poniedziałek, grudnia 19, 2016

Ja się wcale nie tłumaczę!

Tak, wiem - rzadko tu zaglądam, jeszcze rzadziej coś publikuję. Widzę, że blog żyje swoim życiem, całkowicie poza mną. Dziękuję, że zaglądacie, sprawdzacie, czekacie.  Docierają do mnie Wasze pytania - czy żyję, czy zarzuciłam czytanie, a może zabrali mi internet:) Kochani - tak naprawdę to nie wiem, czemu tak długo mnie tu nie było i czemu nie piszę, przecież to kocham. Brakuje mi pisania i mam przesyt jednocześnie - ma to jakiś sens?




Za zaistniały stan rzeczy odpowiadają przede wszystkim moje dzieci; i to nie tylko te osobiste, ale i szkolne. Okazuje się, że chyba faktycznie jestem stara, co dość często wypomina mi mój syn, i po prostu brakuje mi czasu i energii. Ale nie myślę narzekać, bo mam się czym cieszyć - moja studentka świetnie odnajduje się na uczelni, młodsze dzieci są chwalone. Nawet ja ostatnio na wywiadówce w irlandzkim gimnazjum usłyszałam, że odwalam kawał dobrej roboty jako mama - budujące :) Każdy weekend spędzam w polskiej szkole. Cały tydzień, dbając o dom, myślę, jak ciekawie poprowadzić zajęcia, jak czegoś nauczyć, by nie zniechęcać. I chyba daje radę, bo co tydzień widzę w oczach moich uczniów autentyczną radość - jakoś się z młodzieżą dogaduję.

W między czasie czytam - coraz rzadziej czytam dzieciom, a coraz częściej z dziećmi. Niesamowita to radość słyszeć od dziecka - mamo, poczytać ci? Rzucam wszystko i czekam co mi dziecko zaserwuje - czasem czyta mi po angielsku, czasem po polsku, a zdarza się, że i po irlandzku (w tym przypadku muszę patrzeć na obrazki, bo rozumiem zaledwie kilka słów:(  Od czasu do czasu najmłodsi przynoszą jakąś grubą książkę, której są ciekawi, a  po którą nie mają jeszcze odwagi sięgnąć  i proszą, by im poczytać. Przecież nie mogę odmówić. Studentka opowiada o zagadnieniach psychologii rozwojowej i zajęciach muzycznych, m.in. grze na bębnach gamelan, znacie? Szesnastolatka opowiada o swojej fascynacji kulturą Japonii. Uczniowie zachęcają do czytania Sapkowskiego i opowiadają o lekturach z irlandzkiej szkoły. Dzieje się! Czas zajmuje też remont mieszkania, ale kto by się tym przejmował;)


Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, od czasu do czasu, zastanawiałam się, co napiszę o przeczytanej własnie książce i uświadamiałam sobie, ze owszem chciałabym swoje myśli utrwalić, ale chcąc je opublikować, muszę się postarać, by być oryginalną, nie powtarzać opinii zamieszczanych na różnych blogach czy portalach, a to już staje się trudne. Internet pełen jest ocen każdej z książek. Czy jest sens je dublować? Chcąc ułożyć ciekawy, rzetelny post, zrobić interesujące zdjęcia, napisać szczerą recenzje muszę włożyć w to sporo pracy, poświecić dużo czasu. a ja go nie mam. Niestety nie potrafię machnąć "recenzyjki" w pół godziny:(
Nie napisałam o tylu propozycjach siedleckiego festiwalu, nie napisałam o ciekawych książkach czytanych z dziećmi, o przesłuchanych audiobookach. Odkładałam, odkładałam, odkładałam... Aż w końcu głupio mi było wrócić,  bo tyle się nawarstwiło,  o tylu rzeczach trzeba by było napisać. A to przecież było dawno,  myślami trzeba sięgać daleko, przypominać sobie, a czy jest sens? I tak dalej. Znacie to?
Poza tym chyba nie umiem pisać krótko, odczuwam potrzebę pisania długich opinii. Starannie przemyślanych i opracowanych. I jak teraz o 20 przeczytanych książkach napisać elaboraty? No, jak?

Ostatnio jednak pewna życzliwa osoba uświadomiła mi, że nie muszę zawsze się  rozgadywać i analizować powieści dogłębnie. Grunt, żeby pisać. Nie przestawać. Inna sprawa, iż mało kto doczytuje do końca długie wpisy, bowiem  czy kogoś (no może poza autorem) takie szczegóły interesują? Więc może tak zrobię - popchnę ten kamyczek, lekko bo lekko, ale popchnę -  ruszę go i dalej już jakoś pójdzie?

Zdaje sobie sprawę, ze mój blog, to taki mały blodżek . Zasięg niewielki, czytelników garstka, moc opiniotwórcza żadna, więc nie muszę się za bardzo przejmować tym, jak często piszę. Nie chcę by przyjemność, odczuwana przy opisywaniu  przeczytanej książki, zmieniła się w obowiązek. Bardzo bym nie chciała, by pojawiła się jakaś presja, odzierająca to, co niegdyś dawało mi multum radości, z całej magii i epizodyczności. Nie pozwolę, by obowiązek zabił pasję. A ja nie chcę jej stracić.

 Przejmowałam się, że może jest za bardzo osobiście; że może za dużo niepotrzebnych informacji, że za mało profesjonalnie... Rety, jak mnie to gryzło. Ale wreszcie mnie olśniło. To przecież moja przestrzeń! Niby piszę dla siebie, a się tłumaczę. Chyba bardziej przed sobą. A do Was mam pytanie - będziecie wyrozumiali? Możemy się umówić, że jak zatęsknicie, to mnie pogonicie? Please:)

Większą wagę na co dzień przykładam do innych mediów - zwłaszcza Facebooka i Instagrama. Zapraszam.
A nastepny wpis bedzie już za chwilę:)

1 komentarz:

  1. To Twoja przestrzeń, rób z nią co chcesz, byłeś Ty się z tym czuła dobrze, ale jednak fajnie jest tu zajrzeć co jakiś czas i mieć wybór, nawet jeśli nie komentuję aktywnie 😜

    OdpowiedzUsuń