeszcze nazwać normalną - pięć lat zajmuję się domem, skupiam na domu, wszystko kręci się wokół domu, dzieci... - musiałam postawić na siebie, znaleźć czas na pasję, czas dla siebie. Tak dla zdrowia psychicznego...
A poza tym, pomimo, że kocham swoje dzieci,  to jednak nie chcę być tylko i wyłącznie "housewife" -  CHCĘ COŚ ZNACZYĆ!!! Nie chcę być wyłącznie mamą czwórki dzieci...
Marzy mi się, by moje posty były czytane, by były komentowane...

Moje pierwsze prezenty książkowe od osób, które znają mnie wyłącznie jako blogerkę.  Cieszę się ogromnie, że zostałam zauważona! Dziękuję!


czwartek, września 11, 2014

Olśniewająco! ("Coraz mniej olśnień" Ałbena Grabowska-Grzyb)

Początek września to dla mnie od lat bardzo trudny czas. Dzieci idą do szkoły. Zmienia się rytm życia rodziny. W tym roku czynnikiem ułatwiającym, a nawet wspomagającym jest pogoda - kompletnie nietypowa - nieirlandzka. Jest pięknie -  ciepło i słonecznie. Gdy budzi mnie słońce,  chce mi się rano wstawać, mam siłę na to, co przynosi dzień. Staram się wykorzystać każdą wolną chwilę, by cieszyć się taką pogodą. 

Jakiś czas temu miałam przyjemność przeczytać książkę "Lady M" Ałbeny Grabowskiej-Grzyb (tu moja opinia). Bardzo spodobał mi się styl tej autorki, więc bez lęku sięgnęłam po kolejną jej powieść "Coraz mniej olśnień".  Drugie spotkanie muszę uznać za równie udane!



W przypadku tej powieści świetnie sprawdza się zdanie: nie oceniaj książki po okładce. W wydaniu elektronicznym do lektury ma skłonić z lekka wystraszone dziewczę z różowymi włosami, z okularami na oczach.  Na okładce wydania papierowego  kusi ponętna, szczupła, pewna siebie kobietka w zwiewnej sukience. Obie  te okładki są jakieś takie banalne, przesłodzone - w żaden sposób nie zapowiadają treści. Gdybym nie poznała wcześniej twórczości pani Grabowskiej, nie wiem, czy bym po tę książkę sięgnęła. 

 

Moje pierwsze wrażenie po skończonej lekturze? Ale jak to, kurde, jest mozliwe?! Przecież czytałam uważnie, to nie tak miało być... - zaskoczenie,  totalne zaskoczenie.

Ale od początku. "Coraz mniej olśnień" to nie jest typowa obyczajowa historia. To raczej studium kobiecych emocji, próba zdefiniowania kobiecego charakteru. To podkreślenie wielowymiarowości i złożoności kobiecej duszy. Pokazać tyle uczuć na  zaledwie 308 stronach  - to wielka sztuka. Tak poplątać, by potem tak  inteligentnie połaczyć. Chapeau bas!

Marlena, Maria, Elżbieta i Alina.  Stylistka, dziennikarka, poetka i pani doktor, która z zrezygnowała z wykonywania zawodu. Cztery pewne siebie kobiety. Pewne swoich potrzeb. Same decydujące o sobie. To kobiety, które dużo przeszły. Nauczyły się dbać o siebie. A to, że czasem kosztem innych - to dla nich nieistotne. W co grają bohaterki?  Bo to, że grają -  wątpliwości nie mam. Mniej lub bardziej świadomie, czasem przed sobą, częściej przed innymi.  Muszą podejmować trudne decyzje, ponosić ich konsekwencje. Radzą sobie, ale czesto są przy tym cyniczne, nierzadko bezwzględne, a nawet wyrachowane. Ich twarde zachowanie często jest efektem ich bolesnych wspomnień, rozczarowań. Są wewnętrznie poharatane, a w głębi serca wrażliwe i spragnione ciepła.
Ta powieść to historia trudnych uczuć, skomplikowanych relacji. Niezwykle  autentycznych.
Najwięcej o relacji matka - córka, a raczej o trudnościach w budowaniu tejże. Ałbena Grabowska kwestionuje istnienie narodowego mitu matki. Pokazuje, że stereotyp Matki Polki jest bardzo łatwy do obalenia. Podczas lektury rodzą się pytania - co to znaczy, być dobrą matką? Czy kobieta ma prawo zawalczyć o swoje szczęście,  czy jest "tylko dla dzieci"? Czy jest granica zaangażowania w macierzyństwo, czy można połączyć bycie matką i spełnioną kobietą? Trudne, prawda? Odpowiedzi łatwych też nie ma. Nie ma jednej, prawidłowej odpowiedzi, bo ile kobiet, tyle recept na szczęście..

 A w tle mężczyźni - słabi, zależni.


Pomimo powagi tematu, trudnych emocji - powieści nie trzeba się bać.
Oprócz fragmentów trudnych, refleksyjnych są sceny dynamiczne, humorystyczne. Rozterki bohaterek przeplecione są obrazkami ze świata mody, pojawiają się nazwy znanych marek, opisy ciekawych stylizacji. Autorka pokazuje też środowisko dziennikarzy oraz lekarzy, umiejętnie wplata fachową terminologię. Ogromnym atutem jest też pokazanie groteskowego reality show na najlepszego poetę. Wyobraźcie sobie, że w ciągu dziesięciu minut macie ułożyć wiersz, wykorzystując trzy słowa, dajmy na to: kobieta, olśnienie, przeszłość. Waszego wiersza ma za chwilę posłuchać cała Polska. Szanowne jury ma wygłosić ocenę. Rewelacja:)

Ałbena Grabowska potrafi  odważnie pisać o  seksie, o seksualnych potrzebach. 
Rzadko się mówi o tym, ze kobieta potrzebuje spełnienia w seksie. Mało która z pań potrafi powiedzieć, że marzy o wspaniałym kochanku - nieważne mąż czy nie mąż...  Jedna z bohaterek ucieka,  by szukać szczęścia - swojego własnego, egoistycznego - tego matkom się nie wybacza...

Znów przez książkę czuję się sprowokowana do przemyśleń. Do  ustalenia ze sobą, czy warto zaciskać zęby, znosić swój los, czy warto o siebie zawalczyć...
Czy nie lepiej poszukać kompromisu? Ale czy kompromis nie jest formą tchórzostwa?
Czy codzienne zakładanie na twarz uśmiechu numer pieć jest grą, udawaniem? 

Na koniec zacytuję Kasię: "Styl Ałbeny Grabowskiej-Grzyb jest świetny, babski w najlepszym tego słowa znaczeniu, babski babskością najlepszej jakości, gdzie trzeba dosadnie, gdzie trzeba delikatnie, gdzie należy niedopowiedziany, a gdzie się nie da inaczej - po męsku, kawa na ławę."

Pani Ałbena jest lekarzem, neurologiem, epileptologiem, zna się na wielu poważnych chorobach, ale przede wszystkm zna się na kobiecych emocjach, Jest  pisarką, juz się poprawiam, jest 
Bardzo Dobrą Pisarką!

piątek, września 05, 2014

"Poczet królowych polskich" - rzecz o świecie, którego już nie ma


Ależ to powieść! Niesamowita, wspaniała, wyjatkowa  - takie lubię, takie działają na moją wyobraźnię, takie nie dają mi spać. Nie chciałam  opuszczać świata stworzonego przez Marcina Szczygielskiego.
Z żalem pożegnałam bohaterów - nie powiem, że odłożylam książkę na półkę, bo znów korzystałam z czytnika. Postanowiłam sobie, że przy najbliższej okazji muszę sobie kupić wersję papierową i wracać do tych postaci. 


Nietypowa konstrukcja powieści sprawiała, że odczuwałam ciekawość i niepewność zarazem. Zaczynałam czytać rozdział, nie wiedząc, kto tym razem będzie narratorem. Gdy po chwili sytuacja się wyjaśniała, musiałam odnajdywać się gdzieś w międzywojniu, po chwili w Warszawie, jak najbardziej współczesnej  - historia  mnie prowadziła, ja się jej podporządkowałam.
 Wątki się plączą, zazębiają, układają się w głowie w niesamowity wzór, jak w mandali, o której zresztą mówią główne bohaterki - tylko z oddalenia widać jej urok. 
Ogniwem łączącym są Królowe - nie koronowane, lecz władające światem wokół siebie. Róża Król - służąca w żydowskim domu - to pierwsza z nich. Potem dwie panie - Ina Król i Magda Król. Babcia i wnuczka. Jest jeszcze Zofia - córka Iny, matka Magdy, ale jej autor nie dał szansy nawet odezwać się
(sporo za to mówi się o niej). 
Główną bohaterką jest Ina, jednak określenie "babcia" nie bardzo do niej pasuje - jej życiorys to niemalże gotowy scenariusz filmu.  Od Ity Zajtel - dziewczyny z żydowskiej dzielnicy Warszawy do Iny Marr - gwiazdy kina.
   Marcin Szczygielski zbudował postać Iny w oparciu o biografię aktorki  polskiego okresu międzywojennego - Iny Benity. Nie będę pisać kim była, wystarczy bowiem wpisać jej nazwisko do wyszukiwarki, by przeczytać, jak znaną była postacią.


Ina Benita (1912-1944 - wg Wikipedii, a ta wiadomo może się mylić)

Drugą ważną postacią jest Magda, typowa przedstawicielka "młodych gniewnych" - singielka w dziwnym związku z gejem, zatrudniona w korporacji, z kredytem. Wnuczka Iny, dziedziczka rodzinnych tajemnic, traum...i dużych pieniędzy. 
Powieść to kompilacja wielu biogramów, życiorysów autentycznych  postaci, co autor zresztą zaznacza w kluczu do powieści. Domyślam się, że zebranie tylu materiałów kosztowało pana Marcina dużo wysiłku, ale jestem pewna, że była to fascynująca praca. Dla mnie klucz - swoiste posłowie - był równie fascynujący  i poruszający jak cała powieść. Każdą z postaci sobie wygooglowałam, obejrzałam dostępne zdjęcia. Z łezku w oku wróciłam do starego, czarno białego kina. Obejrzałam film "Jego ekscelencja subiekt" z Iną Benitą w jednej z głównych ról. Niesamowite wrażenie - oglądać postać, o której się czytało...
Marcin Szczygielski stworzył fikcyjną historię, wielce prawdopodobną, gdyż popartą datami, nazwiskami, tytułami filmów, o których można przeczytać. Stworzył  historię oszałamiającą!  

"Poczet królowych polskich" to bardzo konkretna historia - wszystkiego w niej po trosze - jest i trudna  acz barwna polska historia, i uczuć cała gama, i anegdoty, i nieszablonowi, nietypowi, kontrowersyjni
 bohaterowie, i współczesność ze swoją jaskrawością, i wspaniały język, i subtelność i naturalizm jednocześnie...
Jest i Wilno, i Warszawa, i prowincja.  Są teatry, pracownie krawieckie, garderoby aktorek, ploteczki i plotki. Sporo o środowisku gejów, transseksualistów tak międzywojennym, jak i współczesnym. Są żydowskie tradycje te przestrzegane, jak i te ignorowane... I powiedzonka Królowej - koniecznie muszę do nich wrócić, wynotować, rozgryźć, niektóre zapamiętać.

Kolejny mężczyzna, który mnie uwiódł - najpierw Jacek Dehnel, potem Remigiusz Grzela, teraz Marcin Szczygielski. Tych autorów wpisuję na listę ulubionych...

Oddam głos autorowi: tu można przeczytać wywiad, a tu obejrzeć rozmowę Marcina Szczygielskiego z Tomaszem Raczkiem:


Czy muszę dodawać, jak oceniłam tę książkę?
 Czy muszę jeszcze zachęcać? 
Jeżeli mi się nie udało przekonać Was do sięgnięcia po tę pozycję, może autor zrobi to lepiej:

Teledysk reklamujący książkę, gdzie Marcin Szczygielski partneruje Inie Benicie:)



środa, sierpnia 27, 2014

Przeczytane w wakacje - ujęcie drugie ("Z grubsza Wenus")

Średnia temperatura urlopu wynosiła ponad 30 stopni - jak dla mnie - za gorąco. W Irlandii odzwyczaiłam się od upałów - ratowaliśmy się lodami, chowaniem w cieniu ( dużo chłodniej nie było), wyprawami na basen lub nad rzekę. Jednakże upał dał się we znaki. 
Letnie, bardzo skape stroje sprowokowały mnie do sięgnięcia po książkę Anny Fryczkowskiej "Z grubsza Wenus". Pomyślałam sobie, że się trochę pośmieję. Okładka sugerowała lekturę łatwą i przyjemną. Jednakże, jakież było moje zaskoczenie, gdy już po kilku stronach zorientowałam się, że ani tak łatwo ani tak śmiesznie nie będzie. 

 

Chciałoby się powiedzieć, ze to  wydanie drugie poprawione, bo książka ukazała się kilka lat temu pod tytułem "Straszne opowieści o otyłości i pożądaniu". Sama autorka we wstępie zaznacza, że ta jest "grubsza i mądrzejsza".  Nie znam pierwszej wersji - ta bardzo mi się podobała.
A o czym jest ? O kobietach zmagajacych się z nadwagą. O Janinie i Barbarze, ale można by też  powiedzieć, że o Kasi, Zosi, Marysi, czy innej pani z nadwagą. Z róznych powodów obie bohaterki trafiają na wczasy odchudzające. Mają myśleć tylko o tym, jak schudnać. Mają tak się odzywiać i tak ćwiczyć, żeby schudnać. A to wcale takie proste nie jest, bo każda z nich na ten turnus przyjechała z całych bagażem emocjonalnych balastów tego chudnięcia nie wspomagającym. Z ich rozmów , przemyśleń i  wspomnień wyłania się portret współczesnej kobiety - próbujacej odnaleźć siebie wśród setek różnych propozycji jak ma wygladać: historia pełna jest obrazów pięknych kobiet; prasa (zwłaszcza ta kolorowa) pokazuje jakieś wzorce urody; w telewizji pełno ślicznych, uroczych, a przede wszystkim szczupłych dziewczyn;  mężczyźni oczekują określonego  wizerunku... I te kobiety miotają się przed lustrem - w tym za grubo, w tym brzydko, w tym mnie już widzieli, a zielony teraz niemodny, i tak dalej... Najgorzej, gdy ciuchy z szafy dziwnie się skurczyły... 
Wenus z Milo
"Toaleta Wenus" P.P. Rubens 
Wenus z Willendorfu
Świadomie nie opowiadam fabuły - kobiety mają problemy -  różne, jednak wszystkie postrzegają przez pryzmat swojego wyglądu. Zapominają o prawdziwej kobiecości. 
Strasznie się mądrzę - sama zapominam... Od dzieciństwa ciągle słyszałam "Nie jedz tyle - będziesz grubsza niż wyższa .." - bolało, wciąż boli. Byłam pilnowana na każdym kroku. Sama się pilnowałam. I jako młoda kobieta byłam szczupła. Jednak długo to nie trwało, bo szybko pojawiły się dzieci i znów musiałam ze sobą walczyć, by nie wyglądać jak szafa.  Teraz już tego nie robię - nie walczę. Uczę się, jak o siebie dbać biorąc pod uwagę zdrowie. Staram się  polubić siebie, jednak proste to nie jest. Nie lubię swojego wizerunku z lustrze, nie cierpię zdjęć ze sobą. Moją obroną przed komentarzami czy dyskusjami o dietach i  ćwiczeniach jest śmiech, z samej siebie oczywiście. Mówię zawsze, że latem cień daję, zimą grzeję... Podobnie jak Janina zajadam stres - podobno robi tak  połowa populacji; druga nie może jeść, bo stres odbiera im apetyt. Poważne to uproszczenie schematu odżywiania, jednak trzeba przyznać, że temat odżywiania, jego jakości ( i ilości) niejednej pani spędza sen z powiek. 
Mnie nie. Chyba nie. Już nie. 
Książka Anny Fryczkowskiej prowokuje do takich przemyśleń. 
Opowiada o kobietach z nadwagą,  i owszem, ale mądrze, prawdziwie, choć odrobinę ironicznie. 
 To opowieść o partnerstwie, o samotności w związku, o braku zrozumienia.  O tym, że każdy potrzebuje akceptacji i szacunku. Każdy marzy o prawdziwym uczuciu. 
 Książka dotyka problemu przemocy domowej, tej psychicznej. Mężowie, którzy mówią żonom, że te są grube, nie zasługują na nie! Mężczyźni wyłacznie krytykujący wprawiają kobiety w kompleksy, w złe samopoczucie. 

Narodziny Wenus S. Botticelli
Na koniec muszę się zatrzymać przy samym tytule - bardzo mi się podoba gra słów z Wenus w roli głównej:) Każdą z kobiet da się określić mianem tej bogini - tak z grubsza... Nieprawdaż?

Książka typowo kobieca, ale nie harleqinowata. Książka inteligentnie opowiadająca o potyczkach z własnym ciałem. Książka warta polecenia!


poniedziałek, lipca 14, 2014

"Zawsze oczekuj nieoczekiwanego, a nigdy się nie pomylisz" - "Zawołajcie położną"

Aż chciałoby się powiedzieć za Koheletem - "jest czas rodzenia i czas umierania"... W zeszłym tygodniu pogrzeb mojego wujka, teraz urodziny mojej Alicji ( już 13!!!). Po książkach o śmierci chciałam przeczytać coś o narodzinach.  Jednakże książka " Zawołajcie położną" Jennifer Worth przypomniała mi, że granica między życiem i śmiercią jest bardzo płynna. Nic nowego w tym momencie nie stwierdzam, ale podczas lektury uświadomiłam sobie, jak czesto o tym zapominamy. Przypomniałam sobie czas spędzony na porodówce w Polsce, gdy rodziłam moje starsze córki, a także w Cork, gdzie na świat przyszły moje młodsze dzieci. Wspominałam chwile, gdy trzymałam swoje skarby na rękach, gdy płakałam z radości, że takie śliczne, że zdrowe. Nikt mi nie wmówi, że kolejne porody to rutyna - za każdym razem przeżywałam, wzruszałam się i niezmiernie cieszyłam. 
Nigdy nie lubiłam zwrotu - urodził się. Jak to  - się? Urodziła matka. Moim zdaniem urodziny dziecka,to także święto jego matki ...


Jennifer Lee - była w Paryżu na pokazach mody najsłynniejszych projektantów, mogła zostać modelką lub stewardessą - została położną. 
Trochę przez przypadek trafiła do Domu Nonnata sióstr anglikańskich. Na początku praca z zakonnicami, była czymś osobliwym, ale z czasem okazało się, że ich sposób pracy, a przede wszystkim podejście do pracy i  pacjentek bardzo korzystnie wpłynęło na młodą pielegniarkę.
Książka "Zawołajcie położną" nie jest tylko  jej historią. Jenny jest narratorką, a prawdziwymi bohaterkami są kobiety, matki z londyńskiego East Endu lat 50-tych.  Jenny tym kobietom jedynie towarzyszy. I znów błąd - jak to -  jedynie? Jej obecność, wiedza i umiejętności umożliwiały to, że kobiety mogły urodzić swoje  dziecko w domu.


Jennifer Worth (1935-2011)

Podobno najlepsze scenariusze układa życie. Książka "Zawołajcie położną" opiera się na wspomnieniach autorki. Opowiada o ludziach, z którymi współpracowała, o matkach i ich dzieciach i przy okazji też o Londynie.  Szokujące były opisy warunków życia na East End. Po pierwszych kilku stronach miałam wrażenie, że zetknę się z opisami bardzo prymitywnych metod pomocy rodzącym kobietom. Jednakże byłam bardzo zaskoczona profesjonalizmem, naturalnymi sposobami, a nade wszystko zaangażowaniem położnych.  Opisów samych porodów nie ma wielu, dla mnie (matki czwórki dzieci urodzonych naturalnie) nie były one zbyt dosłowne czy krwiste. Jennifer pokazała porody z całym ich bólem i pięknem jednocześnie. Poród bożonarodzeniowy jest wręcz magiczny...


                                             
Odebrałam tę ksiązkę przede wszystkim jako apoteozę kobiecej siły, miłości i mądrości. Najbardziej poruszyła mnie historia Conchity Warren - matki 25 dzieci, nie pomyliłam się - dwadzieścioro pięcioro!
Spora gromadka, ale od razu muszę dodać, że ta liczba nie ma związku z żadną patologią.
Jenny opowiada o dwóch porodach Conchity, o wsparciu męża, o niesamowitym instynkcie macierzyńskim. Zdradza również sekret szczęśliwego  małżeństwa Warrenów - ona nie mówi po angielsku, on nie zna ani słowa po hiszpańsku...
W książce można znaleźć kilka wzruszających historii - o Mary, która uciekła z Irlandii do Londynu, by szukać szczęścia i spokoju; o pani Jenkins, którą bieda doprowadziła do obłędu czy też niespodziewanej chorobie Sally. Trzeba przeczytać!
Są też fragmenty pogodne, a czasem nawet śmieszne. Do łez rozbawiły mnie metody pracy siostry Angeliny, a zwłaszcza jej oczyszczające atmosferę pierdnięcie:) Albo scena świńskich zalotów, którą zachwycała się siostra Julienne - niesamowita!
Zanim zaczęłam pisać opinię o tej książce, chciałam poszukać jakichś informacji o dalszych losach autorki. Dowiedziałam się, że swoje wspomnienia spisała w trzech tomach, z czego drugi w Polsce ukaże się w 2015 roku. Już wpisuję na listę lektur obowiązkowych. 
W oparciu o książkę powstał też serial  "Z pamiętnika położnej" - obejrzałam pierwszy odcinek. Bardzo ciekawy! Lada dzień lecę na trzy tygodnie do Polski, więc mam nadzieję, że znajdę czas, by obejrzeć pozostałe odcinki. 




Moja ocena - oczywiście - 6/6

środa, czerwca 25, 2014

Bez recepty. ("Szczęście pachnące wanilią" Magdalena Witkiewicz)

Moja najstarsza córka skończyła  gimnazjum w polskiej szkole, ma za soba Junior Cert, czyli tzw małą maturę w szkole irlandzkiej. Alicja kończy irlandzką podstawówkę, Gabi skończyła preschool, jest zapisana do szkoły polskiej i irlandzkiej - tyle zmian, poważnych zmian, a ja muszę jakoś to, jak mówi młodzież, ogarniać.
Emocje ostatnich dni były bardzo męczące. Dużo się działo, wiele łez wzruszenia popłynęło, dlatego też potrzebowałam lektury łatwej, przyjemnej, kojącej.
Długi czas, funkcję lektur, które pozwalały mi się odprężyć, pełniły książki Moniki Szwai. Teraz taką etykietą oznaczyłabym to, co pisze Magda Witkiewicz.
Sięgnęłam po jej najmłodsze dziecko - "Szczęście pachnące wanilią" - i po kilku stronach wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.

Chciałabym kiedyś trafić do takiej kawiarni, jaką stworzyła na kartkach swojej powieści pani Magda. Dzieci wysłać pod opiekę Natalii, zamówić kawę z mlekiem i pyszną babeczkę z truskawką, przysiąść się do Karoliny i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, gdzie jeszcze trzeba zdążyć, co zrobić, itd.
Natalia, Karolina, Adrianna, Magda, a także Milena, Zuzanna i Zofia Kruk to bohaterki tej książki. Trzeba je poznać - wzbudzają ogromną sympatię. W "Szczęściu.." występują głównie kobiety oraz dzieci. W Irlandii powiedziano by: so sweet, it's cute... Ale te kobiety muszą zmagać się z różnymi problemami, z trudnymi emocjami. I radzą sobie! Same lub wspólnie. Mężczyźni są, i owszem, ale są tylko tłem...
Takie książki jak ta mogłyby być sprzedawane w aptekach jako lek na chandrę, gorszy dzień. Lekko,  z humorem, optymistycznie o życzliwych ludziach, o pozytywnych obrotach sytuacji, o marzeniach - świetna książka!
Nie znajdziemy w niej skomplikowanej fabuły, egzystencjalnych dylematów, ale czasem potrzebujemy uciec od tego, co trudne i zawiłe,  i na takie właśnie ucieczki polecam "Szczęście pachnące wanilią"!



Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam o tym, jaką matką jest Milaczek, jak w roli siostry odnajduje się Bachor i oczywiście, co u pani Zofii.
Żałuję, że nie odważyłam się napisać do pani Magdy, gdy byłam w Gdańsku...Żałuję, że nie zaprosiłam na kawę, nie zapytałam o plany literackie i o to, czy Magda Kondracka i jej dzieci to alter ego jej rodziny...Może jeszcze kiedyś będzie okazja...

Wszystkie książki pani Magda kończy podziękowaniem i prośbą do czytelników o wyrażenie opinii. Skorzystałam z tej mozliwości, by podziękować i pogratulować.
Piszę o tym, bo ja też mam prośbę. W statystykach wejść na mojego bloga widzę coraz większą liczbę. Nie umiem wyrazić, jak bardzo mnie to cieszy - dziękuję. Od znajomych słyszę pochlebne opinie, ale marzy mi się, żebyście napisali w komentarzu, co myślicie o tym, co piszę.  Napiszcie proszę, co wam się podoba, a co nie.
Możemy się umówić, że osobie, której komentarz wybiorą moje córki, wyślę pocztówkę z Kinsale oraz kilka zakładek do książek. Co Wy na to?


Dziekuję za przepis na babeczki - z malinami też są pyszne.



piątek, czerwca 20, 2014

"Najważniejszy w tym wszystkim jest chyba jednak człowiek..." ("Drzewo sprawiedliwości" Monika Warneńska)

Kto korzysta z Kindla, wie, że nowo wprowadzone ebooki wyświetlają się na pierwszej stronie. Książkę "Drzewo sprawiedliwości" kupiłam już jakiś czas temu, wrzuciłam na czytnik i powinnam już dawno stracić ją głównego ekranu, ale uporczywie wracała na pierwszą stronę - dziwne... Tak jakby chciała być przeczytana...

Drzewo życia 

Książka Moniki Warneńskiej nie należy do najprostszych. Jej zasadniczą częścią są wspomnienia Anny - kobiety ciężko doświadczonej przez los.
Bohaterką jest kobieta, która straciła męża, dziecko, kolejnego męża, bliskich...
Kobieta, która w czasie wojny zaangażowała się w pomoc ludziom narażonym na niebezpieczeństwo. Świadomie nie piszę, że pomagała głównie Żydom, bo to, jakiego wyznania jest osoba potrzebująca,  nie miało większego znaczenia.
Kobieta, która przez kilka lat zastępowała matkę dziecku, żydowskiemu dziecku.
Kobieta, która po wojnie musiała to dziecko oddać.
Kobieta, która nie mogła wyrzec się miłości...
Kobieta, która za swoje poświęcenie została wyróżniona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, a w Jerozolimie, w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Washem mogła zasadzić drzewo - drzewo sprawiedliwości...


"Kto ratuje jedno życie - ratuje cały świat" - Talmud

Zasadniczą częścią tej książki są losy postaci fikcyjnej. Ważniejsza jednak jest prawda historyczna, w którą została wpisana fikcyjna Anna. Przecież wiadomo, że takich kobiet były dziesiątki, setki, tysiące... Odznaczenie otrzymało ponad 25 tysięcy osób, z czego ponad 6 tysięcy to Polacy.
A przecież nie o wszystkich Instytut wie, o wielu już się nie dowie...
Przecież nigdy nie bedziemy wiedzieć, ile było osób narażających swe życie dla innych...
Chociażby bezimienna Niemka, która pomogła mojemu dziadkowi uciec z gospodarstwa, do którego trafił w ramach przymusowych robót. 

Drzewa sprawiedliwości

Tematyka wojenna wraca do mnie niczym bumerang. Od kiedy jako mała dziewczynka usłyszałam od swojego dziadka o jego doswiadczeniach, nie przestaję drążyć tematu. Czytam, mimo że boli.  Łudzę się, że może po którejś książce spłynie na mnie zrozumienie...Nie, wiem, że to pycha;  może chociaż dotrze do mnie  rozmiar tragedii, jaką była wojna. I jak na razie zyskuje tylko tyle, ze odkrywam coraz więcej jej odcieni...
Takie historie poruszają mnie, wzruszają, wywołują wiele refleksji.
Wiem, że nie można przerwać rozmawiać o tamtych wydarzeniach. To nigdy nie bedzie zamknięty rozdział. Dobrze, że powstają kolejne książki poruszające ten temat (ostatnio choćby "To, co zostało" Jodi Picoult)

"Drzewo sprawiedliwości" to książka nie tylko o holokauście, tragedii i bólu. To też historia o przyjaźni, o byciu matką.  Na pewno o człowieczeństwie. O  tożsamości, o poszukiwaniu swoich korzeni. To też  historia  trudnych stosunków polsko-żydowskich.  
Czytając o powojennych losach uratowanej dziewczynki, zastanawiałam się,  na ile okoliczności w jakich wzrastamy determinują nasze wybory?  Na ile wpływa na nas otoczenie? 

Książka opisuje też podróże do Izraela. Chciałabym tam kiedyś jechać  - do Jerozolimy.  Przygotowując ten wpis, odbyłam wirtualną wycieczkę po Instytucie Yad Vashem. Odnalazłam sporo polskich śladów. 


Pomnik Janusza Korczaka


Ściana upamiętniająca Getto w Warszawie

Zdjęcia pochodzą ze strony Instytutu Yad Washem. 
Tytułowy cytat pochodzi z omawianej książki.