Zdecydowanie nie lubię kłopotów, lubię naleweczki dla zdrowotności, kocham kwiaty i pozytywnie zakręconych ludzi, wiec muszę, absolutnie muszę, napisać o "Pracowni dobrych myśli" niezawodnej Magdy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Witkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Witkiewicz. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, grudnia 19, 2016
Aż się proszą na prezent - "Pracownia dobrych myśli" i "Biuro przesyłek niedoręczonych"
Jeśli jeszcze nie zrobiliście świątecznych prezentów, mam dla Was dwie propozycje. Jak wiadomo najlepszym upominkiem jest książka, więc szybko wymieniam tytuły, które wywołają uśmiech na twarzy obdarowanych, a ich lektura sprawi wiele przyjemności.
Zdecydowanie nie lubię kłopotów, lubię naleweczki dla zdrowotności, kocham kwiaty i pozytywnie zakręconych ludzi, wiec muszę, absolutnie muszę, napisać o "Pracowni dobrych myśli" niezawodnej Magdy.
Zdecydowanie nie lubię kłopotów, lubię naleweczki dla zdrowotności, kocham kwiaty i pozytywnie zakręconych ludzi, wiec muszę, absolutnie muszę, napisać o "Pracowni dobrych myśli" niezawodnej Magdy.środa, marca 16, 2016
"Cześć, co słychać?" Magdaleny Witkiewicz
- A... jakoś się żyje. Nic ciekawego. Po staremu...
Zazwyczaj taka zaczepka, gdzieś na ulicy nie rozpoczyna niczego ważnego, najczęściej rzucamy kilka takich formułek, nie dowiadując się zbyt wiele i rozchodzimy się w swoje strony. Z jednej strony cieszymy się, że kogoś interesuje, jak wygląda nasze życie, a z drugiej jesteśmy zadowoleni, że nie musimy zdradzać naszych osobistych spraw. Irlandczycy takie rozmowy najczęściej kierują ku zagadnieniu pogody. O tym można tu rozmawiać zawsze i wszedzie.
Inaczej to pytanie zadaje się w Polsce, inaczej na wyspach. Inne słyszy się odpowiedzi - inna mentalność, ale nie o tym mam pisać. Takie pytanie zadaje Zuzanna, bohaterka najnowszej książki Magdaleny Witkiewicz. Zadaje je dawno nie widzianemu mężczyźnie - Pawłowi, swojemu byłemu chłopakowi. Nie powiem Wam, co on jej odpowiada i co dzieje się dalej, ale na stronie wydawnictwa Filia i w zapowiedziach Empiku bez problemu można znaleźć informację, że czasem takie standardowe pytanie może być niebezpieczne.
środa, grudnia 30, 2015
Oby spełniło nam się więcej niż siedem życzeń
Za oknem szaleje Frank. Szósty w tym roku potężny huragan. Gdy mieszka się niemalże na wybrzeżu Atlantyku, należy się tym martwić. Podwórko musi być uprzątnięte, samochód ustawiony w bezpiecznym miejscu, zapas węgla do kominka poczyniony. Należy obserwować też oceaniczne pływy, bo gdy ulewa połączy się z przypływem, drogi będą nieprzejezdne. Ale najgorszy w tym wszystkim jest wiatr - gwałtowny, nieprzyjemny, głośny. Nie lubię takiego wiatru, boję się go - widziałam, co potrafi zrobić. A na pewno nie daje spać.I mniej więcej tym tematem zaczynało się każde okołoświąteczne spotkanie ze znajomymi. Depresyjna irlandzka pogoda męczy już wszystkich. Za każdym razem wracamy do domu zmoknięci. Brakuje nam słońca. Brat, który zdecydował się spędzić święta ze mną i z moją rodziną miał tak straszny lot, że bał się, czy w ogóle wyląduje. Turbulencje potrafią przerazić. Podziwiam pilotów, którzy opanowują wielkie samoloty przy takiej pogodzie.
piątek, września 18, 2015
Po prostu bądż
O książkach Magdaleny Witkiewicz pisałam już wiele razy. Dlaczego? Krótka odpowiedź - bo je lubię. Bo Magdę lubię. Za co? Powodów jest wiele. Po pierwsze - tak Magda, jak i jej książki - są pozytywne, optymistyczne, ciepłe i szczere. Po drugie - nie są skomplikowane, zagmatwane, niejasne. Po trzecie są bliskie życiu. Magda dotyka w swoich książkach tego, z czym na co dzień stykają się kobiety. Pisze o kobiecych problemach, troskach, radościach, marzeniach. Pisze bez ozdobników, rozbudowanych metafor - wszystko jest takie lekkie i naturalne. Sama jest świetną, życzliwą, pełną energii i pomysłów kobietą, która fantastycznie odnalazła się w roli pisarki. Zaangażowana w stu procentach, bo jak inaczej określić kogoś, kto w trakcie rozmowy nagle się zawiesza i pyta: "Czy myślisz, że o tym mogłabym napisać? Czy taki tytuł się spodoba?" A za chwilę słysząc jakąś opowieść, wykrzykuje - "Muszę o tym napisać!" Pozytywna, kochana wariatka - mam nadzieję, że się na mnie za te słowa nie obrazi.
piątek, marca 27, 2015
Selfie z Magdą, a raczej z Magdami
Jestem szczęściarą, bo moje marzenia się spełniają. Poznaję pisarzy. Rozmawiam z autorami przeczytanych książek. Poznałam Magdę Witkiewicz. Mogę nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźniłyśmy. Szybko przekonałam się, że to normalna kobieta. Odsuwam na chwilę jej pisanie na bok. To przede wszystkim świetna kobieta. Ciepła, wesoła, pozytywnie zakręcona. Jesteśmy w podobnym wieku. Ona ma dwoje dzieci, ja mam czwórkę. Ona mieszka w Polsce blisko morza, ja w Irlandii blisko oceanu. Mamy podobne zainteresowania. Nieco inne poglądy. Trochę inny temperament. Magda bardzo lubi mówić, opowiadać, pisać, ma bardzo wyczulony słuch na ciekawe historie, zbiera je, a potem przerabia i podaje w formie literackiej. Chcecie ją poznać tak prywatnie? Zastanawialiście się czasem, jaką jest osobą? Wywiady są za krótkie? Sięgnijcie po "Selfie"!
środa, lutego 04, 2015
"Córeczka" Liliany Fabisińskiej - o pewnym "natężeniu świadomości"

1 lutego święta Brygida podobno przynosi wiosnę. Pierwsze jej oznaki są już widoczne - kwitną krokusy, hiacynty, żonkile; ptaki śpiewają coraz odważniej; dzień staje się coraz dłuższy.
W Irlandii na ten dzień czeka się podobnie jak za oceanem na dzień świstaka. Tradycja nakazuje w przeddzień wysprzątać dom, upiec ciasto, przyjąć gości, w żadnym wypadku nie odmawiać potrzebującym. Zeszłoroczny słomiany krzyż św. Brygidy należy spalić, a u sufitu powiesić nowy. Czasem wywiesza się również części ubrania i wstążki, aby Brygida, wędrując po kraju, dotknęła ich i pobłogosławiła ich właścicielom na następny rok. Wstażek nie wywieszałam, ale pranie suszyło się na dworze:) A krzyż ze słomy mam, bo Alicja zrobiła w szkole. Św. Brygida Irlandzka jest patronką wyspy, zwaną celtycką Marią, patronuje także pracy na roli, nowemu życiu, poezji, odnowie i lecznictwu.
Nietypowa ta wiosna w tym roku - mroźna, a nawet odrobinę śnieżna. Codziennie rano, patrząc na białe hiacynty, muszę walczyć ze szronem na szybach auta. Wieczorami wciąż trzeba palić w kominku, co zresztą lubię bez względu na porę roku...
Gdy dzieci idą spać, zagrzebuję się pod kocem i otaczam się tym, co sprawia, że odpoczywam - kubek owocowej herbaty, książka i muzyka... Czytam niemalże do czwartej nad ranem, w tle mając delikatne dźwięki ukochanych piosenek - ostatnio za sprawą "Córeczki" Liliany Fabisińskiej - Starego Dobrego Małżeństwa i Grzegorza Turnaua.
.
"Córeczkę" dostałam od Magdy Witkiewicz w formie pliku pdf - prosiła, bym przeczytała książkę, która powstawała równolegle z jej "Pierwszą na liście".
Pierwsze podobieństwo obu książek można zauważyć dość szybko - obie zaczynają się od niespodziewanej wizyty - w drzwiach głównych bohaterek staje nastolatka. Młode kobiety żądają wyjaśnień, zmuszają do spojrzenia w przeszłość, do stawienia czoła wydarzeniom sprzed lat. Epizodycznie w "Córeczce" pojawia się nawet Ina - dziennikarka - bohaterka książki Magdy.
Styl - podobny. Równie dobry. Lekki, ale daleki od banalności. Bliski życiu, codzienności - wydarzenia i postacie prawdopodobne, dialogi naturalne.
I najważniejsze - najnowsze książki Liliany Fabisińskiej i Magdaleny Witkiewicz mają silny wydźwięk społeczny. Poruszają ważny i aktualny problem, mają szansę wywołać coś dobrego. Nie robią tego nachalnie - wprost przeciwnie - edukacyjne przesłanie odczytuje się niejako przy okazji. To przede wszystkim bardzo ciekawe, wzruszające historie kobiet, które muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich najważniejsze. To piękne opowieści o tym, że miłość niejedno ma imię.
Główną bohaterką jest Agata - pani psycholog, ekspertka od wychowywania dzieci, wielokrotnie pojawiająca się w rozmaitych mediach z głosem doradczym, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach z dziećmi, jak się z nimi komunikować. Jest mamą Filipa, żoną idealnego męża. Jest szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną kobietą. Wizyta Zuzy, dziwnie wyglądającej piętnastolatki, burzy jej spokój.
Musi wrócić do wspomnień o romansie sprzed lat. Do wydarzeń jak z harlequina - niezwykłych, romantycznych, intensywnych, ale bardzo przy tym prawdopodobnych. Okazuje się, że wykształcona i doświadczona kobieta także popełnia błędy. Przed laty przez kilka dni była mamą dla pewnej dziewczynki, która teraz potrzebuje jej pomocy. Tytułowa córeczka to niejednoznaczna postać - jej tajemnice odkrywane są stopniowo. Ta zbuntowana, i sprawiająca pozory silnej i niezależnej, dziewczyna, wciąż jest jeszcze dzieckiem - samotnym i zagubionym. Żeby jej pomóc Agata musi przewartościować cały swój świat.
Z czasów, gdy mieszkałam z braćmi pamiętam utwór, który bardzo pasuje do sytuacji, w której znalazła się Agata. Przez kilka dni w jej głowie przewijały się, niczym wersy hip hopowej piosenki zespołu Kaliber 44, słowa: "Plus i minus to jedyne, co słyszę; plus i minus, to jedyne, co widzę.."
Tym, którzy nie słuchali hip hopu, wyjaśnię, że chodzi w niej o oczekwanie na wynik badania na obecność wirusa HIV. Agata musi zmierzyć się z podobnym lękiem. Dowiaduje się bowiem, że jej partner sprzed lat jest seropozytywny.
Nigdy nie można mieć pewności, że przeszłość do nas nie wróci w najbardziej zaskakującej postaci. Czasem okazuje się, iż decyzje podjęte lata wcześniej odbijają się rykoszetem na chwili obecnej. Książka potwierdza prawdę starą jak świat: nie można się zarzekać, że nigdy, że na pewno... Życie lubi weryfikować naszą pewność siebie...
O tym, że wirus HIV wciąż budzi lęk, przekonałam się ostatnio, oglądając serial "Na Wspólnej".
Nie będę streszczać problemów serialowych postaci, ale akurat tego dnia, gdy kończyłam lekturę "Córeczki", Kamil i Zuza walczyli w sądzie o to, by wróciła do nich ich adopocyjna córeczka. Serialowa Zuza jest nosicielką wirusa. Wrażenie zrobiła na mnie scena przed sądem - krzyki, wyzwiska... Okazuje się, że wciąż trzeba pracować nad świadomością społeczną, walczyć z uprzedzeniami, ze stereotypami. Książka Liliany Fabisińskiej pokazuje, że test nie jest wyrokiem. Wyrokiem może być nieświadomość.
Podobała mi się bardzo scena w książce, pokazująca zakochanych wspólnie robiących test na HIV - ciekawa walentynkowa inicjatywa, prawda?
Miałam robiony taki test w czasie ciąży. Pamiętam napięcie związane z oczekiwaniem na wynik. Gdzieś w podświadomości był lęk, bo przecież tyle razy miałam pobieraną krew... Czysto irracjonalny lęk, ale potem była też ulga i zadowolenie, że wiem.
Książki Liliany Fabisińskiej nie można nazwać przewidywalną - wzrusza, zaskakuje, intryguje. I co najważniejsze - każe zadać sobie pare pytań, pozostawia w głowie ślad.
Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
Polecam.
środa, stycznia 07, 2015
"Miejcie odwagę - nie tę jedniodniową" - "Pierwsza na liście" Magdaleny Witkiewicz
Podobno już w czasach starożytnych żonkil był symbolem nadziei na nowe życie - odrodzenie. Dzisiaj ten wiosenny kwiat jest symbolem nadziei w walce z chorobą nowotworową. Dowiedziałam się, że symbolizuje też triumf poświęcenia nad egoizmem, miłości nad śmiercią. Subtelność, barwa i zapach podobno oznacza również kruchość i ulotność życia. Uwielbiałam te kwiaty, nie wiedząc tego. Teraz będę na nie inaczej patrzeć, przede wszystkim dlatego, że będą mi się kojarzyć z okładką najnowszej książki Magdaleny Witkiewicz. I już wiem, czemu autorka tak upierała sę, aby właśnie ten kwiat znalazł się na jej okładce.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu - na pogodę, kataklizmy, żywioły. Czasami zaskakuje nas także choroba - pojawia się i zmienia wszystkie priorytety. Często jesteśmy zdumieni wyborami osób z naszego otoczenia. Gdy te decyzje w krzywdzący sposób dotyczą nas, jesteśmy oburzeni. A przecież o naszym człowieczeństwie decyduje to, jak odnosimy się do tego, co trudne i zaskakujące. Kiedyś Wisława Szymborska napisała, że "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". Najwięksi chojracy w ekstremalnych sytuacjach mogą stchórzyć, a ci stojący cichutko z boku mogą zaskoczyć swoją odwagą i heroizmem...Czemu o tym piszę? - Takie skojarzenia wywołała we mnie "Pierwsza na liście". W końcu mogę o niej napisać. Czytałam o niej na wielu blogach, a znam jej obszerne fragmenty od listopada. Od początku wiedziałam, że Magda poruszy serca tą powieścią. Najbardziej lubię "Opowieść niewiernej", ale "Pierwsza na liście" ma w sobie większą moc. Oprócz zawartej w niej pięknej i wzruszającej historii kilku kobiet ma szansę zdziałać wiele dobrego. Motywuje, prowokuje do refleksji, wywołuje łzy. Wierzę, że zmusi do działania, iż każdy sprawdzi, czym jest Bank Dawców Szpiku, może wiele osób podejmie decyzję o chęci zgłoszenia się, być może uda się komuś pomóc...
Ale od początku. Przeczytałam tę książkę, gdy istniała tylko w formie dokumentu. Znów zostałam zaskoczona. Magdalena Witkiewicz pokazała kolejną swoją twarz - pełną empatii i świadomości kruchości życia. Od razu wiedziałam, że to będzie bestseller!
Zaprzyjaźniłyśmy się z Magdą - codziennie jej dziękuję za zaufanie, jakim mnie obdarzyła. Pytała się, czy mam jakieś uwagi. I ja ośmieliłam się mieć... Miałam niewielki wpływ na jedną ze scen. Zawsze będę pamiętać nasze rozmowy podczas zwiedzania irlandzkich zakątków, a także te u mnie w domu... Madziu - mój irlandzki dom zawsze jest dla Ciebie otwarty! Pamiętaj, że nie zdążyłyśmy się napić irish coffee:)
![]() |
| Ubiegłoroczne żonkile. W tle - Cork |
"Pierwsza na liście" to taka właśnie rozmowa. To książka o przyjaźni - takiej, która przetrwa próbę lat i trudnych sytuacji. To książka o miłości matki do córek. O wkraczaniu w dorosłość. To piękna opowieść o tym, co wszystkim kobietom bliskie... I o tym, że zawsze można zacząć od nowa - trzeba tylko mieć nadzieję i uwierzyć, iż w każdym drzemie wielka siła.
Magda Witkiewicz to pisarka na miarę każdej półki. Potrafi rozbawić, wzruszyć, poruszyć trudny problem. Lubię wszystkie jej książki, ale te poważne i wzruszające są mi o wiele bliższe - ta jest bardzo dojrzała, poważna w wymowie, ale wciąż w charakterystycznym dla Magdy stylu - lekkim, prostym, bliskim. Jestem mamą, kurą domową i czytam książki Magdy, ale jestem też polonistką i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że są to bardzo dobre książki.
![]() |
| Plaża w Garretstown |
Czym jest tytułowa lista? Czemu i przez kogo sporządzona, czemu akurat w takim momencie, czy kolejność zapisanych imion ma znaczenie? Kto ją znajdzie i co ze znaleziskiem zrobi - tego musicie dowiedzieć się sami. Ja tylko mogę Wam powiedzieć, że każdy może się kiedyś znaleźć na podobnej, a nawet być na pierwszym miejscu. Mieć szansę komuś pomóc, być przy kimś, zostać obdarzonym zaufaniem i wtedy nie odtrąćcie wyciągniętej ręki. Jest tak wiele sytuacji, gdy potrzebujemy drugiej osoby...
Na koniec jedna z moich ukochanych piosenek, z przepięknym tekstem Adama Asnyka.
Zapraszam do polubienia Czytającej mamy na facebooku :)
Zapraszam do polubienia Czytającej mamy na facebooku :)
wtorek, grudnia 23, 2014
Z wizytą na Cichej 5. Życzenia i trochę wspomnień
Jakże inaczej smakują wigilijne potrawy jedzone gdzieś w dalekiej Irlandii. Nawet te ugotowane z polskich produktów. Co roku wkładam dużo trudu, by odtworzyć swojski nastrój z Polski, ale prawda jest taka, że my tu tworzymy swoją nową, własną, prywatną tradycję. Razem z moimi dziećmi zawsze długo się zastanawiamy co musi być; co chcemy, żeby było; za czym tesknimy, a co tylko powspominamy.
Wprowadzając się w ten wyjątkowy grudniowy czas, czytałam książkę, którą dostałam od Magdy Witkiewicz. Odwiedziłam siedem mieszkań na Cichej 5. Poznałam siedem niezwykłych, wzruszajacych, wręcz magicznych świątecznych opowiadań. Każde jest wyjątkowe i takie ciepłe, bo wigilijne...
Pod piątką mieszka pewien samotny mężczyzna, którego przed laty zostawiła żona. Marzy tylko o tym, by wyjechać i święta spędzić z dala od wspomnień. Jednak najpierw musi uporać się z pewnym nieproszonym gościem. Za to opowiadanie dziękuję Katarzynie Bondzie.
Poznałam historię wzorowaną na "Annie Kareninie" - o pewnym senatorze Kareninie, jego żonie Annie oraz tym trzecim Alku Wrońskim. Na Cichej 5/3 była pewna garsoniera... Mam wrażenie, że ta historia napisana przez Małgorzatę Kalicińską została dołaczona do zbioru nieco na siłę...
Na parterze pod dwójką mieszka samotny, starszy pan - tęskni za żoną, dziećmi. Kasia Michalak stworzyła bardzo wzruszające opowiadanie.
Na drugim piętrze swoją pracownię ma pewien rzeźbiarz. W wigilię puka do niego dawno niewidziany syn. W życiu małego Daniela wydarzy się świąteczny cud... Dzięki Krystynie Mirek można uwierzyć w magię świąt.
Najlepiej czułam się pod czwórką. Poznałam pewną nieprzeciętną babcię. Agnieszka pomimo siedemdziesięciu ośmiu lat wciąż czuje się młodo. Gdy dowiaduje się, że ma raka postanawia wykorzystać każdą chwilę jak najbardziej intensywnie. Pomaga jej w tym wnuk - zwariowany jak ona Kola. Niesamowite opowiadanie! Napisała je Natasza Socha - dziękuję.
Bohaterką opowiadania "Serce" Małgorzaty Wardy jest Pola Kalińska. Pewnego dnia jej mąż nie wraca na Cichą 5/7. Umiera w szpitalu po wypadku na motocyklu. Kobieta nie może uporać się ze stratą. Jednak wiadomo, że czas leczy rany, a najbardziej wigilijny czas... Piękna historia!
I ostatnie opowiadanie. Mieszkanie z numerem jeden. Magda Witkiewicz napisała o pewnej starszej pani, która od lat pomaga świętemu Mikołajowi. Historia przypomina, że są wokół nas dobrzy ludzie; dobrzy w bezinteresowny sposób. Iż sprawianie prezentów daje często więcej radości niż ich otrzymywanie. Świetna, pogodna historia. Ciekawa jestem, czym Madzia zaskoczy mnie następnym razem...
Z ogromną przyjemnością zaglądałam przez rozświetlone okna. Podgladałam zwyczajnych ludzi z ich codziennymi oraz świątecznymi emocjami.
Jednego mi tylko odrobinę zabrakło - myślałam, że skoro bohaterowie są mieszkańcami jednej kamienicy, opowiadania będą ze sobą jakoś powiązane. Niestety okazało się, że nawet
w świątecznym zbiorze trudno stworzyć więzi społeczne, zadbać o dobre sąsiedzkie relacje... Powiązane są ze sobą tylko trzy ostatnie historie - dobre i to:)
Przedświąteczny czas skłania mnie do wspomnień. Z racji, że to moja pierwsza wigilia jako blogerki chciałabym spisać to, co w mojej głowie pojawia się w czasie przedświatecznym odkąd mieszkam w Irlandii
Sięgam pamięcią najdalej jak mogę. Przypominam sobie wigilię w małej kurpiowskiej wiosce w domu mojej babci. U mamy mojej mamy. W niewielkim domu spotykało się czasem nawet kilkadziesiąt osób - mama miała pięcioro rodzeństwa, wiadomo że każdy przyjeżdżał ze swoją drugą połówką, z dziećmi. Pod dachem wisiał pająk, ale nie na pajęczynie, o której ktoś zapomniał i nie obmiótł na święta, tylko starannie wykonana ozdoba ze słomy, papieru i bibuły. Na choince wisiały jabłka i cukierki oraz samodzielnie wykonane papierowe łańcuchy. Pamiętam nawet świeczki na specjalnych klipsach, na które trzeba było bardzo uważać. Było ciasno, gwarno, ale niezwykle ciepło i miło. Tego domu i moich dziadków już dawno nie ma...
Czasami wigilię spędzalismy u rodziców mojego taty. Z najwspanialszą babcią pod słońcem, dla której byłam jedyną wnuczką. To babcia Apolonia uczyła mnie jak gotować barszcz, robić makarony, ciasta oraz pierogi. Tylko ona robiła je z jagodami - do dziś takie właśnie pierogi to część naszej kolacji wigilijnej. Z dziadkiem chodziłam sprawdzać, czy zwierzęta przemawiają ludzkim glosem. Pamiętam, jak karmiłam je opłatkiem. Ten obraz też już tylko w mej pamięci...
Święta z braćmi i rodzicami w mieszkaniu w bloku... Też niezapomniane. Mama wiecznie zapracowana, więc byliśmy z braćmi bardzo zaangażowani w przygotowania, bo inaczej świąt, by nie było... Żarty podczas robienia sałatek - cenne wspomnienia... I pierwsze prezenty robione sobie wzajemnie . I niezmienne taty życzenia - oby w przyszłym roku znów móc się spotkać, żeby nikogo nie zabrakło... Moi rodzice juz nie mieszkają w tym bloku. Moi bracia są dorosłymi, samodzielnymi mężczyznami i tylko czasami wspominam ich jako małych chłopców, którzy pomagali mi lepić pierogi...
Na zawsze zapamiętam pierwszą wigilię w domu moich teściów. Z mężem... Gdy serce jeszcze trochę rwało się do rodzinnego domu. Gdy z teściową ustalałyśmy, co przygotujemy. Co ją wnoszę do ich domu. Czego oni nauczą mnie... Pamiętam te wzruszenia. Wiem, że teraz mnie czytają - dziękuję. Jestem czlonkiem tej rodziny już tyle lat... Po kolacji zawsze szliśmy do dziadków mojego męża. Tam przyjeżdżała też szwagierka Ania. Z fajnymi synami - Pawłem i moim chrześniakiem Mateuszem. Żarty, rozmowy do późna, prezenty - to nic, że czasem nietrafione. Z przyjemością do tych wspomnień wracam.
I wyjazd tu... Wiele zmienił. Przewartościował. Pokazał że rodzice i dziadkowie są ważni, ale najważniejszą relację tworzę tu i teraz z mężem i dziećmi. O świętach decyduję ja. Sama muszę o wszystko zadbać. Kiedyś mi powierzano proste zadania, teraz ja muszę je powierzać moim córkom. Muszę nauczyć je tego, co mi przekazano. Muszę zadbać o to, by nie zakręcić się w przedświątecznej gorączce i nie zapomnieć o tym, że ważny jest wspólnie spędzony czas, iż najważniejsi są moi bliscy. Na stole będzie pusty talerz - patrząc na niego będę wspominać tych, którzy odeszli na zawsze, ale także tych, którzy wiem, że nas kochają i za nami tęsknią. My też tęsknimy...
Wszystkim chciałabym złożyć serdeczne życzenia.
Przede wszystkim mojej rodzinie w Polsce. Mojej przyjaciółce, bliskiej mi jak siostra - Aniu, jesteś kochana! Jej mężowi, który niedawno na zawsze pożegnał mamę. Jej dzieciom - przystojniakowi Krzysztofowi oraz prześlicznym bliźniaczkom Oldze i Lenie. Bardzo ciepło myślę o pani Danusi. Mojej przyszywanej babci.
Najlepsze życzenia oraz kawałek opłatka dla mojego brata - wiecznie zapracowanego inżyniera; kawałek dla kuzynki Moniki w Anglii. Dla przyjaciół z Suchej Beskidzkiej. Dla tych, którzy tu w Irlandii są nam jak rodzina: Staszek z Anią, Ewa z Adamem. Wspaniałe kobiety z polskiej szkoły (oraz mężczyźni - żeby nie było, że nie pamiętam). Wszyscy młodzi ludzie z którymi często się spotykam - harcerze, maturzyści - od nich czerpie mnóstwo energii. Myślę ciepło o wszystkich ludziach wokół mnie.
A także o wszystkich, których poznałam dzięki blogowaniu - życzenia przesyłam Kasi Hordyniec, Ani, Magdzie, Piotrkowi Z., pani Joannie P., Żanecie, Asi, Agacie.... Wszystkim czytającym mnie.
Kochani - wesołych świąt. Zdrowych. Beztroskich. Pięknych. Zaczytanych.
poniedziałek, listopada 24, 2014
Mój weekend z Magdą (Magdalena Witkiewicz w Cork - relacja i wywiad)
Obserwowałam, jak szybko Magda nawiązuje kontakt z dziećmi, jak zyskuje ich sympatię, cierpliwie odpowiada na pytania oraz rozdaje autografy. Podczas spotkania z maturzystami, którzy będą zdawać egzamin z języka polskiego jako obcego mogłam posłuchać, jakich rad pisarka udziela tym, dla których język ojczysty czesto jest trudniejszy niż język angielski.
Sobotni wieczór spędziłyśmy razem z nauczycielami z SPK w Cork - bylismy w pubie The Cotton Ball, gdzie był kominek, biblioteczka oraz lokalne piwo - najlepsze z sokiem z czarnej porzeczki:)
W niedzielę po południu odbyło się spotkanie dla dorosłych - tłumów nie było, ale Ci, którzy przyszli (a nawet przyjechali z Dublina), byli bardzo zadowoleni - Magda opowiadała m.in. o tym, jak łamała protokół dyplomatyczny w Wietnamie:)
Wieczorem mogłyśmy poczuć się jak bohaterki filmu "P.S. I love you" - siedziałyśmy w małym pubie Folk House w Kinsale, wpatrując się w przystojniaka z gitarą. Śpiewał fantastycznie... Gdy chciałam kobietki odwieźć do hotelu, obie rozmarzonym głosem odpowiadały: Jeszcze trochę...
Poniedziałek też spędziłyśmy razem - wyjechałyśmy z miasta. Pokazałam dziewczynom irlandzkie krajobrazy: wioski, wąskie dróżki, klify oraz kamieniste plaże, gdzie Magda zastanawiała się, ile kamieni może wywieźć do Polski i co na to powiedzą celnicy na lotnisku. Zjadłyśmy tradycyjny obiad - fish and chips w małej restauracyjce z widokiem na zatokę. Byłyśmy w Cobh, skąd w swój ostatni rejs odpłynął Titanic...
We wtorek - ostatnie zakupy - przede wszystkim dla dzieci Magdy, ostatnie zwiedzanie - trzeba przecież być na English Market oraz wieczór z moją rodzinką... Wspaniały!

W tak zwanym między czasie udało mi się namówić Magdę na krótką rozmowę:
E.: Irlandia przyjęła Cię piękną pogodą. Nie poznalaś typowej irlandzkiej pogody...Będziesz musiała wrócić... A z tego co zobaczylaś, co Ci się podobało? Co zrobiło największe wrażenie ?
M.W.: Tak najbardziej szczerze, to gościnność Twoja i Twojej rodziny! Nie podlizuję się zupełnie. Po raz kolejny podczas mojej "służbowej" wyprawy czułam się jak królowa. A jeżeli chodzi o pogodę, to mówiłam ci przecież, że mam zawsze szczęście.
Największe wrażenie zrobił na mnie klif samobójców. Niestety nie pamiętam jego oficjalnej nazwy. (E: Old Head) I to miejsce, gdzie kazałaś mi skakać po skałach. (E: Nohoval Cove) No i kamienie! Co za cudne kształty, kolory! Oczywiście pomijam ten zachwycający, który okazał się kawałkiem betonu :) I małe domki, górzyste Cork. No i oczywiście pub irlandzki! I ta muzyka na żywo! Wiesz co? Podobało mi się WSZYSTKO!
Marzę o domu nad oceanem. Chociaż na tydzień wakacji. I marzę, by zobaczyć wrzosowiska, gdy są fioletowe. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę!
E.: Byłaś gościem SPK w Cork. Co myślisz o tej szkole? Jak przyjęli Cię uczniowie?
Czułam się tam jak w Polsce. Spotkania z dziećmi zawsze są sympatyczne. Tutaj przywitał mnie irlandzki skrzat! Nigdy nie widziałam tylu ilustracji do "Lilki i spółki" naraz:). Spotkania z maturzystami trochę poważniejsze. Mam nadzieję, że wszystkim się podobało!
E.: Jak wspominasz swoją szkołę? Twój ulubiony przedmiot? Czy juz wtedy lubiłaś pisać? Jak były oceniane Twoje wypracowania?
Czy wiesz, że ja nie pamiętam mojego ulubionego przedmiotu? W liceum chyba matematyka i język polski. Ale nie było takiego przedmiotu, który w całości lubiłam. Uczyłam się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Z maturą z polskiego wiąże się fajna historia. Nastawiałam się na analizę wiersza. Wychodząc, powiedziałam mojej mamie, że jak będzie Herbert, to zdałam, a jak Miłosz, to oblałam. Mama sterczała cały poranek przy radiu. Wtedy internetu nie było. I co? "Ballada" Czesław Miłosz. Mama pół dnia załamana. Wróciłam do domu i stwierdziłam, że "jakoś" mi poszło. Kilka dni później zobaczyłam przy telefonie kartkę z małym zapiskiem "MASZ SZÓSTKĘ". Taty nie było w domu. Dzwonię do niego.
- Tata, co to za kartka?
- Która?
- No ta, że mam szóstkę.
- No jakaś koleżanka dzwoniła. Że masz szóstkę.
- Szóstkę???? Z czego?
- Nie wiem.
- A jaka koleżanka dzwoniła?
- Zapomniałem nazwiska. Przedstawiała się.
- Tata z matury mam szóstkę? Z polskiego?
- No chyba tak.
Zatem jak widzisz, oceny miałam dobre i dla moich rodziców było to zupełnie naturalnym stanem:)Wypracowania kochałam. Najbardziej lubiłam wymyślać historie. Już wtedy.
E.: A jak w ogóle wspominasz swoje dzieciństwo? Byłaś grzecznym dzieckiem? Co najbardziej szalonego zrobilas ? A co jeszcze chciałabys zrobić, może jakiś skok na bungee lub coś w tym stylu ?
Ja myślę, że byłam zbyt grzeczna! Czasem trochę pyskowałam. Ale pamiętam, że co roku na wiosnę byłam dumna, że JESZCZE nie mam obdartych kolan. I za każdym razem, gdy o tym pomyślałam, to się przewracałam i zdzierałam te kolana. Czy ja zrobiłam coś zwariowanego w dzieciństwie? Nie pamiętam. Trochę zaczęłam wariować potem... Weszłam na Kilimandżaro, miałam afrykańskie warkoczyki, zrobiłam kurs nurkowania. Ale czy to szalone? I wiesz, nie ma takiej ceny, którą by mi zapłacono, bym skoczyła na bungee!!! Ja tchórz straszny jestem. Widziałaś mnie na skałkach! Czy ja wyglądam na kogoś, kto by skoczył na bungee?:)
E.: Jaką jesteś mamą?
Oj. Z wyrzutami sumienia. Że tego za mało, że za mało czasu, że za mało troski, że za mało... Staram się być dobrą mamą. I wiesz? Chyba jestem. Rozmawiam z moimi dziećmi, śmieję się. Ale czasem zapominam o ważnych rzeczach. Na przykład... O tym, by im przypomnieć o umyciu zębów. Albo, gdy czasem chcę odpocząć, włączam im bajkę…
E.: Jaką książkę najbardziej lubiłaś w dzieciństwie? Czy czytasz ją swoim dzieciom? Jak oceniasz obecnie powstające książki dla dzieci? Które byś poleciła?
Nauczyłam się bardzo szybko czytać, już w wieku pięciu lat czytałam płynnie. I od tamtej pory czytałam niemalże codziennie. Dla dzieci polecam nieustająco Edith Nesbith i Astrid Lindgren. A ze współczesnych? Moja Lila kocha Holly Web i wszystko „Hollypodobne”. Czyli serię o zwierzątkach Liliany Fabisińskiej i Agnieszki Stelmaszczyk. Poza tym ja osobiście dobrze bawię się przy Mikołajku i przy książkach dla dzieci Leszka Talko. A mój Mateusz jest jeszcze na etapie traktorów i samochodów terenowych. Kiedyś wydał mi polecenie, bym napisała książkę o traktorze. To chyba jest wielkie wyzwanie.
E.: Zostawmy te wspomnienia. Powiedz, która swoją ksiażkę lubisz najbardziej? Która postać jest Ci najbliższa?
Chyba najbardziej lubię "Zamek z piasku". Gdy pisałam tę książkę, to czułam ją całą sobą. Smuciłam się wraz z bohaterami, cieszyłam się. Wolę chyba te moje poważniejsze książki: "Zamek..." i "Opowieść niewiernej". Najnowsza - „Pierwsza na liście” też jest wśród tych ulubionych. No, ale wesołe też lubię. Dla równowagi psychicznej. Wiesz, to tak, jakby matkę zapytać, które dziecko kocha najbardziej. Nie da się. Każde jest inne.
E.: Za chwilę w księgarniach pojawi się Twoja kolejna książka - opowiesz, czego możemy się spodziewać, jakie emocje towarzyszyły jej powstawaniu? Przecież to już Twoje 11 dziecko...
Tak za bardzo nie chcę zdradzać o czym jest ta książka, ale mogę powiedzieć, że jest to pierwsza moja powieść, gdzie nie chodzi tylko o miłość. Aż sama się dziwię, bo ja tak kocham romantyczne historie! Oczywiście jest wątek miłosny – nie byłabym sobą, ale tak naprawdę chodzi o przyjaźń. Kiedyś usłyszałam piosenkę Majki Jeżowskiej i Krystyny Prońko „Przyjaciółko mego serca wróć”. I to też mnie zainspirowało. „Pierwsza na liście” jest efektem kilku zbiegów okoliczności… Jakich? O tym będzie w książce. Ale będzie można popłakać, pośmiać się i wzruszyć.
E.: Masz pomysły na kolejne książki? Czego jeszcze mozna spodziewać się po Magdzie Witkiewicz?
Oj, mam pełno pomysłów. Czasem się boję, że tych pomysłów mi zabraknie, ale na razie są. Teraz będę pisać lekką komedyjkę o Augustynie Poniatowskim, lekarzu ginekologu, który sam nie odciął sobie jeszcze pępowiny od mamusi, potem coś poważniejszego. Potem pewnie znów śmiesznie i znów poważnie. Równowaga w przyrodzie musi być! J A czy czymś zaskoczę? Chyba nie. Kryminału chyba nie będę pisać. No, może dla dzieci. Bo moje dziecięce „Lilki” to takie prawie kryminały.
E.: I ostatnie pytanie - jesteś mamą dwójki fantastycznych dzieci, masz fajnego męża, jesteś docenianą pisarką, masz rzesze czytelniczek, dostałaś się na Akademię Filmową - o czym jeszcze marzysz?
Każdy ma swoje kłopoty...To co mówisz brzmi idealnie, ale jest zupełnie normalnie. Doceniam to wszystko co mam i się z tego cieszę. Dostałam się do szkoły filmowej na kurs adaptacji. Chciałabym kiedyś napisać taki scenariusz, by powstał z niego film. Chciałabym, by moje książki były tłumaczone na wiele języków. A jeszcze co do idealnego męża, to zakończymy naszą rozmowę pewnym akcentem.
- Madziaku, to kiedy ta twoja ksiażka wychodzi?
- W połowie stycznia
- A! To ta wanilia?
- Nie, wanilia wyszła w maju. Nie pamiętasz tytułu?
(mąż zrobił zbolałą minę)
- Hm.. Ostatnia… Pierwsza… Ostatnia… Wiem!
(Jego twarz rozjaśnił uśmiech)
- OSTATNIA W KOLEJCE!
Zatem widzisz, mój mąż ma taki sam stosunek do mojej twórczości, jak tata do szóstki z matury z polskiego!
E.:Madziu, bardzo Ci dziękuję za rozmowę, za to, że odwiedziłaś mnie i polską szkołę, która jest mi bardzo bliska. Bardzo dziękuję za wspólnie spędzony czas! Za wszystkie anegdoty i historie. Podobał mi się Twój zachwyt moim kawałkiem Irlandii - "bardziej zieloną zielenią"...
Dziękuję, że wzięłaś z sobą Anię - stałyście mi się bardzo bliskie...
Do zobaczenia!
środa, października 08, 2014
Ocalić w sobie dziecko ("Lilka i spółka" i "Lilka i wielka afera" M. Witkiewicz)
![]() |
| (źródło) |
Ale zanim o przygodach Lilki, kilka słów o samej pisarce.
W przededniu przyznania literackiej Nagrody Nobla, wiem, że Magda Witkiewicz nigdy jej nie dostanie; Nike też na pewno nie, ale, jak to zaznaczyła na swoim blogu, jest specjalistką od szczęśliwych zakończeń - czasem taka lektura z gwarantowanym happy endem jest bardzo potrzebna. Jest lekarstwem na wiele kobiecych bolączek. I u mnie książki Magdy już zdobyły nagrodę - za optymizm i pozytywne przesłanie. Zaliczają się do literatury kobiecej, bo napisane są przez kobietę z niesamowitą energią, bo są bliskie, ciepłe, proste w odbiorze (co nie znaczy, że złe), wzruszające i rozbawiające zarazem.
Książki Magdy to literatura dla kucharek, kur domowych, ale też dla kobiet pracujących, zabieganych, dla zmęczonych. a przede wszystkim - niezależnie od pozycji i statusu - dla potrzebujących obecności drugiej kobiety, zrozumienia, plastra na duszę...
Jak się okazuje Magdalena Witkiewicz to też autorka świetnych książek dla dzieci - chyba ocaliłam w sobie nieco dziecka, bo też mi się podobały!
Znad morza nad morze - z Gdańska do Jastarni - na wakacje do niezbyt lubianej ciotki zostaje zesłana trójka dzieciaków. Ciocia Jadzia karmi dzieci flaczkami, słodycze pozwala jeść tylko w sobotę, a na dodatek pogoda nie sprzyja. Dobrze, że są chociaż koty...
Narratorką i tytułową bohaterką książki "Lilka i spółka" jest ciekawska 8-letnia Lilianna. To niezwykle językowo spostrzegawcza dziewczynka; zastanawia ją na przykład, czy można złamać brzuch, gdzie rośnie pieprz lub czemu mówi się o nich, że są biednymi dziećmi, skoro mama dała im aż trzysta złotych... Jej czujność językowa - godna podziwu.
Jej starsza siostra, to prawie dorosła kobieta - ma aż 12 lat. Wiktoria maluje paznokcie i prawie wszystko wie. Jest jeszcze Matewka - Mateusz znaczy. Pięciolatek (jak moja Gabi) - uroczy łakomczuszek. W wieku mojej córusi, ale charakterek mojego Artura, i ten urok małego chłopca...
W książce jest zagadka, tajemnica, niemalże sensacja - ktoś chce napaść na bank - ale kto, nie powiem! Integralną częścią książki są ilustracje, autorstwa Joanny Zagner-Kołat - świetne!
Druga książka dla dzieci to "Lilka i wielka afera" - zadedykowana własnym dzieciom - spełnionym marzeniom autorki.
Znów wakacje, dzieci rok starsze, tym razem Amalka - sielsko, pięknie, kaszubsko. Chciałoby się powiedzieć, że cicho i spokojnie, ale przy takiej gromadce dzieci to raczej niemożliwe. Oprócz trójki rodzeństwa jest też sąsiadka Zosia, są bliźniacy Staś i Antoś oraz Wojtek.
Są legendy, tajemnice i zgodnie z tytułem - wielka afera, nie zdradzę zbyt wiele, gdy powiem, że korupcyjna.
Jest sporo o dorosłych z punktu widzenia 9-latki - jak tyka zegar biologiczny, czym jest trzęsienie się nad dziećmi, na czym polega różnica pokoleń. Jest też o iskrach miłości, a także o tym, czemu niektóre dzieci ciągle chcą chodzić na pole, jak kłębią się myśli w głowie, a nawet - ile waży dusza.
Wspaniała opowieść dziecka dla dzieci - rewelacja! Trzeba mieć w sobie sporo z dziecka, by tak wczuć się w dziecięcego narratora.
Brawo Magdo!!!
No ale ...- tego zwrotu w książeczkach jest stanowczo za dużo, kilku przecinków zabrakło...
No, ale myślę, że to tylko niedopatrzenie... Nie mogę o tym nie wspomnieć - mnie to raziło...
środa, czerwca 25, 2014
Bez recepty. ("Szczęście pachnące wanilią" Magdalena Witkiewicz)
Moja najstarsza córka skończyła gimnazjum w polskiej szkole, ma za soba Junior Cert, czyli tzw małą maturę w szkole irlandzkiej. Alicja kończy irlandzką podstawówkę, Gabi skończyła preschool, jest zapisana do szkoły polskiej i irlandzkiej - tyle zmian, poważnych zmian, a ja muszę jakoś to, jak mówi młodzież, ogarniać.
Emocje ostatnich dni były bardzo męczące. Dużo się działo, wiele łez wzruszenia popłynęło, dlatego też potrzebowałam lektury łatwej, przyjemnej, kojącej.
Długi czas, funkcję lektur, które pozwalały mi się odprężyć, pełniły książki Moniki Szwai. Teraz taką etykietą oznaczyłabym to, co pisze Magda Witkiewicz.
Sięgnęłam po jej najmłodsze dziecko - "Szczęście pachnące wanilią" - i po kilku stronach wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.
Chciałabym kiedyś trafić do takiej kawiarni, jaką stworzyła na kartkach swojej powieści pani Magda. Dzieci wysłać pod opiekę Natalii, zamówić kawę z mlekiem i pyszną babeczkę z truskawką, przysiąść się do Karoliny i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, gdzie jeszcze trzeba zdążyć, co zrobić, itd.
Natalia, Karolina, Adrianna, Magda, a także Milena, Zuzanna i Zofia Kruk to bohaterki tej książki. Trzeba je poznać - wzbudzają ogromną sympatię. W "Szczęściu.." występują głównie kobiety oraz dzieci. W Irlandii powiedziano by: so sweet, it's cute... Ale te kobiety muszą zmagać się z różnymi problemami, z trudnymi emocjami. I radzą sobie! Same lub wspólnie. Mężczyźni są, i owszem, ale są tylko tłem...
Takie książki jak ta mogłyby być sprzedawane w aptekach jako lek na chandrę, gorszy dzień. Lekko, z humorem, optymistycznie o życzliwych ludziach, o pozytywnych obrotach sytuacji, o marzeniach - świetna książka!
Nie znajdziemy w niej skomplikowanej fabuły, egzystencjalnych dylematów, ale czasem potrzebujemy uciec od tego, co trudne i zawiłe, i na takie właśnie ucieczki polecam "Szczęście pachnące wanilią"!
Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam o tym, jaką matką jest Milaczek, jak w roli siostry odnajduje się Bachor i oczywiście, co u pani Zofii.
Żałuję, że nie odważyłam się napisać do pani Magdy, gdy byłam w Gdańsku...Żałuję, że nie zaprosiłam na kawę, nie zapytałam o plany literackie i o to, czy Magda Kondracka i jej dzieci to alter ego jej rodziny...Może jeszcze kiedyś będzie okazja...
Wszystkie książki pani Magda kończy podziękowaniem i prośbą do czytelników o wyrażenie opinii. Skorzystałam z tej mozliwości, by podziękować i pogratulować.
Piszę o tym, bo ja też mam prośbę. W statystykach wejść na mojego bloga widzę coraz większą liczbę. Nie umiem wyrazić, jak bardzo mnie to cieszy - dziękuję. Od znajomych słyszę pochlebne opinie, ale marzy mi się, żebyście napisali w komentarzu, co myślicie o tym, co piszę. Napiszcie proszę, co wam się podoba, a co nie.
Możemy się umówić, że osobie, której komentarz wybiorą moje córki, wyślę pocztówkę z Kinsale oraz kilka zakładek do książek. Co Wy na to?
Dziekuję za przepis na babeczki - z malinami też są pyszne.
Emocje ostatnich dni były bardzo męczące. Dużo się działo, wiele łez wzruszenia popłynęło, dlatego też potrzebowałam lektury łatwej, przyjemnej, kojącej.
Długi czas, funkcję lektur, które pozwalały mi się odprężyć, pełniły książki Moniki Szwai. Teraz taką etykietą oznaczyłabym to, co pisze Magda Witkiewicz.
Sięgnęłam po jej najmłodsze dziecko - "Szczęście pachnące wanilią" - i po kilku stronach wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.
Natalia, Karolina, Adrianna, Magda, a także Milena, Zuzanna i Zofia Kruk to bohaterki tej książki. Trzeba je poznać - wzbudzają ogromną sympatię. W "Szczęściu.." występują głównie kobiety oraz dzieci. W Irlandii powiedziano by: so sweet, it's cute... Ale te kobiety muszą zmagać się z różnymi problemami, z trudnymi emocjami. I radzą sobie! Same lub wspólnie. Mężczyźni są, i owszem, ale są tylko tłem...
Takie książki jak ta mogłyby być sprzedawane w aptekach jako lek na chandrę, gorszy dzień. Lekko, z humorem, optymistycznie o życzliwych ludziach, o pozytywnych obrotach sytuacji, o marzeniach - świetna książka!
Nie znajdziemy w niej skomplikowanej fabuły, egzystencjalnych dylematów, ale czasem potrzebujemy uciec od tego, co trudne i zawiłe, i na takie właśnie ucieczki polecam "Szczęście pachnące wanilią"!
Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam o tym, jaką matką jest Milaczek, jak w roli siostry odnajduje się Bachor i oczywiście, co u pani Zofii.
Żałuję, że nie odważyłam się napisać do pani Magdy, gdy byłam w Gdańsku...Żałuję, że nie zaprosiłam na kawę, nie zapytałam o plany literackie i o to, czy Magda Kondracka i jej dzieci to alter ego jej rodziny...Może jeszcze kiedyś będzie okazja...
Wszystkie książki pani Magda kończy podziękowaniem i prośbą do czytelników o wyrażenie opinii. Skorzystałam z tej mozliwości, by podziękować i pogratulować.
Piszę o tym, bo ja też mam prośbę. W statystykach wejść na mojego bloga widzę coraz większą liczbę. Nie umiem wyrazić, jak bardzo mnie to cieszy - dziękuję. Od znajomych słyszę pochlebne opinie, ale marzy mi się, żebyście napisali w komentarzu, co myślicie o tym, co piszę. Napiszcie proszę, co wam się podoba, a co nie.
Możemy się umówić, że osobie, której komentarz wybiorą moje córki, wyślę pocztówkę z Kinsale oraz kilka zakładek do książek. Co Wy na to?
Dziekuję za przepis na babeczki - z malinami też są pyszne.
czwartek, marca 20, 2014
Magdalena Witkiewicz - pisarka wszechstronna
Moje pierwsze spotkanie z panią Magdaleną Witkiewicz miało miejsce w 2012 roku. W zapowiedziach wypatrzyłam książkę pod tytułem "Opowieści niewiernej". Zaintrygował mnie on bardzo i ...książka niedługo po premierze trafiła do mnie do Irlandii. Przeczytałam ją w jeden wieczór.
Historia małżeństwa, historia zdrady, historia przyjaźni między kobietą i mężczyzną, a może bardziej o braku tej przyjaźni?... Przede wszystkim historia kobiety, która szuka szczęścia. Książka porusza odważny temat, kontrowersyjny, ale nie ma w niej ocen, nie ma pouczeń. Lekko, celnie, z niezwykłą wrażliwością i wnikliwością opisana jest bardzo prawdopodobna historia - i chyba w tym prawdopodobieństwie jej siła.
Na ostatniej stronie była krótka nota od autorki z jej adresem mailowym. Napisałam. Podzieliłam się swoimi wrażeniami. Odnalazłam panią Magdalenę na Facebook'u i od tamtej pory czytam wszystko, co wyjdzie spod jej pióra.
Po niewiernej sięgnęłam po wcześniejsze książki - po "Milaczka" i Panny roztropne" wydane przez wydawnictwo SOL z rekomendacją Moniki Szwai - i znów się nie zawiodłam.
To dwie pogodne, wesołe książki, które poprawiają humor. To obowiązkowe pozycje na kiepski nastrój, złą pogodę - są optymistyczne, pełne komizmu; zabawnych, wyrazistych postaci. Wśród bohaterów jest między innymi niezwykle inteligentne dziecko, wszystkożerny pies, seksowna starsza pani ... W maju ma się ukazać książka pokazująca dalsze losy Milaczka. Już nie mogę się doczekać.
Kolejna była "Ballada o ciotce Matyldzie" i pokochałam jej przesłanie. Niemalże na każdej stronie pozytywne myślenie, wiara w dobrych ludzi - dobrze, że powstają takie książki!!!
W tytułowej bohaterce odnalazłam wiele cech mojej babci. Czytając uśmiechałam się pod nosem, na co dziwnie spoglądał mój mąż. Nie dało się nie uśmiechać! Bardzo ciekawi, nieszablonowi bohaterowie. Wciągająca fabuła. Na pewno do tej książki wrócę.
Przeczytałam też "Szkołę żon". I znów zaskoczenie. Autorka jest niesamowita. Potrafi zmieniać styl, tematykę, nastrój. Między wesołego Milaczka a nastojową niewierną wpisuje się ta właśnie książka oraz odstawiona właśnie na półkę jej kontynuacja "Pensjonat marzeń"
Książki o kobiecości w różnych odcieniach - lekko, humorystycznie, ale jest nad czym myśleć, pewne rzeczy uzmysławiają, pokazują. Książki o kobietach i dla kobietW tytułowej bohaterce odnalazłam wiele cech mojej babci. Czytając uśmiechałam się pod nosem, na co dziwnie spoglądał mój mąż. Nie dało się nie uśmiechać! Bardzo ciekawi, nieszablonowi bohaterowie. Wciągająca fabuła. Na pewno do tej książki wrócę.
Przeczytałam też "Szkołę żon". I znów zaskoczenie. Autorka jest niesamowita. Potrafi zmieniać styl, tematykę, nastrój. Między wesołego Milaczka a nastojową niewierną wpisuje się ta właśnie książka oraz odstawiona właśnie na półkę jej kontynuacja "Pensjonat marzeń"
Bohaterkami są zwykłe kobiety, nie! - nie ma zwykłych kobiet. Bohaterkami są nasze sąsiadki, mamy, koleżanki - bohaterkami są kobiety bardzo prawdopodobne. Ja odnalazłam siebie w Marcie i Jadwidze.
Czytając o szkole żon, przede wszystkim aż chce się pakować walizkę i udać do tego miejsca stworzonego specjalnie dla kobiet. Aż chce się zrobić wizualizację. Autorka stworzyła cudowne miejsca. Bardzo chętnie bym zapisała się na taki turnus, aby odetchnąć od szarej codzienności. Te książki powinny być obowiązkowymi lekturami dla wszystkich kobiet - przypominają, że nie jesteśmy tylko matkami, kucharkami, żonami. Przypominają, że mamy swoje potrzeby, marzenia... Mobilizują, by odnaleźć w sobie zdrowy egoizm.
Wszystko tak bliskie, tak współczesne, tak wiarygodne, tak prawdziwe...Piękne, wzruszające... Tak lekko napisane... I jeszcze te fragmenty tekstów piosenek budzące wspomnienia, i jeszcze ta forma maili... Gratuluję autorce.
Kilka lat temu, jeszcze w Polsce, gdy spotykałam się z moją przyjaciółką Anią , omawiałyśmy nasze uczucia, wątpliwości, rozterki. Rozmawiałyśmy o miłości, małżeństwie, namiętności, zdradzie, dzieciach... Mam wrażenie że ta książka to spisanie naszych rozmów , to opisanie tego, co przeżywają kobiety..., co my przeżywałyśmy... Gdy przeczytałam tę książkę, wysłałam ją Ani. To będzie kontynuacja naszej rozmowy... Wiem, że tak jak ja będzie wspominać, płakać i uśmiechać się na zmianę...
Rozpisałam się... Ale tak naprawdę o książkach pani Magdaleny Witkiewicz można by napisać jeszcze dużo - wzbudzają emocje, poruszają, dotykają prawdziwych kobiecych problemów, uczuć. Są Wspaniałe!
Moja ocena - bardzo dobra 5/6!
Pani Magdaleno! Jestem pani fanką, wielbicielką. Gdyby miała Pani okazję być w Irlandii - zapraszam na irish coffee...
Książka przeczytana w ramach wyzwania Polacy nie gęsi
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















