Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, kwietnia 28, 2016

Codzienne wyzwania

Nie żebym nie miała o czym pisać. Mam. Tematów aż nadto. Nie jest bowiem łatwo być mamą czwórki dzieci. Znajomi mówią mi, żebym napisała o tym książkę, bo mogę wypowiedzieć się na temat opieki nad małymi dziećmi, bajek, zabawek, książeczek. Znam proces dojrzewania, wchodzenia w dorosłość. Dużo wiem o nastolatkach i ich problemach. Co nie znaczy, że umiem sobie z nimi radzić.
Tematem numer jeden jest matura najstarszej córki, jej egzaminy wstępne na studia. Od 10 lat gra na skrzypcach, kocha muzykę, wiec zdecydowała się studiować ten kierunek. Nie jestem pewna, czy to dobry wybór, ale kto to może wiedzieć, Jest prawie dorosłą kobietą - nie chcę i nie mogę jej niczego narzucać. Mogę rozmawiać i tłumaczyć, ale ona ma już plan i niestety moje argumenty nie są najważniejsze. Martwię się o moje dziecko - dużo się w jej życiu teraz dzieje - ma chłopaka, Irlandczyka. Dyskutujemy, mniej lub bardziej spokojnie, ile czasu może z nim spędzać. Robi prawo jazdy; w Irlandii wygląda to trochę inaczej niż w Polsce - po zdaniu egzaminów praktycznych, trzeba wziąć lekcje z instruktorem, a potem można jeździć z osobą posiadającą uprawnienia. Więc córka mnie wozi. Jeździ bardzo dobrze, pewnie czuje się za kierownicą, ale trochę się denerwuję, bo widzę, że coraz mniej mnie potrzebuje...


piątek, marca 04, 2016

Co najmniej 36 powodów do radości

Naprawdę mam się z czego cieszyć. Jest tyle powodów do dumy i radości, a tak mało okazji, by o tym powiedzieć. Szkoda, że nie obchodzimy Święta Dziękczynienia - czuję, że byłoby moim ulubionym. Ale doszłam do wniosku, iż nie potrzebuję specjalnego pretekstu, by napisać o tym, że jestem szczęśliwa. Nie będę przejmować się tym, iż mogę wydać się komuś banalna. Ani myślę martwić się tym, że zdradzam swój wiek - liczba przeżytych lat jest pretekstem pozwalającym uporządkować powody do wdzięczności i radości. I jeśli ktoś nie ma ochoty na osobiste wynurzenia jakiejś obcej baby w tym dokładnie momencie  przesuwa wzrok w górny, prawy róg ekranu i zamyka tę stronę.

sobota, lipca 25, 2015

Polski głos na irlandzkiej paradzie (Skibbereen 24.07.2015)

(źródło)
Kto w Polsce słyszał o miejscowości Skibbereen w Irlandii, kto słyszał o jakimś Jeremiahu O"Donovan Rossa? Ja usłyszałam o nim kilka dni temu. Był to irlandzki patriota walczący o wolność dla swojego kraju. Z jego biografii wynika, że angażował się w różne przedsięwzięcia mające pomóc Irlandczykom wyzwolić się spod angielskiej niewoli. W swoich działaniach pamiętał też o Polakach. Prawdopodobnie wiedział, iż znaczenie jego poparcia dla naszych przodków jest niewielkie, ale pod hasłami wsparcia dla  Powstania Styczniowego mógł ukryć hasła czytelne dla Irlandczyków. Walczył o wolność naszą i własnego kraju. I tak miedzy innymi w marcu 1863 roku zorganizował pochód mający poprzeć polskie Powstanie Styczniowe. W nielegalnej manifestacji wzięło wtedy udział kilka tysięcy ludzi. Jeremiah wygłosił wtedy płomienną mowę, w której mówił o wolności dla Polaków, Irlandczyków, ale i dla wszystkich narodów.


czwartek, czerwca 25, 2015

O Tappim, czytelniczym kryzysie, a przede wszystkim o Irlandii


Nie zgadzam się! Nie podoba mi się to, ale muszę to po prostu przeczekać. Czytająca mama nie może czytać. Czytająca mama na razie czyta tylko dzieciom wieczorami, bo na zarzucenie tego zwyczaju dzieci nie pozwolą, a i ten rodzaj czytania ciągle jest niczym niezmąconą przyjemnością. Więc dzieciom  czytam. 

Od kilku dni na tapecie mamy Tappiego, którego poznałam dzięki Mariuszowi. Muszę o tym opowiedzieć - w Warszawie na targach poznałam wielu blogerów. Jednym z nich był właśnie Mariusz z bloga Książki w pajęczynie. Gdy poznał nazwę mojego bloga, zadał mi tylko jedno pytanie - "Tappiego zna?" Nie znałam, nie słyszałam, nawet nie kojarzyłam. Więc szybko poszperałam w internecie i już wiem. I już znam. Dzięki:) Dzieci są zachwycone, mnie też się podoba. Sympatyczny wiking Tappi i jego przyjaciele - mieszkańcy Szepczącego Lasu - wzbudzili w nas bardzo ciepłe uczucia. Krótkie mądre historie są akurat do czytania przed snem. Wiem, że na pewno wzbogacę biblioteczkę moich dzieci o kolejne książeczki Marcina Mortki o Tappim.

Ale ja przecież nie o tym chciałam. Chciałam się odrobinę pożalić, napisać o czytelniczej niemocy. Od kilku miesięcy bowiem czytam wyłącznie książki zgłoszone do Festiwalu Literatury Kobiecej - książki polskich autorek, książki adresowane do kobiet, książki o kobietach i ... chyba mam przesyt. Już dawno tak nie miałam, że wolę posprzątać,  film obejrzeć niż poczytać.  Już nawet stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę, sięgnę po coś męskiego, krwistego, ale po prostu nie mogę. Muszę odpocząć, nabrać dystansu. Ten kryzys przełożył się trochę na to, że nie pisałam od trzech tygodni.
Drugim powodem mojego blogowego milczenia była wizyta  koleżanki z Polski. Chciałam jej pokazać, gdzie mieszkamy. Pokazać jej Irlandię, taką jaką ja pokochałam. Od klku lat niezmiennie uwielbiam jeździć po irlandzkich drogach. Wracać do ukochanych miejsc, odpoczywać na pustych plażach lub włóczyć się po irlandzkich górach. Pokażę Wam kilka zdjęć zrobionych przy okazji tych wycieczek oraz kilka filmików profesjonalistów zakochanych w Irlandii. Może ktoś się zdecyduje na wyprawę na Zieloną Wyspę? W razie gdybyście potrzebowali przewodnika po południowej Irlandii  - dajcie znać.


środa, czerwca 03, 2015

W podróży z książką, readerem i audiobookiem - "Idealne życie" K. Kołczewskiej, "Fartowny pech" O. Rudnickiej i "Złodziejka marzeń" A. Sakowicz

Pomiędzy Irlandią a Polską, gdzieś nad Europą, zaczęłam czytać "Idealne  życie" Katarzyny Kołczewskiej. Oczywiście w formie ebooka, bo do torebki zmieścił się tylko czytnik. O tym,  by do Polski wieźć jakiekolwiek książki nie było mowy. Zresztą - ja lubię korzystać z mojego Kindla. Jest lekki, poręczny, a jednocześnie bardzo pojemny - mogę przy sobie mieć kilkaset książek... Dodatkową jego zaletą jest podświetlany ekran - sprawdza się każdej nocy, gdy nie chcę nikogo budzić, nie włączam żadnej lampki. Od razu muszę zapewnić wątpiących, że w ogóle nie męczy oczu. Mam dość poważną wadę wzroku, ale wieczorami łatwiej mi czytać  z czytnika niż  papierowej książki, na której światło nierówno się rozkłada.


środa, marca 18, 2015

Patrykowe reminiscencje

Kończy się powoli tegoroczne najważniejsze irlandzkie święto. Podczas, gdy ja stukam w klawiaturę, w wielu pubach przelewa się ciemne piwo, względnie whiskey. Słychać muzykę, śpiewy, śmiech. Nie muszę tam być, żeby to wiedzieć. Wiem, jak Irlandczycy obchodzą swoje święto - na wesoło. Wiem też, że i  dla moich rodaków ten dzień jest okazją do zabawy. Zresztą - dziś chyba wszyscy po troszę czują się Irlandczykami - polecam artykuł z Newsweeka - może nie najświeższy, ale jak najbardziej aktualny.
Nie będę ponownie pisać o tradycji związanej z tym dniem - w zeszłym roku o tym pisałam tu. Świętowanie zaczęłam już wczoraj. W Kinsale przygotowano piękne widowisko światła i dźwięku. Po zmroku w porcie miała miejsce prezentacja pięknie oświetlonych łodzi - na jednej z nich przypłynął nawet św. Patryk :) Obejrzałam też fantastyczny pokaz sztucznych ogni - fajerwerki  wystrzeliwane z wyspy robiły na wszystkich duże wrażenie - zwłaszcza na moich najmłodszych dzieciach.


piątek, grudnia 12, 2014

"Bodyguard" w Kinsale

 Byłam na rewelacyjnym przedstawieniu. Byłam na przedstawieniu przygotowanym przez uczniów.  Ogladałam wczoraj spektakl "Bodyguard" w szkole moich córek -  w Kinsale Community School. Miałam pisać o ostatnio przeczytanej książce, ale jestem pod tak dużym wrażeniem, że spróbuję opisać to, co widziałam. Oczywiście, według mnie,  najważniejszą osobą  była skrzypaczka -  moja córka Natalia.  Zagrała wspaniale! Ze wszystkich swoich dzieci jestem dumna, ale wczoraj moje myśli zdominowało moje najstarsze dziecko. Zewsząd słyszałam, że jest amazing, incredible... Niesamowita po prostu - jakże nie być dumną, gdy się wie, ile musi na taki efekt pracować... Miała 90 stron nut... Oprócz niej w orkiestrze byli sami dorośli - wykształceni muzycy.
 Jednakże nie o tym chciałam pisać. Wiem, jak wyglądały przygotowania; wiem, jakie były wsparcie szkoły, widziałam efekt. I odczuwam żal i smutek, bo pamiętam, jak wyglądały prace nad jakimikolwiek przedstawieniami w Polsce, gdy pracowałam w szkole.  Nieco inaczej... Zawsze zmagałam się z różnymi problemami. Trzeba było zmotywować uczniów, namówić, żeby chcieli zostać po lekcjach. Trudno było się doprosić o wsparcie dyrekcji, więc o wszystko trzeba było zadbać samemu. Pamiętam, jak w domu robiłam różne dekoracje lub stroje. Zawsze cieszyłam się z efektu pracy swojej i swoich uczniów, ale nigdy nie doczekałam się żadnych podziękowań. Przykre...
 Tu przygotowania do spektaklu trwają kilka miesięcy. Są castingi wśród uczniów - im zależy na udziale. Wszyscy chętni dostają jakąś rolę. Na scenie lub w obsłudze. Zaangażowanych zostało ponad 50 uczniów i kilku nauczycieli. Szkoła dba o profesjonalne nagłośnienie, oświetlenie, stroje,  scenografię, reklamę.  Wiem, ile czasu wszyscy spędzili na próbach, np. niemalże całą niedzielę
 (od 13 do 22 - wyobrażacie sobie,  żeby w polskiej szkole ktoś chciał spędzić tyle czasu?!) Dziewczyna grająca Rachel widać było, że długo  pracowała nad śpiewem. Miała wypracowany każdy sceniczny ruch. I może nie dorównała Whithey Houston,  ale i tak była fantaastyczna. Wszyscy byli świetni. Wśród uczniów były charakteryzatorki i  fryzjerki, więc aktorzy prezentowali się wyśmienicie.
 Integralną cześcią przedstawienia były filmiki zrobione poza szkołą,  a wyświetlone na tablicy multimedialnej. W tych filmikach wystąpiła szkolna dyrekcja, lokalne VIP-y - wszyscy z humorem, z dystansem do siebie. Największą furorę zrobił jeden z nauczycieli,  który wyszedł na scenę w stroju kowboja  i zaśpiewał. Rewelacja! Uczniowie wystawiali "Bodyguard" - na podstawie filmu. Wyobraźcie sobie, że zrobili to całkiem wiernie. Mick Jakson wyreżyserował melodramat, wersję z Kinsale można określić jako komedię, gdyż tutejszemu reżyserowi udało się wpleść sporo odniesień do irlandzkiej rzeczywistości.  Show trwało prawie dwie godziny - w szkole można było kupić popcorn, lody, specjalnie przygotowane foldery. Rewelacja! 
Usłyszałam wiele  znanych kawałków -  "I wanna dance with somebody", "All at once", "Candy", "Demons" ("Imagine Dragons") i słynne "I will always love you". Największe wrażenie zrobiło na mnie "Bohemian Rhapsody"... Spektakl zakończyły fontanny sztucznego ognia oraz serpentyny. 
Następne show za dwa lata, może zagra moja druga córeczka...


Odtwórczyni głównej roli


Wspaniała choreografia


Fantastycznie tańczący młodzi mężczyźni



I świetnie tańczące dziewczęta


Orkiestra - ta ślicznotka ze skrzypcami to moja Córka


Uśmiałam się do łez podczas występu No Direction


Finał - wszyscy na scenie. Brawo! Brawo! Brawo!


A takie plakaty można było zobaczyć w wielu miejcach w Kinsale


środa, grudnia 03, 2014

Nic ważnego

Listopad się skończył. Czas przecieka mi między palcami. Nie poznaję sama siebie - brakuje mi energii, weny, pomysłów. Mam ochotę na nicnierobienie. A nawet nicniemówienie... Nawet czytać mi się za bardzo nie chcę... Czyżby przesilenie jesienno-zimowe? Chociaż w Irlandii wciąż jest zielono... Magda Witkiewicz ciągle zwracała na to uwagę. Nie mogła się nacieszyć listopadową zielenią. Zaczynają kwitnąć właśnie krzaczki - takie  żółte i  kolczaste, mocno pachnące  - niemalże identycznie jak waniliowa choinka kupowana na stacji benzynowej. Nic i nikt ich nie rusza - kłują bardzo mocno. Rozsiane przy niskich murkach razem z jeżynami stanowią naturalne ogrodzenie dla owiec i krów wciąż  pasących się na pastwiskach.


Dojrzewają ostrokrzewy, czuć zbliżające się święta. Wszędzie są już widoczne świąteczne dekoracje. W domu przygotowania do świąt - staram się zmobilizować: sprzatam, myślę o koniecznych sprawunkach, ale nie umiem się tym cieszyć. Najbardziej przeżywa ten czas moja Gabrysia - ona lubi widzieć we wszystkim sens i zasadność, więc nie dość, że mi pomaga, to jeszcze ciągle podpytuje. Tłumacząc jej - rezolutnej pięciolatce- zasadnicze kwestie, sama porzadkuje myśli...


Ekscytacja związana z pierwszym dniem w nowej szkole dawno wyparowała, za nami trzy miesiące  roku szkolnego. Dziewczyny w gimnazjum mają za sobą  tydzień egzaminów - żadnych lekcji - uczniowie idą do szkoły, by zaliczać kolejne przedmioty. To stresujący czas dla mnie, ale przede wszystkim dla nich. Wywiadówka jednak nas uspokoiła - każdy z rodziców chciałby słuchać podobnych pochwał. Posprzeczaliśmy się z małżonkiem, kto ma pójść - padło na niego. Wrócił dumny i zadowolony. Tu nie ma jako takich zebrań z rodzicami. W wyznaczonym czasie nauczyciele czekają na rodziców i rozmawia się indywidualnie.
Gabrysia przeczytała mi kilka dni temu swoją pierwszą książeczkę po angielsku - kilknaście wyrazów, ale przeczytanych samodzielnie - jestem dumna!
Nie wiem, czy wiecie, ale w Irlandii jest inny system uczenia czytania - dzieci czytają globalnie - uczą się całych wyrazów. Spellingowanie to następny etap. Gabi ma problem, bo w irlandzkiej klasie uczą ją właśnie tak, a gdy w niedzielę idzie do polskiej zerówki, uczy się pierwszych literek.  Jeszcze na dodatek inaczej wymawianych... Ale daje radę. Dajemy...
Ostatnio czytaliście u mnie o wizycie Magdy Witkiewicz - to było dla mnie niesamowite wyróżnienie. Czułam się ważna. Okazało się, że z Magdą i Anią szybko nawiązałyśmy bardzo dobry kontakt. Niemalże codziennie się z sobą kontaktujemy. Jestem na bieżąco informawana o tym, na jakim etapie procesu wydawniczego jest najnowsza książka Magdy "Pierwsza na liście". Z przeczytanych fragmentów wiem, że ta książka ma szansę zrobić wiele dobrego. Już nie mogę się doczekać... Kibicuję jej bardzo.
Nic ostatnio nie recenzowałam, bo czytałam książkę, której jeszcze nie ma. To znaczy jest, została napisana, ale jeszcze nie wydana. Zajmowałam się trochę korektą. Niestety nie mogę zdradzić szczegółów, ale mam nadzieję, że autorowi uda się znaleźć wydawnictwo, które ją wyda... Muszę trzymać kciuki... Po rozmowach z ludźmi pióra nieco inaczej spojrzałam na wiele kwestii, o których nigdy nie myślałam, nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno wydać książkę, jak wiele pracy to wymaga...

Szukalismy z mężem prezentów dla dzieci - bawiliśmy się w Mikołajów. Muszę o tym napisać, bo wygląda to inaczej niż w Polsce. Sklep z zabawkami otwarty jest do 11  w nocy. Niesamowity wybór - półki pod sam sufit. Do ostatniej chwili jest w nim tłoczno. Ludzie mieli kosze pełne zabawek... Płacili za nie po kilkaset euro. Nikt mi nie wmówi, że w Irlandii jest kryzys...



Myślę  o porządkach w swojej biblioteczce - czy bylibyście zainteresowani zakupem  w ogóle niezniszczonych książek? Może polscy  corkowianie?  Wiem, że jedzie do mnie karton kolejnych książek, a ja nie mam miejsca na półkach... Dajcie znać.


Wybaczcie chaos wpisu... Chciałam napisać o tym, co aktualnie mnie zajmuję - wiem, że niektórzy czekają na wieści z mojego zielonego wzgórza.
 Pomimo,  że jest już grudzień, to piosenka  będzie listopadowa... Jeszcze chwila jesiennej zadumy, jeszcze trochę pomilczę, by za moment wpaść w wir świątecznej gorączki...


poniedziałek, listopada 24, 2014

Mój weekend z Magdą (Magdalena Witkiewicz w Cork - relacja i wywiad)

Magda Witkiewicz w Irlandii!!! Długo nie mogłam uwierzyć, że jedna z najsympatyczniejszych pisarek przyjęła moje zaproszenie. Byłam zestresowana i podekscytowana, ale szybko okazało się, że Magda jest bardzo ciepłą i otwartą osobą - pierwsze lody zostały przełamane od razu na dworcu. Razem z Magdą oraz Anią - przyjaciółką pisarki, spędziłyśmy bardzo intensywny, acz wspaniały czas. W piątek wieczorem pokazałam dziewczynom St. Patrick Street, gdzie najbardziej Magdzie spodobał się Penny's - sklep, w którym kupiła sobie cieplutkie onesie - piżamkę - pokazywała się w niej na swoim facebookowym fanpage'u. Nie miałyśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie i zakupy, gdyż weekend był zarezerwowany dla polskiej szkoły w Cork. Magda spotkała się z uczniami klas 4-6 oraz z gimnazjalistami - miałam przyjemność towarzyszyć Magdzie podczas tych spotkań. Uczniowie mieli okazję posłuchać o tym, jak powstaje książka, jak wygląda proces wydawniczy, skąd czerpać inspiracje. Autorka opowiadała o wartościach płynących z czytania książek. Zachęcała do sięgania nie tylko po lektury oraz do tworzenia własnych tekstów.


  Obserwowałam, jak szybko Magda nawiązuje kontakt z dziećmi, jak zyskuje ich sympatię, cierpliwie odpowiada na pytania oraz rozdaje autografy. Podczas spotkania z maturzystami, którzy będą zdawać egzamin z języka polskiego jako obcego mogłam posłuchać, jakich rad pisarka udziela tym, dla których język ojczysty czesto jest trudniejszy niż język angielski. 
Sobotni wieczór spędziłyśmy razem z nauczycielami z SPK w Cork - bylismy w pubie The Cotton Ball, gdzie był kominek, biblioteczka oraz lokalne piwo -  najlepsze z sokiem z czarnej porzeczki:)
W niedzielę po południu odbyło się spotkanie dla dorosłych - tłumów nie było, ale Ci, którzy przyszli (a nawet przyjechali z Dublina), byli bardzo zadowoleni - Magda opowiadała m.in. o tym, jak łamała protokół dyplomatyczny w Wietnamie:)
Wieczorem mogłyśmy poczuć się jak bohaterki filmu "P.S. I love you" - siedziałyśmy w małym pubie Folk House w Kinsale, wpatrując się w  przystojniaka z gitarą. Śpiewał fantastycznie... Gdy chciałam kobietki odwieźć do hotelu, obie rozmarzonym głosem odpowiadały: Jeszcze trochę...  
Poniedziałek też spędziłyśmy razem - wyjechałyśmy z miasta. Pokazałam dziewczynom irlandzkie krajobrazy: wioski, wąskie dróżki, klify oraz kamieniste plaże, gdzie Magda zastanawiała się, ile kamieni może wywieźć do Polski i co na to powiedzą celnicy na lotnisku. Zjadłyśmy tradycyjny obiad - fish and chips w małej restauracyjce z widokiem na zatokę. Byłyśmy w Cobh, skąd w swój ostatni rejs odpłynął Titanic...
We wtorek -  ostatnie zakupy - przede wszystkim dla dzieci Magdy, ostatnie zwiedzanie - trzeba przecież być na English Market oraz wieczór z moją rodzinką... Wspaniały!



W tak zwanym między czasie udało mi się namówić Magdę na krótką rozmowę:

E.: Irlandia przyjęła Cię piękną pogodą. Nie poznalaś typowej irlandzkiej pogody...Będziesz musiała wrócić... A z tego co zobaczylaś, co Ci się podobało? Co zrobiło największe wrażenie ?

M.W.: Tak najbardziej szczerze, to gościnność Twoja i Twojej rodziny! Nie podlizuję się zupełnie. Po raz kolejny podczas mojej "służbowej" wyprawy czułam się jak królowa. A jeżeli chodzi o pogodę, to mówiłam ci przecież, że mam zawsze szczęście.
Największe wrażenie zrobił na mnie klif samobójców. Niestety nie pamiętam jego oficjalnej nazwy. (E: Old Head) I to miejsce, gdzie kazałaś mi skakać po skałach. (E: Nohoval Cove) No i kamienie! Co za cudne kształty, kolory! Oczywiście pomijam ten zachwycający, który okazał się kawałkiem betonu :) I małe domki, górzyste Cork. No i oczywiście pub irlandzki! I ta muzyka na żywo! Wiesz co? Podobało mi się WSZYSTKO!

Marzę o domu nad oceanem. Chociaż na tydzień wakacji. I marzę, by zobaczyć wrzosowiska, gdy są fioletowe. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę!

E.: Byłaś gościem SPK w Cork. Co myślisz o tej szkole? Jak przyjęli Cię uczniowie?

Czułam się tam jak w Polsce. Spotkania z dziećmi zawsze są sympatyczne. Tutaj przywitał mnie irlandzki skrzat! Nigdy nie widziałam tylu ilustracji do "Lilki i spółki" naraz:). Spotkania z maturzystami trochę poważniejsze. Mam nadzieję, że wszystkim się podobało!
E.: Jak wspominasz swoją szkołę? Twój ulubiony przedmiot? Czy juz wtedy lubiłaś pisać? Jak były oceniane Twoje wypracowania?

Czy wiesz, że ja nie pamiętam mojego ulubionego przedmiotu? W liceum chyba matematyka i język polski. Ale nie było takiego przedmiotu, który w całości lubiłam. Uczyłam się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Z maturą z polskiego wiąże się fajna historia. Nastawiałam się na analizę wiersza. Wychodząc, powiedziałam mojej mamie, że jak będzie Herbert, to zdałam, a jak Miłosz, to oblałam. Mama sterczała cały poranek przy radiu. Wtedy internetu nie było. I co? "Ballada" Czesław Miłosz. Mama pół dnia załamana. Wróciłam do domu i stwierdziłam, że "jakoś" mi poszło. Kilka dni później zobaczyłam przy telefonie kartkę z małym zapiskiem "MASZ SZÓSTKĘ". Taty nie było w domu. Dzwonię do niego.
- Tata, co to za kartka?
- Która?
- No ta, że mam szóstkę.
- No jakaś koleżanka dzwoniła. Że masz szóstkę.
- Szóstkę???? Z czego?
- Nie wiem.
- A jaka koleżanka dzwoniła?
- Zapomniałem nazwiska. Przedstawiała się.
- Tata z matury mam szóstkę? Z polskiego?
- No chyba tak.
Zatem jak widzisz, oceny miałam dobre i dla moich rodziców było to zupełnie naturalnym stanem:)
Wypracowania kochałam. Najbardziej lubiłam wymyślać historie. Już wtedy.

E.: A jak w ogóle wspominasz swoje dzieciństwo? Byłaś grzecznym dzieckiem? Co najbardziej szalonego zrobilas ? A co jeszcze chciałabys zrobić, może jakiś skok na bungee lub coś w tym stylu ?

Ja myślę, że byłam zbyt grzeczna! Czasem trochę pyskowałam. Ale pamiętam, że co roku na wiosnę byłam dumna, że JESZCZE nie mam obdartych kolan. I za każdym razem, gdy o tym pomyślałam, to się przewracałam i zdzierałam te kolana. Czy ja zrobiłam coś zwariowanego w dzieciństwie? Nie pamiętam. Trochę zaczęłam wariować potem... Weszłam na Kilimandżaro, miałam afrykańskie warkoczyki, zrobiłam kurs nurkowania. Ale czy to szalone? I wiesz, nie ma takiej ceny, którą by mi zapłacono, bym skoczyła na bungee!!! Ja tchórz straszny jestem. Widziałaś mnie na skałkach! Czy ja wyglądam na kogoś, kto by skoczył na bungee?:)

E.: Jaką jesteś mamą?

Oj. Z wyrzutami sumienia. Że tego za mało, że za mało czasu, że za mało troski, że za mało... Staram się być dobrą mamą. I wiesz? Chyba jestem. Rozmawiam z moimi dziećmi, śmieję się. Ale czasem zapominam o ważnych rzeczach. Na przykład... O tym, by im przypomnieć o umyciu zębów. Albo, gdy czasem chcę odpocząć, włączam im bajkę…

E.: Jaką książkę najbardziej lubiłaś w dzieciństwie? Czy czytasz ją swoim dzieciom? Jak oceniasz obecnie powstające książki dla dzieci? Które byś poleciła?

Nauczyłam się bardzo szybko czytać, już w wieku pięciu lat czytałam płynnie. I od tamtej pory czytałam niemalże codziennie. Dla dzieci polecam nieustająco Edith Nesbith i Astrid Lindgren. A ze współczesnych? Moja Lila kocha Holly Web i wszystko „Hollypodobne”. Czyli serię o zwierzątkach Liliany Fabisińskiej i Agnieszki Stelmaszczyk. Poza tym ja osobiście dobrze bawię się przy Mikołajku i przy książkach dla dzieci Leszka Talko. A mój Mateusz jest jeszcze na etapie traktorów i samochodów terenowych. Kiedyś wydał mi polecenie, bym napisała książkę o traktorze. To chyba jest wielkie wyzwanie.

E.: Zostawmy te wspomnienia. Powiedz, która swoją ksiażkę lubisz najbardziej? Która postać jest Ci najbliższa?

Chyba najbardziej lubię "Zamek z piasku". Gdy pisałam tę książkę, to czułam ją całą sobą. Smuciłam się wraz z bohaterami, cieszyłam się. Wolę chyba te moje poważniejsze książki: "Zamek..." i "Opowieść niewiernej". Najnowsza - „Pierwsza na liście” też jest wśród tych ulubionych. No, ale wesołe też lubię. Dla równowagi psychicznej. Wiesz, to tak, jakby matkę zapytać, które dziecko kocha najbardziej. Nie da się. Każde jest inne.

E.: Za chwilę w księgarniach pojawi się Twoja kolejna książka - opowiesz, czego możemy się spodziewać, jakie emocje towarzyszyły jej powstawaniu? Przecież to już Twoje 11 dziecko...

Tak za bardzo nie chcę zdradzać o czym jest ta książka, ale mogę powiedzieć, że jest to pierwsza moja powieść, gdzie nie chodzi tylko o miłość. Aż sama się dziwię, bo ja tak kocham romantyczne historie! Oczywiście jest wątek miłosny – nie byłabym sobą, ale tak naprawdę chodzi o przyjaźń. Kiedyś usłyszałam piosenkę Majki Jeżowskiej i Krystyny Prońko „Przyjaciółko mego serca wróć”. I to też mnie zainspirowało. „Pierwsza na liście” jest efektem kilku zbiegów okoliczności… Jakich? O tym będzie w książce. Ale będzie można popłakać, pośmiać się i wzruszyć.
E.: Masz pomysły na kolejne książki? Czego jeszcze mozna spodziewać się po Magdzie Witkiewicz?

Oj, mam pełno pomysłów. Czasem się boję, że tych pomysłów mi zabraknie, ale na razie są. Teraz będę pisać lekką komedyjkę o Augustynie Poniatowskim, lekarzu ginekologu, który sam nie odciął sobie jeszcze pępowiny od mamusi, potem coś poważniejszego. Potem pewnie znów śmiesznie i znów poważnie. Równowaga w przyrodzie musi być! J A czy czymś zaskoczę? Chyba nie. Kryminału chyba nie będę pisać. No, może dla dzieci. Bo moje dziecięce „Lilki” to takie prawie kryminały.

E.: I ostatnie pytanie - jesteś mamą dwójki fantastycznych dzieci, masz fajnego męża, jesteś docenianą pisarką, masz rzesze czytelniczek, dostałaś się na Akademię Filmową - o czym jeszcze marzysz?

Każdy ma swoje kłopoty...To co mówisz brzmi idealnie, ale jest zupełnie normalnie. Doceniam to wszystko co mam i się z tego cieszę. Dostałam się do szkoły filmowej na kurs adaptacji. Chciałabym kiedyś napisać taki scenariusz, by powstał z niego film. Chciałabym, by moje książki były tłumaczone na wiele języków. A jeszcze co do idealnego męża, to zakończymy naszą rozmowę pewnym akcentem.

- Madziaku, to kiedy ta twoja ksiażka wychodzi?
- W połowie stycznia
- A! To ta wanilia?
- Nie, wanilia wyszła w maju. Nie pamiętasz tytułu?
(mąż zrobił zbolałą minę)
- Hm.. Ostatnia… Pierwsza… Ostatnia… Wiem!
(Jego twarz rozjaśnił uśmiech)

- OSTATNIA W KOLEJCE!

Zatem widzisz, mój mąż ma taki sam stosunek do mojej twórczości, jak tata do szóstki z matury z polskiego!




E.:Madziu, bardzo Ci dziękuję za rozmowę, za to, że odwiedziłaś mnie i polską szkołę, która jest mi bardzo bliska. Bardzo dziękuję za wspólnie spędzony czas! Za wszystkie anegdoty i historie. Podobał mi się Twój zachwyt moim kawałkiem Irlandii - "bardziej zieloną zielenią"...
Dziękuję, że wzięłaś z sobą Anię - stałyście mi się bardzo bliskie...
Do zobaczenia!

piątek, października 31, 2014

Halloweenowe szaleństwo

Gdzie nie spojrzeć dynie, duchy, pająki i mumie i ... dyniowe latarenki.  Tak wygląda Irlandia pod koniec października. Na każdym osiedlu, w sklepach, w szkołach - niemalże wszędzie czuć halloweenową atmosferę. Często można usłyszeć życzliwe -  Happy Halloween!
Kościół grzmi, aby w to się nie angażować, nie brać udziału, wykląć i przekląć najlepiej - nie no, rozpędziłam się... Ale ja się pytam - czemu?
Dlaczego mam odcinać się od kultury, w której przyszło mi żyć? Dzieci chodzą  do tutejszych szkół, widzą  klasy udekorowane na to święto. Podobnie wyglądają nawet szkoły katolickie... Wszystkie dzieciaki cieszą się możliwością przebrania się, zabawą trick or  treat,  zbieraniem słodyczy... Jak mogłabym robić zakupy, gdy w sklepach szaleństwo dekoracji, happeningów, itp.
W wieczór halloweenowy mam zamknąć dom na cztery spusty i nie otwierać sąsiadom, którzy przychodzą, by się wspólnie pośmiać.  Aż chce się przeklnąć ... - nie!
Moim zdaniem, tu nie ma zgrzytów, to da się pogodzić, nawet chrześcijanin może obchodzić ten dzień bez wyrzutów sumienia.
Nieco informacji - Halloween ma w sobie coś z ludowych dożynek, coś ze słowiańskich dziadów i oczywiście coś z celtyckej kultury - i pewnie w tym problem...
Koniec prac w polu, plony w stodołach, koniec jesieni  (bo przecież według Irlandczyków z początkiem listopada zaczyna się zima),   czas się pobawić.
Kiedyś wierzono, że tego dnia, w dzień Samhain, zacierała się granica między światem żywych i umarłych. Duchy przodków czczono, zaś złe duchy odstraszano między innymi poprzez przebieranie się, zakładanie masek, palenie ognisk, hałasowanie, wystawianie jedzenia poza domem.
Podobno w dziewiętnastym wieku to właśnie irlandzcy emigranci zawieźli  do Ameryki halloweenowe obyczaje...



 Co złego jest w tym, że mamy w domu niezłą zabawę z projektowaniem dyniowej latarenki? Przez kilka godzin stoi sobie u nas przed domem... Wieczorem przebieramy się i wychodzimy na spacer. To naprawdę trzeba poczuć i zobaczyć, by przekonać się, że z pogańskimi obrzędami wieczorne chodzenie ma niewiele wspólnego. Rodzice z dziećmi spacerują od domu do domu, są naprawdę serdecznie witani. Zewsząd słychać radosne piski, krzyki, śmiechy. Młodzież ma okazję, by się spotkać w niebanalnych kostiumach, zrobić nietypowy makijaż... Trochę się postraszyć - to jeden ze sposobów, by oswoić strach  - temat śmierci jest  przecież tak abstrakcyjny dla młodych ludzi... Mieszkam tu od kilku lat, obserwuję Irlandczyków - nie widzę, żeby coś złego działo się z ich psychiką. Nie odczuwają żadnego duchowego niebezpieczeństwa. Wprost przeciwnie - wszyscy cieszą się tym wieczorem. Prześcigają się w wymyślaniu oryginalnych dekoracji, strojów, smakołyków dla maluchów. Co roku tłumaczę bliskim w Polsce różnice i wciąż zapraszam - przyjedźcie,  zobaczcie - nie ma się czego bać...



All hallow's eve - wigilia Święta Wszystkich Świętych

Oj, wyjdę dziś na mąciwodę, ale niech tam. Czemu tworzyć kolejne - konkurencyjne święta - Holy wins - wiem, wiem -  święci zwycieżą, wiem, idea może i szczytna, ale według mnie to hipokryzja - obnoszenie w pochodach relikwi męczenników, przebieranie się za świętych czy aniołki ma być niby lepsze - czemu? Czemu jako kontra? Czemu ta walka? Czemu ta chora, dziwna nagonka? Jakieś pokonywanie? Kogo? Trochę to wszystko jakieś takie zbyt radykalne. Ja bym chciała tak  zdroworozsądkowo, bez demonizowania...


Tu inaczej wygladają cmentarze. Nieco inaczej pogrzeby, pamięć o zmarłych nie przekłada się na ilość kwiatów i zniczy. Wiem, wiem, znam symbolikę znicza. Tu nie mam, gdzie ich zapalić. Żałuję nie tego, że nie mam gdzie postawić świeczki, tylko tego, iż nie mogę odwiedzić grobów - ale właśnie, odwiedzać groby?! Trochę za bardzo się to do tego sprowadza... Lubię spacerować po cmentarzu o każdej porze roku. Pamiętam o moich bliskich nie tylko przy okazji listopadowych świąt. Pierwszego listopada, zwłaszcza wieczorem, czuć na polskich cmentarzach jakąś magię, są piekne, wręcz mistyczne. Mają nam czego Irlandczycy zazdrościć!
 Odkąd mieszkam tu, w  listopadowy poranek zaczynamy  przy śniadaniu opowieść o nieobecnych, o bliskich, którzy odeszli. Wspominamy.
Będziemy w kościele i zapalimy lampki przed ołtarzem - mniej ważne???  Chyba liczy się pamieć, a nie światełko; modlitwa, a nie trwanie nad grodem...
Do Polski ta moda też przyjdzie, dzieci nie będą pytać czemu, skąd, dlaczego -  będą chciały się bawić i przebierać. Przyjęły się walentynki, przyjmie się i  halloween. Wiem, że dziś to święta to komercja, popkultura, ale przecież  jej źródła tkwią w pradawnej tradycji, są częścią europejskiej kultury...
Ten post miał być w kontekście lektury grozy, którą właśnie czytam, ale wyszło mi tak dużo refleksji ogólnych, że o książce będzie następnym razem.

Dzisiejszy wieczór, pomimo deszczu, uważam za udany :)



Kilka zdjęć z parady w Cork i Kinsale - dziękuję Marzenie K. i Kasi R. :)









I dzisiejsza stylizacja mojej córeczki 



wtorek, września 02, 2014

Przeczytane w wakacje ("List z powstania", "Prawo panny Murphy", "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął")

Wakacje się skończyły, więc czas się zmobilizować i wpomnieć o pozostałych wakacyjnych lekturach. 
Co udało się przeczytać?

 "List z powstania" Anny Klejzerowicz - nomen omen - piszę o tej książce 1 września, w 75 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Główną osią fabuły jest Powstanie Warszawskie, a  dokładniej - zaginięcie Hanki Bańkowskiej, młodej dziewczyny należącej do Szarych Szeregów, łączniczki.  Czytałam tę książkę w pierwszych dniach sierpnia - chciałam w ten sposób pokazać moim córkom, że pamietam o wydarzeniach sprzed siedemdziesięciu lat i że one też powinny. 1 sierpnia nie było nas w Warszawie, ale stanęłyśmy na chwile w ciszy, a potem dość długo rozmawiałyśmy. Moje dziewczyny są  harcerkiami, sporo wiedzą o czasach okupacji, o małym sabotażu - wiedzą, że nie wolno im zapomnieć o historii. Sięgnęłam po tematykę okołopowstaniową, by wzbudzić w sobie jakieś refleksję, aby nie wsłuchiwać się w medialne kłótnie o zasadność wybuchu powstania, tylko pomyśleć o jego uczestnikach, o ludziach, którzy zaryzykowali wszystko. Uważam, że było to Bohaterstwo. 
Spodziewałam się po książce czegoś więcej. Za mało powstania w książce o powstaniu. Tytułowy list pojawia się na samym końcu i jest nieprawdopodobnie gorzki i bolesny w swej wymowie. Powieść jest w zasadzie bardziej o poszukiwaniu rozwiązania zagadki zaginięcia uczestniczki powstania. Julia całe życie szukała siostry. Swoją obsesją zaraziła córkę, Mariannę. Ta też wszystko poświęciła się temu, by odnaleźć ciotkę, której nawet nie znała. Musiała zmagać się z ciężarem przeszłości. "List z powstania" mówi o tym, że są rany, które się nigdy nie zagoją, a im bardziej są rozdrapywane, tym bardziej bolą...
Wątki poplątane, bohaterowie niejednoznaczni, powstanie gdzieś w tle, a mnie brakowało napięcia. Nie mogłam się wczuć w emocje postaci - nie przekonały mnie. 
Po zakończonej lekturze sporo myślałam o naturze zła, o manipulowaniu uczuciami, o skomplikowanych międzyludzkich relacjach, o tym, czy warto poświęcić się historii, czy lepiej "z żywymi naprzód iść"..., czyli podsumowując,  magia książki zadziałała!

Anna Klejzerowicz ze swoją powieścią

***

 "Prawo panny Murphy" Rhys Bowen. Wybrałam tę książkę, ponieważ wiedziałam, że główna bohaterka jest Irlandką. Spojrzałam na tę postać przez pryzmat własnych doświadczeń na Zielonej Wyspie. Molly - tytułowa bohaterka - reprezentuje typowy irlandzki typ urody - ma rude włosy, jest niezwykle energiczna i, jak sama o sobie mówi, "ma niewyparzoną gębę". 

Ucieka z irlandzkiej wioski w hrabstwie Mayo, najpierw do Belfastu,  potem pod przybranym nazwiskiem do Nowego Yorku. Jest rok 1901, w Londynie umiera królowa Wiktoria, trwa fala emigracji Irlandczyków do Ameryki (trwa zresztą do dziś...). Molly na statku opiekuje się dwójką nieswoich dzieci. Podczas oczekiwania na zejście na wymarzony amerykański ląd dochodzi do morderstwa. Molly trochę przez przypadek, trochę dzięki wrodzonej przekorze,  a głównie z ciekawości rozpoczyna swoje śledztwo. Jest przy tym nieostrożna, niefrasobliwa, więc akcja trzyma w napięciu, ciągle się coś dzieje. W życiu Molly pojawia się też przystojny pan policjant ...- jest to bardzo kobiecy kryminał - jak najbardziej polecam! Sporo o Nowym Yorku początku XX wieku, o ówczesnych realiach. Lekko, z humorem, ale i z dbałością o detale. Właśnie czytam drugą część przygód Molly ("Śmierć detektywa") - powiem krótko - trzyma poziom! 


Mieszkam niedaleko Cobh, jednego z irlandzkich portów, skąd m.in. odpływał Titanic.Tu też stoi pomnik Annie Moore, jednej z pierwszych emigrantek do Ameryki. Tak mogła wyglądać Molly...

 
Tak dziś wyglądają irlandzkie wioski opuszczone przed dziesiątkami lat. 

***
"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson - "Brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników". A ja się pytam - jak zachwyca, skoro nie zachwyca? 
W wielu recenzjach widziałam określenie: szwedzki Forrest Gump - być może pasuje, podobieństwa zauważalne, i właśnie może o to chodzi, że jak dla mnie  - zbyt oczywiste. Od razu muszę podkreślić, że przedstawiam swoją bardzo subiektywną ocenę. A że Forresta uwielbiam (tak wersję literacką W. Grooma, jak i filmową z twarzą Toma Hanks'a), więc stulatek na mnie wielkiego wrażenia nie zrobił...                                                                                                    Allan Karlsson, tytułowy stulatek opuszcza dom spokojnej starości. Nie chce spokojnie czekać na śmierć. Wplątuje się w tak niesamowitą intrygę, że policja i prokuratura są bezsilne! Zresztą, gdzie on nie był, kogo nie poznał przed ukończeniem stu lat! Wymienię tylko nazwiska: H. Truman, W. Churchill, J. Stalin, Mao Zedong... Pływał łodzią podwodną, konstruował bomby, wpływał na losy świata... 
Natężenie nieprawdopodobnych sytuacji, w jakich znalazł się Allan, było dla mnie zdecydowanie zbyt duże i z tego też powodu nie uważam tej książki za wybitną. Jak dla mnie zbyt absurdalnie.


Doceniam fantazję autora - stworzył postać, której na pewno nie można określić nudną.
Dał czytelnikowi powieść z prostym przekazem - 1. Nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie; 2. Życie to wielka przygoda - trzeba za nią podążyć; 3. Tak żyć, by było co wspominać; 4. "Jest jak jest i będzie co będzie" ...
Warto przeczytać tę książkę, poznać historię świata z przymrużeniem oka, pośmiać się i wyrobić sobie własną opinię...
Jak dla mnie Forrest Gump kontra Allan Karlsson - 1:0

***


 Czas pochować słomkowe kapelusze i filtry przecisłoneczne, wyciągnąć z szafy kurtki przeciwdeszczowe (parasole w Irlandii się nie sprawdzają) i kalosze, koniecznie kalosze. A wieczorami rozpalać w kominku i chować się przed jesienią pod kocem, oczywiście z książką w ręku...


piątek, czerwca 27, 2014

Emigracyjne dylematy



Tym razem o emigracji.
Albo inaczej - o świadomym  wyborze miejsca zamieszkania. Nikt mnie nie zmusił do wyjazdu. Wyjechałam z Poski w 2009 roku i miałam być w Irlandii klka miesięcy, najwyżej rok. Za kilka dni minie dokładnie 5 lat, jak tu jestem.  Odnalazłam tu swoje miejsce; tu, na zielonej wyspie, gdzie czesto wieje, pada, ale ludzie są tak życzliwi, że to rekompensuje wszystko.

Moim  znajomym w Polsce przeważnie wydaje się, że my tu sobie za  tą zagranicą siedzimy jak pączuszki w masełku -  pieniążki mamy, w pieknym kraju mieszkamy, na wycieczki jeździmy...
Nic bardziej mylnego - z wielu różnych powodów (materialne są na liście, ale na pewno nie na pierwszym miejscu) wybraliśmy to miejsce do mieszkania. Odnaleźliśmy się tu, nasze dzieci wsiąkły w klimat, w środowisko,  w system szkolnictwa. Tak samo jak w Polsce rano trzeba wstawać do pracy lub żeby wysłać dzieci do szkół; tak samo trzeba robić zakupy, sprzątać, gotować, płacić rachunki, itd.
Nie mamy w pobliżu babci, cioci, której można by czasem podrzucić dzieci. Możemy liczyć tylko na przyjaciół, a wiem, że mamy wokół siebie życzliwych ludzi).
Nie odcinamy się od Polski - pisałam już o tym, że mówimy w domu po polsku, nasze dzieci oprócz tego, że chodzą do irlandzkiej szkoły,  to w sobotę zamiast odpoczywać po tygodniu nauki, uczą się w szkole polskiej. Kultywujemy polskie tradycje, uczymy dzieci, czym jest polskość...
Czasem odrobinkę tęsknimy za bliskimi w kraju,  ale wtedy dzwonimy lub  robimy sobie wieczór wspominek i opowiadamy dzieciom, kto w kraju na nich czeka. Starsze dopowiadają:
"A pamiętasz, jak dziadek, ...; a  babcia ..." Nad kominkiem wiszą zdjęcia naszych rodziców, rodzeństwa, przyjaciół.
Nie możemy w wolnej chwili wybrać się z wizytą, bo samolot lata dwa razy w tygodniu, a koszty są ogromne (gdyż w moim przypadku cenę mnożę razy sześć). Taką wyprawę musimy długo planować, uwzględniać urlopy, wolne w szkole, bo przecież nie da się polecieć na dzień czy dwa. Raczej nie bierzemy pod uwagę świąt, bo wtedy ceny biletów są absurdalnie wysokie.
Podobne dylematy ma wiekszośc Polaków mieszkających poza granicami kraju. Różnie się odnajdują w tej sytuacji - niektórzy odliczają dni do powrotu do ojczyzny, tęsknią,  liczą, ile jeszcze muszą zaoszczędzić, by w Polsce zrealizować swoje plany. Inni zapuszczają korzenie - kupują dom (najczęściej na kredyt), ściągają do siebie rodziców i nie myślą o powrocie. Jeszcze inni domy wynajmują, bo nie wiedzą, jak potoczą się ich dalsze losy. Ja też nie wiem, gdzie będę za kilka lat - to mnie trochę martwi... Są też tacy, którzy co chwilę zmieniają miejsce zamieszkania, przeprowadzają się, testując, gdzie będzie im najlepiej - ja na to nie miałabym siły.
Czasem dostaje smutnego smsa od przyjaciółki w Polsce. Mogę oczywiście odpisać, zadzwonić,  ale wiem, że w trudnych momentach powinnam być obok, pomóc, przytulić... Po prostu być, a czasami po prostu się nie da!
W ciągu ostatnich kilku dni często myślę o minusach mojej dobrowolnej emigracji. Jedyny brat mojego taty jest bardzo chory. We wtorek został przeniesiony do hospicjum. Rozmawiając z rodzicami,  słyszę w ich głosie zmęczenie,  bezsilność i uspokajanie - dajemy sobie radę, zajmuj się dziećmi, ale wiem, jak bardzo jestem im potrzebna.
To są te chwile, kiedy chciałabym być w Polsce.

Choroba postępuje w zastraszającym tempie. Codziennie z lękiem patrzę na telefon.
W niedzielę lecę do Polski, na całe trzy dni, by  spotkać się z wujkem , porozmawiać, spędzić czas. Mam nadzieję, że zdążę.

Nie pisałabym o tym , nie uzewnętrzniałabym się, gdyby nie to, że czuję potrzebę pokazania codzienności w Irlandii, na wyspie odciętej nieco od świata, bo nie można po prostu wsiąść w samochód i jechać do bliskich, gdy tego potrzebują.
Wiem, że  możecie powiedzieć - to wracaj kobieto, nie rozczulaj się, ale ja chyba nie chcę wracać!

środa, czerwca 25, 2014

Bez recepty. ("Szczęście pachnące wanilią" Magdalena Witkiewicz)

Moja najstarsza córka skończyła  gimnazjum w polskiej szkole, ma za soba Junior Cert, czyli tzw małą maturę w szkole irlandzkiej. Alicja kończy irlandzką podstawówkę, Gabi skończyła preschool, jest zapisana do szkoły polskiej i irlandzkiej - tyle zmian, poważnych zmian, a ja muszę jakoś to, jak mówi młodzież, ogarniać.
Emocje ostatnich dni były bardzo męczące. Dużo się działo, wiele łez wzruszenia popłynęło, dlatego też potrzebowałam lektury łatwej, przyjemnej, kojącej.
Długi czas, funkcję lektur, które pozwalały mi się odprężyć, pełniły książki Moniki Szwai. Teraz taką etykietą oznaczyłabym to, co pisze Magda Witkiewicz.
Sięgnęłam po jej najmłodsze dziecko - "Szczęście pachnące wanilią" - i po kilku stronach wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.

Chciałabym kiedyś trafić do takiej kawiarni, jaką stworzyła na kartkach swojej powieści pani Magda. Dzieci wysłać pod opiekę Natalii, zamówić kawę z mlekiem i pyszną babeczkę z truskawką, przysiąść się do Karoliny i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, gdzie jeszcze trzeba zdążyć, co zrobić, itd.
Natalia, Karolina, Adrianna, Magda, a także Milena, Zuzanna i Zofia Kruk to bohaterki tej książki. Trzeba je poznać - wzbudzają ogromną sympatię. W "Szczęściu.." występują głównie kobiety oraz dzieci. W Irlandii powiedziano by: so sweet, it's cute... Ale te kobiety muszą zmagać się z różnymi problemami, z trudnymi emocjami. I radzą sobie! Same lub wspólnie. Mężczyźni są, i owszem, ale są tylko tłem...
Takie książki jak ta mogłyby być sprzedawane w aptekach jako lek na chandrę, gorszy dzień. Lekko,  z humorem, optymistycznie o życzliwych ludziach, o pozytywnych obrotach sytuacji, o marzeniach - świetna książka!
Nie znajdziemy w niej skomplikowanej fabuły, egzystencjalnych dylematów, ale czasem potrzebujemy uciec od tego, co trudne i zawiłe,  i na takie właśnie ucieczki polecam "Szczęście pachnące wanilią"!



Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam o tym, jaką matką jest Milaczek, jak w roli siostry odnajduje się Bachor i oczywiście, co u pani Zofii.
Żałuję, że nie odważyłam się napisać do pani Magdy, gdy byłam w Gdańsku...Żałuję, że nie zaprosiłam na kawę, nie zapytałam o plany literackie i o to, czy Magda Kondracka i jej dzieci to alter ego jej rodziny...Może jeszcze kiedyś będzie okazja...

Wszystkie książki pani Magda kończy podziękowaniem i prośbą do czytelników o wyrażenie opinii. Skorzystałam z tej mozliwości, by podziękować i pogratulować.
Piszę o tym, bo ja też mam prośbę. W statystykach wejść na mojego bloga widzę coraz większą liczbę. Nie umiem wyrazić, jak bardzo mnie to cieszy - dziękuję. Od znajomych słyszę pochlebne opinie, ale marzy mi się, żebyście napisali w komentarzu, co myślicie o tym, co piszę.  Napiszcie proszę, co wam się podoba, a co nie.
Możemy się umówić, że osobie, której komentarz wybiorą moje córki, wyślę pocztówkę z Kinsale oraz kilka zakładek do książek. Co Wy na to?


Dziekuję za przepis na babeczki - z malinami też są pyszne.