poniedziałek, sierpnia 25, 2014

Przeczytane w wakacje - ujęcie pierwsze ("Złodzieje koni")


Z wakacji wróciłam już kilkanaście dni temu, ale powrót do irlandzkiej rzeczywistości nie był najłatwiejszy. Po pierwsze pogoda - w  Polsce upały, w Irlandii wilgotne powietrze; po drugie czas  - tylko godzina różnicy, jednakże zauważalna przez organizm, a zwłaszcza przez potrzebę snu. Trzecia sprawa to rozstanie z rodziną. To ta najtrudniejsza część wyjazdów. Między moimi najmłodszymi dziećmi a ich pradziadkami wytworzyla się w ciągu trzech tygodni pobytu niesamowita więź. Bardzo do siebie lgnęli ci najstarsi i najmłodsi w rodzinie. I ja musiałam to przerwać; patrzeć na łzy dziadków - bolało... Nic nie pisałam, bo musiałam się na nowo odnaleźć, uporządkować myśli, wylizać rany...




W Irlandii już jesień, czuć ją w powietrzu, widać pierwsze żółte liście. Za chwilę rozpocznie się kolejny rok szkolny. Natalia za chwilę będzie obchodzić szesnaste urodziny, myśli o zbliżającej się maturze, zastanawia się nad kierunkiem studiów - ma bardzo ambitne plany. Alicja idzie do gimnazjum - nowi ludzie, nowe doświadczenia, więcej nauki - łatwo nie będzie (ona jest taka wrażliwa...). Przed Gabrysią też niełatwe zadanie - pierwszy rok w irlandzkiej podstawówce. Obawiam się bariery językowej -  w domu mówimy przecież tylko po polsku, ale wiem, że trudny będzie tylko początek. Już skompletowałyśmy cały mundurek - starsze córki przypominają sobie swoje początki w tutejszej szkole. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani!
Porządkuję swoje zdjęcia, spisuję zaznaczone cytaty, porządkuję notatki z wrażeniami - czas na podsumowanie.
W wakacje przeczytałam prawie 2000 stron - dużo -  niedużo... Planowałam spędzić wakacje z książką, chciałam w czasie pobytu w Polsce podrzucić dzieci dziadkom, zaszyć się gdzieś w ogrodzie i czytać, ale plany sobie, życie sobie. Patrząc na rodziców i teściów stwierdziłam, ze nie mogę im tego zrobić. Czekali na nas, chcieli spędzić z nami porozmawiać. Ponadto, musieliśmy jakoś zorganizować rozrywki dzieciom, a jednocześnie rodzinnie spędzić czas, a więc był basen, kino, plac zabaw, plaża nad rzeką, wycieczka do lasu, znów basen...

                                       


















 I czas, który miałam poświęcić książkom jakoś uciekał, ale nie żałuję. Potrzebowałam takiego wypoczynku. Gdy chciałam odpocząć od rodziny, jechałam do przyjaciółki - jedynej w Polsce. Rozmawiałyśmy, wspólnie milczałyśmy, patrzyłyśmy na nasze pociechy. Nasz wyjazd do Irlandii bardzo zweryfikował nasze znajomości. Została Ania - bardzo Ci dziękuję kochana, że jesteś!



Czytałam wieczorami lub raczej nocą. Nawet około pólnocy było ciepło i duszno. Wychodziłam na taras i cieszyłam się tym, że mój Paperwhite ma podświetlony ekran. Niesamowity wynalazek!!!


 Jeszcze w Irlandii zaczęłam czytać książkę  Remigiusza Grzeli - "Złodzieje koni". Mądra, choć trudna. Ciekawa, choć niejednoznaczna. Prawdziwa, choć mroczna. Piekna, choć wulgarna. W jednej opowieści - trzy opowieści; trzy sposoby postrzegania świata, trzy perspektywy, trzech narratorów. Dziadek, ojciec i syn. Jednakże relacje między nimi trudno nazwać sielskimi. I ta potrójność wypowiedzi sprawia, że książka jest tak cenna!
Spojrzenie w przeszłość Stanisława - starszego  pana, takiego po osiemdziesiątce. Jego próba  rozliczenia się kontrowersyjnymi działaniami z lat młodości. To, kim był i jakie decyzje podejmował zaraz po wojnie, znacząco wpływa na to, jak wyglada jego starość. Okazuje się, że nie można uciec za ocean, by się oczyścić. Z jego wspomnień wyłania się portret człowieka żyjącego pozorami. Przykry to obraz.
Spojrzenie Jerzego -  człowieka w średnim wieku. Jego pretensje do siebie, a przede wszystkim do najbliższych. Chociaż, czy ojca może zaliczyć do  najbliższych? Raczej  nie... Czy syn jest bliską mu osobą - też nie - nawet nie potrafią rozmawiać... Żona - chyba tylko ona go rozumie. Niespełniony aktor, nawet nie chodzący na castingi. Nieszczęsliwy człowiek - trudny to portet.
Spojrzenie Kamila  -  młodego człowieka próbującego odnaleźć swoje miejsce. Miotającego się między tym, co powinien, a co by chciał. Gdy w pracy, na planie filmowym, poznaje bezdomnego, ten okazuje się być mu bliższy niż ojciec. To jego opowieści, a potem śmierć, pozwalają mu rozpoznać to, na czym mu zależy. Jego życie i decyzje pozwalają czytelnikowi mieć nadzieję, że zła passa mężczyzn z tej rodziny się skończy. Optymistyczny to sygnał.
Pomimo, że jest to męska proza o mężczyznach są tu też kobiety. I odgrywają znaczącą rolę. Pozwalają mężczyznom się określić. Stanisław miał  Łondę, Jerzy ma Ewę, Kamil spotyka się z Kingą, jednak postacią łączącą  jest Nika. A tak naprawdę tylko jej wspomnienia nagrane przed śmiercią na kasety. Stanisław od niej uciekł, zostawił ją z dzieckiem. Jerzy jej nie rozumiał. I Kamil, który jej dobrze nie poznał - nie zdążył...




We wstępie autor zaznacza, ze bohaterowie powieści to ludzie, których zna, z którymi rozmawiał i co ważne - którzy nie podali mu na tacy gotowych wniosków. Autor też ich nie szuka. Zostawia czytelnika z niepewnością, z pewnym bólem w duszy, ze świadomością tragizmu ludzkich losów. Jednakże nie można mieć do autora pretensji, bowiem na okładce jest informacja, że sięgamy po książkę "o niebezpieczeństwie odkrywania rodzinnych tajemnic, groźnym wpływie historii kreującej zastępy bohaterów niezdolnych do życia."

Pomimo tego bólu - warto po tę powieść sięgnąć! A nawet trzeba!


O kolejnych wakacyjnych lekturach - wkrótce...






wtorek, sierpnia 19, 2014

Droga na Ostrołękę


Czy wiecie, gdzie jest Ostrołęka? Czy wiecie, gdzie są Kurpie? To wiecie, skąd pochodzę... Wiecie, gdzie spędziłam mój tegoroczny urlop:) Wiecie, jak wygląda naprawdę droga na Ostrołękę?
Jadąc z Warszawy, tak:

 

Przydrożne rzeżby

                                                 Z Olsztyna do Ostrołęki

Spacerując ulicami Ostrołęki, szukałam czegoś, czym te miasto mogłoby się szczycić i niestety uświadamiałam sobie, że niczym szczególnym pochwalić się nie może. Kiedyś było to miasto wojewódzkie, dziś tylko siedziba władz powiatu. Kiedyś miasto znane z największej w Polsce fabryki celulozy i papieru - co prawda dalej  w tym zakładzie  produkuje się tekturę i papier, ale renoma zakładu jest już inna ( firma w większości należy do Szwedów).
Zastanawiałam się, czy jest ktoś sławny, kto z Ostrołęki pochodzi i tu też niestety rozczarowanie. Kto zna twórczość Edwarda Kupiszewskiego? Kto wie, że jakiś tancerz z popularnego telewizyjnego show pochodzi z tego  miasta? Kibice  siatkówki będą pamiętać, kim był Arek Gołaś...
Pasjonaci historii bedą wiedzieć, że pod Ostrołeką rozegrała się jedna z ostatnich bitew powstania listopadowego - dziś upamiętnia ją mauzoleum, tzw. Forty Bema


Jak w każdym mieście jest kilka szkół, kilka kościołów, kilka pomników - ja jako ostrołęczanka znam ich historie, ale podróżujący z Warszawy na  Mazury czy do Białegostoku niestety nie zatrzymają się, by ogladać lokalne zabytki, gdyż niestety nie są zbyt atrakcyjne. Ci podróżujący,  nie widzą nawet największej atrakcji ostatnich lat - wiszącego mostu nad Narwią (podobno w Sewilli jest bardzo podobny:)) 

                                                  Zdjęcie z portalu epowiatostrolecki

Turyści nie widzą też nowej galerii, już takiej na miarę XXI wieku -  Galerii Bursztynowej  (bo kiedyś region był bursztynowym zagłębiem).
Ostrołęka od wielu lat stara się promować region kurpiowski - jest muzeum etnograficzne, są zespoły regionalne. Niedawno powstał nawet "Słownik gwary kurpiowskiej". Moja babcia posługiwała się gwarą, pisałam o niej (o gwarze, nie o babci)  swoją pracę magisterską,  "potrasiłam nawet mózić po kurpsiosku", więc słownik sobie  nadobyłam  i będę pokazywać w Irlandii, jak to kiedyś Kurpsie gadali...

 


Ostrołęka to dla mnie  miasto, gdzie są moi znajomi, przyjaciele; tu się zakochałam, wzięłam ślub, tu urodziły się moje dwie córki. Z regionem ostrołęckim związana jest prawie cała moja rodzina. Zawsze będę dumna z tego, że jestem ostrołęczanką i Kurpianką.
Co prawda nie ma zbyt wiele do zaoferowania (no może poza kinem, nowym aquaparkiem i galerią handlową), ale ja nawet wśród ostrołęckich blokowisk odnajduję swoje wspomnienia. Widzę, że miasto pięknieje. Rozwija się.
Jedno też wiem na pewno -wiem,  gdzie są najlepsze pączki na świecie!



Spacerując, doznałam jeszcze jednego  rozczarowania - w Ostrołece jest coraz mnie księgarni - ostrołeczanie coraz mniej czytają czy wybrali ebooki?  
W nowej galerii znalazłam jedną  nową  - Książnica zawitała na Kurpie. Oczywiście, nie omieszkałam 
zrobić zakupów, zwłaszcza, że mieli fajne promocje...
Zrobiłam też zakupy w książkowym dyskoncie - zaszalałam. Wszystko do Irlandii przewiózł mi kurier.


                                                 

Zima  na wyspie mi nie straszna...

A co czytałam? Opowiem niebawem:)


poniedziałek, sierpnia 11, 2014

Moje miejsce na ziemi

Łazy - maleńka miejscowość na pólnocnym Mazowszu, na Kurpiach. Tam spędziłam pierwsze lata mojego życia, tam mieszkała moja kochana babcia, tam jeździłam na wakacje. Uwielbiam to miejsce.
Z  czym mi się kojarzy? Oczywiście z kochanymi ludźmi, których już nie ma. Z beztroską, której już nie doznam. W tym momencie został tam pusty dom - mój dom...


 I teraz  mogłabym zacząć pisać książkę,  jakich teraz na rynku wiele. Kobieta zmęczona, zabiegana, ucieka gdzieś na wieś, bo właśnie odziedziczyła dom... Tam w ciszy spotyka wspaniałych ludzi, pokonuje wszystkie trudności, odnajduje szczęście i miłość...
Mogłabym, ale nie zacznę pisać, bo nie chcę uciekać, bo już raz uciekłam i mieszkam wystarczająco daleko, bo mam obok siebie wspaniałych ludzi - ale odbędę sobie nostalgiczną podróż.

Pali się w piecu, nie w kominku, tylko w piecu, na fajerach stoją garnki, babcia coś gotuje, pachnie przecudnie, siedzę oparta o ciepłe kafle, rozmawiam z babcią, z dziadkiem, z wujkiem. Nie potrzebujemy ani radia ani telewizji, by mieć o czym rozmawiać.


O świcie budzi mnie kogut i inne ptactwo - gęsi, indyki, kury. Wybiegam z domu, by zerwać wilgotne od rosy truskawki, najlepsze te na wpół dojrzałe... Tuż obok miejsce, gdzie bawimy się z braćmi w dom.
Zbiegam ze wzgórza, mijam majestatyczny świerk, który zasadził mój pradziadek. Widzę malinowe pole i kwiaty babci: mieczyki, piwonie, georginie i suchotniki   (dziś wiem,  że nazywają się kocankami).


Rosną  też porzeczki, agrest, jabłonie, wiśnie i mój ukochany rabarbar. Najlepszy taki świeży z cukrem... W kącie schowały się  konwalie. A tuż za płotem droga do lasu, gdzie w marcu  kwitną zawilce, a za lasem struga, niewielka rzeczka,  woda do pól łydki, sa nawet raki - znak, że czysto. Wiosną pełno tu kaczeńców.
  

Po drodze mijam wierzby, tatarak, są też maleńkie niezapominajki.
Przemawia do mnie taki patriotyczny zestaw numer 2b...
Od paru lat przez wieś prowadzi  asfaltowa droga, wcześniej była żwirówka, ale ja pamiętam polną drogę,  pylistą. Dziadek pozwalał mi powozić - wóz ciągnął niezwykle łagodny koń Maciek..
Na skraju wsi - krzyż z XIX wieku. Przychodziłam tu z babcią na majowe. Przy nim też żegnało się wszystkich, którzy odeszli...
Wzdłuż drogi do miasta lasy, w nich  jagody i grzyby.



Najpiękniejsze  i najśmieszniejsze zabawy z moimi braćmi - to też Łazy. Pierwsze prace w polu - zbieranie siana, wiązanie snopków zboża - kto to jeszcze potrafi robić?


A obok pola - grób nieznanego  żołnierza. Dziadek nie chciał opowiadać o czasach wojny - mówił tylko: "Enia, po co do tego wracać. Życia mu nie wrócisz, a o grób dbaj".



 Wykopki - zawsze w parze z dziadkiem - czemu nie pamiętam o czym rozmawialiśmy?! I ognisko na polu,  i ziemniaki (mówiło się raczej - kartofle)  z okopconą łupiną.


Czy można sobie wyobrazić wspanialsze miejsce?
 Ja nie potrafię... To moje miejsce na ziemi!

To miejsce ukształtowało moją wyobraźnię,  wrażliwość,  postrzeganie tego, co piękne i tego, co dobre  - babcia była, jest i będzie moim największym autorytetem.
Tam czytałam swoje pierwsze książki,  spacerowalam, marzyłam...

Takiego miejsca już nie ma. Dzisiejsze Łazy to przewrócone płoty, to zarośnięty ogród, to zniszczony dom, ale moim marzeniem jest,  by to miejsce było jak z moich wspomnień. Chciałabym je ożywić, by obok polskich piwonii rosły irlandzkie  hortensje...
Obserwując opuszczone domy, boleśnie odczuwam przemijalność. Bardzo bym nie chciała, by dom, w którym spędziłam najwspanialsze chwile stał pusty. Jednak nie wiem, czy mam siłę, by tam wrócić...



Jestem bardzo sentymentalną osobą, więc podczas pobytu w Polsce odwiedzałam  pusty dom dziadków kilka razy. Próbowałam przekazać dzieciom magię tego miejsca, opowiedzieć starszym córkom o ich dziadkach. Oczywiście bardzo podobał im się spokój tej wioski, ale raczej nie chciałyby tu mieszkać...
Kto wie, gdzie będziemy za kilka lat?...




poniedziałek, lipca 14, 2014

"Zawsze oczekuj nieoczekiwanego, a nigdy się nie pomylisz" - "Zawołajcie położną"

Aż chciałoby się powiedzieć za Koheletem - "jest czas rodzenia i czas umierania"... W zeszłym tygodniu pogrzeb mojego wujka, teraz urodziny mojej Alicji ( już 13!!!). Po książkach o śmierci chciałam przeczytać coś o narodzinach.  Jednakże książka " Zawołajcie położną" Jennifer Worth przypomniała mi, że granica między życiem i śmiercią jest bardzo płynna. Nic nowego w tym momencie nie stwierdzam, ale podczas lektury uświadomiłam sobie, jak czesto o tym zapominamy. Przypomniałam sobie czas spędzony na porodówce w Polsce, gdy rodziłam moje starsze córki, a także w Cork, gdzie na świat przyszły moje młodsze dzieci. Wspominałam chwile, gdy trzymałam swoje skarby na rękach, gdy płakałam z radości, że takie śliczne, że zdrowe. Nikt mi nie wmówi, że kolejne porody to rutyna - za każdym razem przeżywałam, wzruszałam się i niezmiernie cieszyłam. 
Nigdy nie lubiłam zwrotu - urodził się. Jak to  - się? Urodziła matka. Moim zdaniem urodziny dziecka,to także święto jego matki ...


Jennifer Lee - była w Paryżu na pokazach mody najsłynniejszych projektantów, mogła zostać modelką lub stewardessą - została położną. 
Trochę przez przypadek trafiła do Domu Nonnata sióstr anglikańskich. Na początku praca z zakonnicami, była czymś osobliwym, ale z czasem okazało się, że ich sposób pracy, a przede wszystkim podejście do pracy i  pacjentek bardzo korzystnie wpłynęło na młodą pielegniarkę.
Książka "Zawołajcie położną" nie jest tylko  jej historią. Jenny jest narratorką, a prawdziwymi bohaterkami są kobiety, matki z londyńskiego East Endu lat 50-tych.  Jenny tym kobietom jedynie towarzyszy. I znów błąd - jak to -  jedynie? Jej obecność, wiedza i umiejętności umożliwiały to, że kobiety mogły urodzić swoje  dziecko w domu.


Jennifer Worth (1935-2011)

Podobno najlepsze scenariusze układa życie. Książka "Zawołajcie położną" opiera się na wspomnieniach autorki. Opowiada o ludziach, z którymi współpracowała, o matkach i ich dzieciach i przy okazji też o Londynie.  Szokujące były opisy warunków życia na East End. Po pierwszych kilku stronach miałam wrażenie, że zetknę się z opisami bardzo prymitywnych metod pomocy rodzącym kobietom. Jednakże byłam bardzo zaskoczona profesjonalizmem, naturalnymi sposobami, a nade wszystko zaangażowaniem położnych.  Opisów samych porodów nie ma wielu, dla mnie (matki czwórki dzieci urodzonych naturalnie) nie były one zbyt dosłowne czy krwiste. Jennifer pokazała porody z całym ich bólem i pięknem jednocześnie. Poród bożonarodzeniowy jest wręcz magiczny...


                                             
Odebrałam tę ksiązkę przede wszystkim jako apoteozę kobiecej siły, miłości i mądrości. Najbardziej poruszyła mnie historia Conchity Warren - matki 25 dzieci, nie pomyliłam się - dwadzieścioro pięcioro!
Spora gromadka, ale od razu muszę dodać, że ta liczba nie ma związku z żadną patologią.
Jenny opowiada o dwóch porodach Conchity, o wsparciu męża, o niesamowitym instynkcie macierzyńskim. Zdradza również sekret szczęśliwego  małżeństwa Warrenów - ona nie mówi po angielsku, on nie zna ani słowa po hiszpańsku...
W książce można znaleźć kilka wzruszających historii - o Mary, która uciekła z Irlandii do Londynu, by szukać szczęścia i spokoju; o pani Jenkins, którą bieda doprowadziła do obłędu czy też niespodziewanej chorobie Sally. Trzeba przeczytać!
Są też fragmenty pogodne, a czasem nawet śmieszne. Do łez rozbawiły mnie metody pracy siostry Angeliny, a zwłaszcza jej oczyszczające atmosferę pierdnięcie:) Albo scena świńskich zalotów, którą zachwycała się siostra Julienne - niesamowita!
Zanim zaczęłam pisać opinię o tej książce, chciałam poszukać jakichś informacji o dalszych losach autorki. Dowiedziałam się, że swoje wspomnienia spisała w trzech tomach, z czego drugi w Polsce ukaże się w 2015 roku. Już wpisuję na listę lektur obowiązkowych. 
W oparciu o książkę powstał też serial  "Z pamiętnika położnej" - obejrzałam pierwszy odcinek. Bardzo ciekawy! Lada dzień lecę na trzy tygodnie do Polski, więc mam nadzieję, że znajdę czas, by obejrzeć pozostałe odcinki. 




Moja ocena - oczywiście - 6/6

sobota, lipca 05, 2014

"Poryczeć się jak dziecko jest dobrze" - "Gwiazd naszych wina", "Zorkownia"

Zdążyłam. Pożegnałam się.




W drodze do Polski, w  samolocie doczytałam książkę Johna Greena "Gwiazd naszych wina". Sięgając po nią, nie kierowałam się tym, że ostatnio ten tytuł jest popularny ani tym, że w kinach jest teraz film pod tym samym tytułem. Motywacją dla mnie było to, iż  przeczytała ją moja córka - przeczytała w dwa dni, spłakała się strasznie i... zaczęła ponownie czytać. Mówiła, że to piękna książka. Trudna, smutna, ale piękna. Musiałam to sprawdzić.
I faktycznie - bardzo ciekawa książka. Przejmująca...

 
Moja Ala ze swoją ulubioną  książką na huśtawce u nas przed domem. I rysunek Ali. 

Młodzi ludzie raczej nie myślą o śmierci - i jest to zupełnie naturalnie, jest przecież tyle przyjemnych tematów. Czasem jednak muszą się zmierzyć z odejściem kogoś bliskiego. Dobrze, że są książki, które przybliżają ten temat. W kanonie lektur jest "Mały Książę" - piękna, pełna symboli opowieść. Jest też historia Oscara i pani Róży. Obie te historie na pewno wzruszą młodych wrażliwych czytelników. Książka Johna Greena będzie dla nastolatków tym cenniejsza, że temat śmierci pokazany jest z nastoletniej perspektywy, miłość i śmierć pojawiają się  w tej książce równolegle -  ta książka mogłaby być lekturą szkolną, powinna być.


Nie chcę jej ani strzeszczać ani omawiać, bo odebrałam ją przez pryzmat ostatnich wydarzeń. Zresztą  w internecie można znaleźć mnóstwo  reenzji tej książki ( np. tu). Dodam - pochlebnych recenzji. Tym pochlebniejszych o ile recenzent młodszy... Taka zależność.
Oprócz historii o chorobie, śmierci, miłości - dla mnie była to przede wszystkim książka o fascynacji książką. Śmiertelnie chora nastolatka najbardziej marzy o tym, by poznać dalsze losy bohaterów swojej ukochanej  książki.
Mnie "Gwiazd naszych wina" nie do końca przekonała (może przez te amerykańskie realia), ja nie płakałam, ale jak najbardziej polecam. Warto przeczytać, warto podsunąć młodzieży.

W Polsce byłam zaledwie trzy dni. Poleciałam, by odwiedzić umierającego wujka, by spędzić z nim czas. Przyznam, że bardzo bałam się wizyty w hospicjum. Moje obawy wynikały z mojej niewiedzy.  By oswoić się z tematem sięgnęłam po "Zorkownię" - książkę-pamiętnik, książkę-blog, ksiązkę-zapis spotkań z umierającymi, z rodzinami chorych. Książka bardzo mi pomogła, a jednocześnie poruszyła.
Przede wszystkim jestem pod ogromnym wrażeniem ciepła, siły, spokoju wolontariuszki, która spisuje swoje wrażenia. Jej szacunek dla cierpiących ludzi jest godny podziwu.
Ja  byłam tylko przy jednym chorym, i to bliskim, i było to dla mnie bardzo trudne przeżycie. Pani Agnieszka Kaługa przedstawiła historie bolesne, a jednocześnie niosące pocieszenie. Autorka musiała poradzić sobie ze śmiercią swojego maleńkiego dziecka. Formą terapii były wizyty w hospicjum, pomoc sobie przez pomoc innym. Potem był blog  - zorkownia (tu rozmowa z autorką).  Podtytuł bloga - hospicyjna myśloodsiewnia - dla mnie taką myśloodsiewnią była właśnie ta książka - pozwoliła oswoić myśl, że odchodzi bliska osoba; nie myśleć, że cierpi się samemu;  przeczytać o cierpieniu innych, o mniejszych i większych rodzinnych tragediach, o sytuacjach, gdy śmierć jest wybawieniem...
Śmierć jest częścią życia, śmierć kojarzy się ze smutkiem, łzami, ale dzięki Zorce wiem, że może być pełna spokoju, nabożeństwa, iż ważna jest wtedy obecność, czasami ciepły gest, kilka słów, a czasem milczenie.
"Zorkownia" to zdjęcia utrwalane słowami: pstryk - zdjęcie z życia, pstryk - uczucia piękne,wzniosłe; pstryk - uczucia wstydliwe, przykre...
Dodatkowym atutem jest piekny, prosty język, niezwykła poetyckość, metaforyczność.
Niesamowita książka!




Zdążyłam być u wujka dwa razy -  dwie trudne wizyty, dwie ważne rozmowy, kilka trudnych godzin milczenia, obserwacji świadomości odchodzenia. Niezwykła metafizyka tych spotkań, powiedziałabym magia - zostanie ze mną na zawsze...

Pytałam, czy do niego zaglądają jacyś wolontariusze. Mówił, że są, ale on nie chce rozmawiać, nigdy nie był wylewny.  Dobrze, że są ludzie tacy jak autorka "Zorkowni", że  towarzyszą chorym, starszym, samotnym ludziom w ostatnich dniach; że poświęcają swój czas, by po prostu być.
Piszę o wujku w czasie przeszłym, bo spełniło się jego marzenie - nie męczył się długo.  Odszedł w nocy, we śnie.. W drodze na lotnisko chcieliśmy się z nim pożegnać, ale zastaliśmy puste łózko.
Została pamięć, wspomnienia z dzieciństwa  i te kilka ostatnich zdań..



piątek, czerwca 27, 2014

Emigracyjne dylematy



Tym razem o emigracji.
Albo inaczej - o świadomym  wyborze miejsca zamieszkania. Nikt mnie nie zmusił do wyjazdu. Wyjechałam z Poski w 2009 roku i miałam być w Irlandii klka miesięcy, najwyżej rok. Za kilka dni minie dokładnie 5 lat, jak tu jestem.  Odnalazłam tu swoje miejsce; tu, na zielonej wyspie, gdzie czesto wieje, pada, ale ludzie są tak życzliwi, że to rekompensuje wszystko.

Moim  znajomym w Polsce przeważnie wydaje się, że my tu sobie za  tą zagranicą siedzimy jak pączuszki w masełku -  pieniążki mamy, w pieknym kraju mieszkamy, na wycieczki jeździmy...
Nic bardziej mylnego - z wielu różnych powodów (materialne są na liście, ale na pewno nie na pierwszym miejscu) wybraliśmy to miejsce do mieszkania. Odnaleźliśmy się tu, nasze dzieci wsiąkły w klimat, w środowisko,  w system szkolnictwa. Tak samo jak w Polsce rano trzeba wstawać do pracy lub żeby wysłać dzieci do szkół; tak samo trzeba robić zakupy, sprzątać, gotować, płacić rachunki, itd.
Nie mamy w pobliżu babci, cioci, której można by czasem podrzucić dzieci. Możemy liczyć tylko na przyjaciół, a wiem, że mamy wokół siebie życzliwych ludzi).
Nie odcinamy się od Polski - pisałam już o tym, że mówimy w domu po polsku, nasze dzieci oprócz tego, że chodzą do irlandzkiej szkoły,  to w sobotę zamiast odpoczywać po tygodniu nauki, uczą się w szkole polskiej. Kultywujemy polskie tradycje, uczymy dzieci, czym jest polskość...
Czasem odrobinkę tęsknimy za bliskimi w kraju,  ale wtedy dzwonimy lub  robimy sobie wieczór wspominek i opowiadamy dzieciom, kto w kraju na nich czeka. Starsze dopowiadają:
"A pamiętasz, jak dziadek, ...; a  babcia ..." Nad kominkiem wiszą zdjęcia naszych rodziców, rodzeństwa, przyjaciół.
Nie możemy w wolnej chwili wybrać się z wizytą, bo samolot lata dwa razy w tygodniu, a koszty są ogromne (gdyż w moim przypadku cenę mnożę razy sześć). Taką wyprawę musimy długo planować, uwzględniać urlopy, wolne w szkole, bo przecież nie da się polecieć na dzień czy dwa. Raczej nie bierzemy pod uwagę świąt, bo wtedy ceny biletów są absurdalnie wysokie.
Podobne dylematy ma wiekszośc Polaków mieszkających poza granicami kraju. Różnie się odnajdują w tej sytuacji - niektórzy odliczają dni do powrotu do ojczyzny, tęsknią,  liczą, ile jeszcze muszą zaoszczędzić, by w Polsce zrealizować swoje plany. Inni zapuszczają korzenie - kupują dom (najczęściej na kredyt), ściągają do siebie rodziców i nie myślą o powrocie. Jeszcze inni domy wynajmują, bo nie wiedzą, jak potoczą się ich dalsze losy. Ja też nie wiem, gdzie będę za kilka lat - to mnie trochę martwi... Są też tacy, którzy co chwilę zmieniają miejsce zamieszkania, przeprowadzają się, testując, gdzie będzie im najlepiej - ja na to nie miałabym siły.
Czasem dostaje smutnego smsa od przyjaciółki w Polsce. Mogę oczywiście odpisać, zadzwonić,  ale wiem, że w trudnych momentach powinnam być obok, pomóc, przytulić... Po prostu być, a czasami po prostu się nie da!
W ciągu ostatnich kilku dni często myślę o minusach mojej dobrowolnej emigracji. Jedyny brat mojego taty jest bardzo chory. We wtorek został przeniesiony do hospicjum. Rozmawiając z rodzicami,  słyszę w ich głosie zmęczenie,  bezsilność i uspokajanie - dajemy sobie radę, zajmuj się dziećmi, ale wiem, jak bardzo jestem im potrzebna.
To są te chwile, kiedy chciałabym być w Polsce.

Choroba postępuje w zastraszającym tempie. Codziennie z lękiem patrzę na telefon.
W niedzielę lecę do Polski, na całe trzy dni, by  spotkać się z wujkem , porozmawiać, spędzić czas. Mam nadzieję, że zdążę.

Nie pisałabym o tym , nie uzewnętrzniałabym się, gdyby nie to, że czuję potrzebę pokazania codzienności w Irlandii, na wyspie odciętej nieco od świata, bo nie można po prostu wsiąść w samochód i jechać do bliskich, gdy tego potrzebują.
Wiem, że  możecie powiedzieć - to wracaj kobieto, nie rozczulaj się, ale ja chyba nie chcę wracać!

środa, czerwca 25, 2014

Bez recepty. ("Szczęście pachnące wanilią" Magdalena Witkiewicz)

Moja najstarsza córka skończyła  gimnazjum w polskiej szkole, ma za soba Junior Cert, czyli tzw małą maturę w szkole irlandzkiej. Alicja kończy irlandzką podstawówkę, Gabi skończyła preschool, jest zapisana do szkoły polskiej i irlandzkiej - tyle zmian, poważnych zmian, a ja muszę jakoś to, jak mówi młodzież, ogarniać.
Emocje ostatnich dni były bardzo męczące. Dużo się działo, wiele łez wzruszenia popłynęło, dlatego też potrzebowałam lektury łatwej, przyjemnej, kojącej.
Długi czas, funkcję lektur, które pozwalały mi się odprężyć, pełniły książki Moniki Szwai. Teraz taką etykietą oznaczyłabym to, co pisze Magda Witkiewicz.
Sięgnęłam po jej najmłodsze dziecko - "Szczęście pachnące wanilią" - i po kilku stronach wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.

Chciałabym kiedyś trafić do takiej kawiarni, jaką stworzyła na kartkach swojej powieści pani Magda. Dzieci wysłać pod opiekę Natalii, zamówić kawę z mlekiem i pyszną babeczkę z truskawką, przysiąść się do Karoliny i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, gdzie jeszcze trzeba zdążyć, co zrobić, itd.
Natalia, Karolina, Adrianna, Magda, a także Milena, Zuzanna i Zofia Kruk to bohaterki tej książki. Trzeba je poznać - wzbudzają ogromną sympatię. W "Szczęściu.." występują głównie kobiety oraz dzieci. W Irlandii powiedziano by: so sweet, it's cute... Ale te kobiety muszą zmagać się z różnymi problemami, z trudnymi emocjami. I radzą sobie! Same lub wspólnie. Mężczyźni są, i owszem, ale są tylko tłem...
Takie książki jak ta mogłyby być sprzedawane w aptekach jako lek na chandrę, gorszy dzień. Lekko,  z humorem, optymistycznie o życzliwych ludziach, o pozytywnych obrotach sytuacji, o marzeniach - świetna książka!
Nie znajdziemy w niej skomplikowanej fabuły, egzystencjalnych dylematów, ale czasem potrzebujemy uciec od tego, co trudne i zawiłe,  i na takie właśnie ucieczki polecam "Szczęście pachnące wanilią"!



Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam o tym, jaką matką jest Milaczek, jak w roli siostry odnajduje się Bachor i oczywiście, co u pani Zofii.
Żałuję, że nie odważyłam się napisać do pani Magdy, gdy byłam w Gdańsku...Żałuję, że nie zaprosiłam na kawę, nie zapytałam o plany literackie i o to, czy Magda Kondracka i jej dzieci to alter ego jej rodziny...Może jeszcze kiedyś będzie okazja...

Wszystkie książki pani Magda kończy podziękowaniem i prośbą do czytelników o wyrażenie opinii. Skorzystałam z tej mozliwości, by podziękować i pogratulować.
Piszę o tym, bo ja też mam prośbę. W statystykach wejść na mojego bloga widzę coraz większą liczbę. Nie umiem wyrazić, jak bardzo mnie to cieszy - dziękuję. Od znajomych słyszę pochlebne opinie, ale marzy mi się, żebyście napisali w komentarzu, co myślicie o tym, co piszę.  Napiszcie proszę, co wam się podoba, a co nie.
Możemy się umówić, że osobie, której komentarz wybiorą moje córki, wyślę pocztówkę z Kinsale oraz kilka zakładek do książek. Co Wy na to?


Dziekuję za przepis na babeczki - z malinami też są pyszne.



piątek, czerwca 20, 2014

"Najważniejszy w tym wszystkim jest chyba jednak człowiek..." ("Drzewo sprawiedliwości" Monika Warneńska)

Kto korzysta z Kindla, wie, że nowo wprowadzone ebooki wyświetlają się na pierwszej stronie. Książkę "Drzewo sprawiedliwości" kupiłam już jakiś czas temu, wrzuciłam na czytnik i powinnam już dawno stracić ją głównego ekranu, ale uporczywie wracała na pierwszą stronę - dziwne... Tak jakby chciała być przeczytana...

Drzewo życia 

Książka Moniki Warneńskiej nie należy do najprostszych. Jej zasadniczą częścią są wspomnienia Anny - kobiety ciężko doświadczonej przez los.
Bohaterką jest kobieta, która straciła męża, dziecko, kolejnego męża, bliskich...
Kobieta, która w czasie wojny zaangażowała się w pomoc ludziom narażonym na niebezpieczeństwo. Świadomie nie piszę, że pomagała głównie Żydom, bo to, jakiego wyznania jest osoba potrzebująca,  nie miało większego znaczenia.
Kobieta, która przez kilka lat zastępowała matkę dziecku, żydowskiemu dziecku.
Kobieta, która po wojnie musiała to dziecko oddać.
Kobieta, która nie mogła wyrzec się miłości...
Kobieta, która za swoje poświęcenie została wyróżniona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, a w Jerozolimie, w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Washem mogła zasadzić drzewo - drzewo sprawiedliwości...


"Kto ratuje jedno życie - ratuje cały świat" - Talmud

Zasadniczą częścią tej książki są losy postaci fikcyjnej. Ważniejsza jednak jest prawda historyczna, w którą została wpisana fikcyjna Anna. Przecież wiadomo, że takich kobiet były dziesiątki, setki, tysiące... Odznaczenie otrzymało ponad 25 tysięcy osób, z czego ponad 6 tysięcy to Polacy.
A przecież nie o wszystkich Instytut wie, o wielu już się nie dowie...
Przecież nigdy nie bedziemy wiedzieć, ile było osób narażających swe życie dla innych...
Chociażby bezimienna Niemka, która pomogła mojemu dziadkowi uciec z gospodarstwa, do którego trafił w ramach przymusowych robót. 

Drzewa sprawiedliwości

Tematyka wojenna wraca do mnie niczym bumerang. Od kiedy jako mała dziewczynka usłyszałam od swojego dziadka o jego doswiadczeniach, nie przestaję drążyć tematu. Czytam, mimo że boli.  Łudzę się, że może po którejś książce spłynie na mnie zrozumienie...Nie, wiem, że to pycha;  może chociaż dotrze do mnie  rozmiar tragedii, jaką była wojna. I jak na razie zyskuje tylko tyle, ze odkrywam coraz więcej jej odcieni...
Takie historie poruszają mnie, wzruszają, wywołują wiele refleksji.
Wiem, że nie można przerwać rozmawiać o tamtych wydarzeniach. To nigdy nie bedzie zamknięty rozdział. Dobrze, że powstają kolejne książki poruszające ten temat (ostatnio choćby "To, co zostało" Jodi Picoult)

"Drzewo sprawiedliwości" to książka nie tylko o holokauście, tragedii i bólu. To też historia o przyjaźni, o byciu matką.  Na pewno o człowieczeństwie. O  tożsamości, o poszukiwaniu swoich korzeni. To też  historia  trudnych stosunków polsko-żydowskich.  
Czytając o powojennych losach uratowanej dziewczynki, zastanawiałam się,  na ile okoliczności w jakich wzrastamy determinują nasze wybory?  Na ile wpływa na nas otoczenie? 

Książka opisuje też podróże do Izraela. Chciałabym tam kiedyś jechać  - do Jerozolimy.  Przygotowując ten wpis, odbyłam wirtualną wycieczkę po Instytucie Yad Vashem. Odnalazłam sporo polskich śladów. 


Pomnik Janusza Korczaka


Ściana upamiętniająca Getto w Warszawie

Zdjęcia pochodzą ze strony Instytutu Yad Washem. 
Tytułowy cytat pochodzi z omawianej książki.

czwartek, czerwca 12, 2014

Tydzień w Polsce z pietnaściorgiem dzieci i siedemnastoma szwedzkimi kryminałami

Po bardzo skomplikowanej operacji logistycznej udało się zorganizować opiekę nad moimi dziećmi i mogłam jechać na tydzień do Polski. Bardzo się cieszyłam na ten wyjazd, bo czułam, że muszę nieco odpocząć od domowych obowiązków, nabrać nieco dystansu, odreagować.
Co prawda nie jechałam na prawdziwe wakacje tylko do pracy, bo jechałam jako opiekun na wycieczkę szkolną, ale cieszyłam się chyba bardziej niż uczniowie Szkolnego Punktu Konsultacyjnego w Cork.
Ostatnio w Polsce byłam w zeszłym roku w maju. Do kraju jeżdżę bardzo rzadko, męczy mnie atmosfera małego miasta z jakiego pochodzę - wszyscy wszystkich znają, wszystko wiedzą, każdy potrafi tylko krytykować i oceniać. Tym razem jednak nie jechałam na Kurpie, tylko na Pomorze.
 To była dla mnie bardzo sentymentalna podróż - wiekszość tych miejsc odwiedziłam jako nastolatka na szkolnych wycieczkach lub koloniach.





Zawsze mam ze sobą mojego Kindla. Od razu w samolocie zaczęłam przeglądać, co mam na czytniku, ale co chwile zagadywało mnie któreś z dzieci, więc stwierdziłam, że muszę wybrać coś bardzo lekkiego lub krótkiego. Mój wybór padł na antologię szwedzkich kryminałów -  na "Ciemną stronę", na zbiór siedemnastu opowiadań pisarzy mniej lub bardziej znanych.
Podobał mi się klimat tych opowiadań, ich mroczność i tajemniczość; nie wiem jak to zabrzmi, ale podobała mi się ich szwedzkość - nazwy miejscowości, nazwiska bohaterów, szwedzkie zwyczaje, święta, przyroda, pogoda...

Te opowiadania najbardziej jednak będą kojarzyły mi się z miejscami, w których je czytałam.
Kilka pierwszych przeczytałam w samolocie. Opowiadanie "Spotkanie po latach" zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Bardzo niejednoznaczna, tajemnicza historia o pewnym spotkaniu po latach; o strachu i poczuciu winy...
Polska przywitała nas słoncem. W drodze do Malborka nie mogłam nacieszyć oczu polskimi krajobrazami  - chabry i maki w zbożu, brzozy, wierzby.... Dzieci najbardziej ucieszył widok Biedronek... Zamek w Malborku zwiedzałam już czwarty czy piąty raz, ale wcale się nie nudziłam. Za każdym razem odkrywam coś nowego.  Wieczorem byliśmy na spektaklu "Światło i dźwięk". Oczekując na początek przedstawienia, przypomnieliśmy sobie za czym w Irlandii na pewno nie tęsknimy - za chamstwem, bezczelnością, wulgarnością... Szkoda słów na opisywanie sytuacji... Widowisko bardzo mnie rozczarowało. Widziałam je kilkanaście lat temu i przez te wszystkie lata pozostawało w mojej świadomości. Teraz, sama nie wiem, co myśleć, bo albo tamte widowisko w mojej wyobraźni bardzo urosło albo jego aktualny poziom bardzo spadł.
 Pierwszy nocleg -  w schronisku młodzieżowym. Nasi podopieczni wcale nie byli zmęczeni i nie chcieli kłaść się do łóżek. Aby nie myśleć o tym, jak zasypiają moje dzieci beze mnie, zatopiłam się w czytaniu. Opowiadanie "Ostatnie lato Paula" Evy Gabrielsson (partnerki Stiega Larssona) to pozornie zwyczajna historia o pewnym starszym panu. Jednak w rzeczywistości to smutna historia o chciwości.
Dzien drugi -Wdzydze Kiszewskie. Piękny skansen, lekcja języka kaszubskiego. Wspaniały pensjonat, pyszne jedzenie. Z wieży widokowej widać lasy, jeziora. Po jednym z nich nawet pływaliśmy rowerkami wodnymi przypominającymi garbuski. Po jeziorze echem rozchodził się śmiech i pisk naszych uczennic. Chwilę po powrocie do pensjonatu - cisza, staram się nie myśleć, że jest Dzień Dziecka, a ja z dala od moich skarbów... Czytałam w pełnym słońcu na ławce przed pensjonatem opowiadanie Stiega Larssona "Supermózg" - zupełnie inne niż Millenium. To futurystyczna historia o przeszczepie mózgu. Niesamowita!
A wieczorem ognisko i zachód słonca nad jeziorem...


Kolejne opowiadanie czytałam w  Lęborku na deser po pysznym lodowym deserze, gdy dzieci miały czas wolny. "I w nasz ciemny dom..." Inger Frimansson - nawiązuje do szwedzkej tradycji obchodów Dnia Świętej Łucji. To przejmujaca historia o zemście.
Kolejnym miejscem postoju był Sarbsk i fokarium. Zabawne foczki na pewno podobałyby się moim dzieciom. Pięknie rozbudowany park rozrywki - dużo do oglądania, na czytanie czasu brak...

Łeba -  domki dla wczasowiczów. Chłodno.  Byłam zmęczona, jakaś przygnębiona - wieczorny spacer na plażę wywołał lawinę wpomnien... Wieczorem, czekając aż dzieci zasną, czytałam opowiadanie Ake Edwardson "Nigdy w rzeczywistości". Chyba najlepsze w zbiorze. Znów o zemście, z tym że z zupełnie innej perspektywy - bardzo ciekawe, intrygujące, przejmujące ujęcie tematu.
 Kolejny dzien przywitał nas mżawką. Pomimo niesprzyjającej pogody ruszyliśmy na wydmy. Szliśmy ponad 14 km po plaży. Ile myśli przychodzi do głowy, gdy widzi się tylko morze i piasek... Dzieci marudziły, że daleko, że nudno, że wszystko je boli, a dla mnie to była wspaniała wyprawa.
Gdybym kiedyś potrzebowała wyciszenia, to tu mogłabym zostać na dłużej - wśród wydm, słuchając szumu morza. Uwielbiam spędzać czas nad oceanem, ale on inaczej szumi...



I kolejne miasto, kolejny pensjonat -  w Jastrzębiej Górze. Tu okazało się, że wśród naszych uczniów mamy parę zakochanych. Pierwsze uczucie trzynastolatków, obserwowanie pierwszych spojrzeń, pierwszej randki - niby urocze, a jednocześnie jakieś takie zbyt śmiałe, zbyt wulgarne...
Wspominałyśmy z koleżanką swoje pierwsze randki i jednocześnie rozmawiałyśmy o naszych córkach - też trzynastolatkach - czy one zachowują się podobnie, jak rodzice nie patrzą?
W związku z tym, że nocną porą  trzeba było uważniej czuwać, można było znów poczytać. "Sanie pocztowe" Asy Larsson to swoista podróż w przeszłość. Czytać  w czerwcu o śniegu, mrocznych zagadkach - niesamowite.
Piąty dzien - spływ kajakiem - okazało się, że nie wszystkie dzieci radzą sobie w trudnych sytuacjach. Byłam bardzo zmęczona i mokra, ale widok plaży w Dąbkach zrekompensował cały wysiłek i stres.
 Po południu - wyprawa na Półwysep Helski. Chałupy przywitały nas ulewnym deszczem. Na Helu, gdy dzieci szukały pamiątek,   pozwoliłysmy sobie z koleżanką na chwilę relaksu - zjadłyśmy przepyszne gofry z owocami - nigdzie przecież tak dobrze nie smakują jak nad polskim morzem.
Ostatnim etapem podróży było Trójmiasto. W drodze do Gdańska  szukałam za oknem autobusu krajobrazów podobnych do tych na Kurpiach. W Irlandii nie odczuwam takiej tęsknoty, jaką poczułam właśnie na tej wycieczce.
Gdansk piękny i dostojny - jak zwykle. Płynąc na Westerplatte, patrzyłam, jak wiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty w tym mieście.
Po kolacji wybraliśmy się na spacer po starym mieście. Znalazłam antykwariat, który był otwarty pomimo późnej godziny. Od  razu tam weszłam, za mną kilka dziewczynek. Cudowne uczucie - poczuć zapach starych książek. Zapominając o bożym świecie, przesuwałam palcem po grzbietach starych woluminów, patrzyłam  na piękne, stare albumy... Mój wzrok padł na książkę Wojciecha Szczawinskiego i Anny Dymnej "Warto mimo wszystko". Książka przyjechała ze mną do Irlandii.
Następnego dnia w Gdyni, po spacerze po Skwerze Kościuszki i wizycie w oceanarium zamówiłyśmy  z koleżanką największą latte jaką tylko mieli - zanurzyłyśmy się  w swoich myślach; każda z nas była przy swoich dzieciach;  odliczałyśmy czas do powrotu. Cudowna chwila oczekiwania aż dzieci kupią kolejne pamiątki - mają niesamowity dar wyszukiwania tych  najbardziej  chińskich...
I na koniec Sopot - molo po remoncie, piekne rozbudowane - robi wrażenie. Kilka chwil z czytnikiem na jednej z ławeczek.


Plaża - nasze dzieci wskakują do Bałtyku -  krzyczą, piszczą, ganiają się, a ja przegladam polską prasę, cieszę się słoncem, widokiem morza.
Znalazłam Empik - pierwszy w tym tygodniu. Wow, ilez ja bym kupiła, ile bym chciała, ale miejsc na półce w moim irlandzkim domu coraz mniej; ale jak to przewieźć, gdy w bagażu mogę mieć tylko 10 kg?! Nie oparłam się nowej książce Ałbeny Grabowskiej-Grzyb, zwłaszcza, że nie widziałam wersji elektronicznej...
Kolacja u Franciszkanów - podali moje ulubione pierogi...Szkoda, że w domu nikt mi takich nie chce zrobić..
Ostatni wieczór w Polsce. Dzieci jakieś smętne, płaczą, tulą się...Boimy się, by nie  żegnały się zbyt czule... Czuwamy...W telewizji oglądamy koncert opolski - premiery i debiuty. Gdy koncert się skonczył, a dzieci dalej nie spały,  przeczytałam opowiadanie "Multimilioner" Maj Sjowall i Pera Wahloo o wielkich pieniądzach i wielkich emocjach.
Wstaliśmy wcześnie rano, by wyruszyć na lotnisko - także bardzo rozbudowane i odmienione. Po odprawie, gdy waga bagażu przestaje być istotna, kupiłam kilka polskich czasopism, miedzy innymi ulubioną "Panią".

A w samolocie - przez  chwilę czytałam, ale ... zasnęłam  na siedząco..
Chciałam odpocząć od swoich dzieci -  wzięłam pod opiekę piętnaścioro obcych. Chciałam się odstresować i odreagować  - musiałam się martwić i nieustannie czuwać. Wróciłam jeszcze bardziej zmęczona, ale i zadowolona. Bo..
Na lotnisku czekał na mnie mąż i dzieci. Ich  twarze były aż rozpalone z emocji, bo mama wróciła - najcenniejsze wrażenie z wycieczki!
Są emocje, na które się czeka. Są rozstania, które są potrzebne...

A "Ciemna strona"?- doczytana w Irlandii. Ciekawa, bogata antologia, którą powinno się czytać od konca - od eseju J.H. Holmberga "Sukces szwedzkich kryminałów" i notek biograficznych autorów opowiadan. Podobała mi się różnorodność tego zbioru -  mordercy i ofiary, policjanci i oszuści, przestępcy róznego typu i dzieci... Zbrodnia, tajemnica, suspens -wszystko to w tej antologii.
Moja ocena 5/6

p.s. "Lot nisko nad ziemią"  jest w ebooku...