Naprawdę mam się z czego cieszyć. Jest tyle powodów do dumy i radości, a tak mało okazji, by o tym powiedzieć. Szkoda, że nie obchodzimy Święta Dziękczynienia - czuję, że byłoby moim ulubionym. Ale doszłam do wniosku, iż nie potrzebuję specjalnego pretekstu, by napisać o tym, że jestem szczęśliwa. Nie będę przejmować się tym, iż mogę wydać się komuś banalna. Ani myślę martwić się tym, że zdradzam swój wiek - liczba przeżytych lat jest pretekstem pozwalającym uporządkować powody do wdzięczności i radości. I jeśli ktoś nie ma ochoty na osobiste wynurzenia jakiejś obcej baby w tym dokładnie momencie przesuwa wzrok w górny, prawy róg ekranu i zamyka tę stronę.piątek, marca 04, 2016
Co najmniej 36 powodów do radości
Naprawdę mam się z czego cieszyć. Jest tyle powodów do dumy i radości, a tak mało okazji, by o tym powiedzieć. Szkoda, że nie obchodzimy Święta Dziękczynienia - czuję, że byłoby moim ulubionym. Ale doszłam do wniosku, iż nie potrzebuję specjalnego pretekstu, by napisać o tym, że jestem szczęśliwa. Nie będę przejmować się tym, iż mogę wydać się komuś banalna. Ani myślę martwić się tym, że zdradzam swój wiek - liczba przeżytych lat jest pretekstem pozwalającym uporządkować powody do wdzięczności i radości. I jeśli ktoś nie ma ochoty na osobiste wynurzenia jakiejś obcej baby w tym dokładnie momencie przesuwa wzrok w górny, prawy róg ekranu i zamyka tę stronę.czwartek, lutego 25, 2016
Jak w czeskim filmie - "Ostatnia arystokratka" Evžen Boček
Kto nie marzył o tym, by zamieszkać w zamku, mieć służbę, szlachecki tytuł, przywileje, itp? Kto by nie chciał móc się pochwalić całą galerią szlachetnie urodzonych przodków? Ja może nie chciałabym zamku - boję się zimna i przeciągów - ale bardzo bym chciała mieć dużo przestrzeni, dużo pokojów. Przynajmniej sześć - dla każdego własna przestrzeń. Plus jeden dla gości. Plus jeden na mój gabinet z piękną dużą biblioteczką. Niezbyt oryginalne marzenie, ale o tym, by choć przez chwilę poczuć się ekskluzywnie czasami marzy każdy.O tym też marzyli Kostkowie. Czeska rodzina mieszkająca w Ameryce. Gdy pewnego dnia dowiadują się, że mają zamieszkać we wspaniałej siedzibie swoich przodków, decydują się na przeprowadzkę. Bez oporów zgadza się na to nawet Vivien - amerykańska żona głównego spadkobiercy majątku. Przecież będzie mogła żyć jak ukochana księżna Diana. Niespełna dziewiętnastoletnia Maria również bez żalu się pakuje, bo przecież ziści się jej sen o Kopciuszku...
wtorek, lutego 23, 2016
Najdziwniejszy superbohater - "Mężczyzna imieniem Ove" Fredrika Backmana
Ta powieść sprawiła, że mąż musiał mnie długo uspokajać. Po raz pierwszy po lekturze książki przyszłam do niego zapłakana i po prostu się przytuliłam. Biedak nie wiedział, co tym razem wymyśliła jego żona. Często nie nadąża za moimi humorami i kaprysami, ale wiernie przy mnie trwa.Gdy w końcu przestałam szlochać i nieskładnie zaczęłam opowiadać o facecie, który uznawał tylko saaby, tolerował volvo, pokłócił się z najlepszym przyjacielem tylko dlatego, że ten kupił BMW, mąż przytulił mnie jeszcze mocniej i powiedział, że rozumie, bo beemkami jeżdżą tylko ... Nie napiszę, jakich słów użył, ale było to raczej bliskie stereotypowemu postrzeganiu właścicieli tych aut.
Jednakże uwaga mojego męża sprawiła, że znów się rozpłakałam. Rozryczałam się. Ze łzami w oczach i zasmarkanym nosem popatrzyłam na mojego mężczyznę i poważnie, acz retorycznie, spytałam go - czemu nie czyta książek? Ta by mu się spodobała.
Czemu o tych samochodach piszę? Autor powieści "Mężczyzna imieniem Ove" Fredrik Backman kilka razy w powieści przytacza zdanie:
"Na pewno istnieją ludzie, którzy nie wierzą, że można wytłumaczyć uczucia mężczyzny poprzez samochody, jakimi jeżdżą."
Mój mąż zdecydowanie wierzy. Rzadko mu opowiadam o swoich lekturach; o tej bardzo chciałam porozmawiać i mogłam to zrobić tylko w ten sposób. Jestem pewna, że małżonek zrozumiał mój płacz, bo on kocha auta, a saaby uwielbia. Bo jak Ove wie, o co powinien walczyć.
środa, lutego 10, 2016
Kto sieje zło, zbiera nieszczęście - "Żniwa zła" Robert Galbraith
![]() |
| English Market w Cork |
czwartek, stycznia 28, 2016
Zatańczyć raz jeszcze... "Co się wydarzyło w Madison County" Robert James Waller
Nie wiem, czy chcę Wam o niej opowiedzieć. Nie wiem, czy chcę się nią dzielić. Chciałabym ją schować, traktować jak skarb. Jest piękna. Jest moja, o mnie, dla mnie, będzie ze mną. Będę do niej wracać. Jeśli nie do całej historii, to do zaznaczonych fragmentów. Będę znów je przeżywać. Będę znów płakać. I od razu uprzedzam pytania - nie pożyczę jej. Żadna inna książka nie poruszyła mnie tak jak ta. "Co się wydarzyło w Madison County" Roberta James'a Wallera jest tą, którą jako pierwszą wyniosę z płonącego domu.
"Są pieśni, które wznoszą się znad błękitnej trawy, z kurzu tysięcy polnych dróg. Ta jest jedną z nich."
"Są pieśni, które wznoszą się znad błękitnej trawy, z kurzu tysięcy polnych dróg. Ta jest jedną z nich."
czwartek, stycznia 14, 2016
Kryminalnie - Peter May, Katarzyna Pużyńska, Alek Rogoziński i dwa zdania o Camilli Lackberg
Naszło mnie ostatnio na kryminały. Przeczytałam kilka. Tak jeden po drugim. I mogłabym powiedzieć, że mam na razie dość zbrodni i śledztw, ale wczoraj właśnie miała premierę najnowsza książka Joanne Rowling, czy jak kto woli Roberta Galbraitha - "Żniwa zła" i muszę ją przeczytać! Przede wszystkim dla Cormorana Strike'a - to dopiero ciekawie wykreowany bohater:)I to właśnie w kryminałach podoba mi się najbardziej - charakterystyczni, konkretni, inteligentni, twardzi dochodzeniowcy płci obojga. Lubię śledzić ich tok myślenia, lubię tę kryminalną logikę i analizę wielu śladów prowadzących do odkrycia sprawcy. A jednocześnie cieszę się, że kryminały nie są skupione tylko na opisach zbrodni i poszukiwaniu przestępców, ale jest w nich ciekawie rozbudowana warstwa społeczno-obyczajowa. Policjanci nie skupiają się tylko na pracy, są normalnymi ludźmi różnie radzącymi sobie z różnymi emocjami.
środa, grudnia 30, 2015
Oby spełniło nam się więcej niż siedem życzeń
Za oknem szaleje Frank. Szósty w tym roku potężny huragan. Gdy mieszka się niemalże na wybrzeżu Atlantyku, należy się tym martwić. Podwórko musi być uprzątnięte, samochód ustawiony w bezpiecznym miejscu, zapas węgla do kominka poczyniony. Należy obserwować też oceaniczne pływy, bo gdy ulewa połączy się z przypływem, drogi będą nieprzejezdne. Ale najgorszy w tym wszystkim jest wiatr - gwałtowny, nieprzyjemny, głośny. Nie lubię takiego wiatru, boję się go - widziałam, co potrafi zrobić. A na pewno nie daje spać.I mniej więcej tym tematem zaczynało się każde okołoświąteczne spotkanie ze znajomymi. Depresyjna irlandzka pogoda męczy już wszystkich. Za każdym razem wracamy do domu zmoknięci. Brakuje nam słońca. Brat, który zdecydował się spędzić święta ze mną i z moją rodziną miał tak straszny lot, że bał się, czy w ogóle wyląduje. Turbulencje potrafią przerazić. Podziwiam pilotów, którzy opanowują wielkie samoloty przy takiej pogodzie.
czwartek, grudnia 24, 2015
Wesołych świąt!
Życzenia zewsząd płyną. To dobrze. Bo to piękny czas. Życzliwości, bliskości, radości - i oby było nam świątecznie jak najdłużej. Niech będzie nam ciepło na sercu i lekko na duszy (i żołądku) Emotikon wink
Życzę wszystkim pięknych, błogosławionych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia.
Życzę wszystkim pięknych, błogosławionych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia.
wtorek, grudnia 08, 2015
Wyimki z Ziomeckiego
Nie chcę, by te zdania mi uciekły. Chciałabym do nich wracać. Chciałabym, by zachęciły Was do sięgnięcia po rewelacyjną powieść Mariusza Ziomeckiego "Mr Pebble i Gruda"
"Co ja tu robię - daleko od nich? W obcym kraju, którego problemy nie są moimi problemami, a który wbrew obietnicom, nie chroni... Czuje przyplyw tęsknoty za szorstką wesołością mojego rodzeństwa, bezpiecznym gwarem rodziny. I za poczuciem ciepła, jakie daje bliskość znajomych kątów. Wreszcie za doliną tamtej rzeki, moim matecznikiem, prawdziwym punktem zero naszego wszechświata."
"Emigranci są nielogiczni. Opuszczają rodzinny kraj, bo nie potrafią w nim dalej żyć, ale w nowym miejscu irytuje ich wszystko, co jest inne."
"U progu dorosłości, gdy uwalniamy się od rygorów rodzinnego domu, wolność uderza do głowy jak musujące wino. Bawimy się wtedy z energią, jakiej nie mamy nigdy potem, a przyjaźnie dają nam nowe poczucie bezpieczeństwa. To niewzruszona wiara, że na naszych przyjaciół możemy liczyć zawsze i że zrobią dla nas wszystko bez zadawania pytań i podzielą się z nami ostatnią kromką chleba, daje nam odwagę do ostatecznego opuszczenia świata dzieciństwa i rodziców."
"Co ja tu robię - daleko od nich? W obcym kraju, którego problemy nie są moimi problemami, a który wbrew obietnicom, nie chroni... Czuje przyplyw tęsknoty za szorstką wesołością mojego rodzeństwa, bezpiecznym gwarem rodziny. I za poczuciem ciepła, jakie daje bliskość znajomych kątów. Wreszcie za doliną tamtej rzeki, moim matecznikiem, prawdziwym punktem zero naszego wszechświata."
"Emigranci są nielogiczni. Opuszczają rodzinny kraj, bo nie potrafią w nim dalej żyć, ale w nowym miejscu irytuje ich wszystko, co jest inne."
"U progu dorosłości, gdy uwalniamy się od rygorów rodzinnego domu, wolność uderza do głowy jak musujące wino. Bawimy się wtedy z energią, jakiej nie mamy nigdy potem, a przyjaźnie dają nam nowe poczucie bezpieczeństwa. To niewzruszona wiara, że na naszych przyjaciół możemy liczyć zawsze i że zrobią dla nas wszystko bez zadawania pytań i podzielą się z nami ostatnią kromką chleba, daje nam odwagę do ostatecznego opuszczenia świata dzieciństwa i rodziców."
Totalnie - "Mr Pebble i Gruda" Mariusza Ziomeckiego
Na długo zostanie ze mną ta historia. Długo będę myśleć o rodzinie Kamyków, w końcu poznawałam ich prawie miesiąc. W końcu odsłaniali swoje rodzinne tajemnice przez prawie tysiąc stron. To nieprzeciętna rodzina. Nie da się ich zapomnieć. Słuchałam opowieści Jana Kamyka - głównego bohatera i narratora. Poznałam jego syna, chłopca z zespołem sawanta, rodzeństwo, rodziców, przyjaciół, a przede wszystkim żonę - Mariettę. Pomimo tego, że na pierwszych stronach powieści dowiedziałam się, że nie żyje, to jest ona postacią zaborczą, obecną w pamięci nie tylko jej męża.Ale po kolei - książka Mariusza Ziomeckiego "Mr Pebble i Gruda" jest dobra jak scenariusz najlepszych hollywoodzkich produkcji - najpierw trzesięnie ziemi, a raczej skok kobiety z dachu, a potem jest tylko mocniej. Ciekawiej. Jak w dobrym wysokobudżetowym filmie bohaterów dużo - wszyscy charakterni, nieprzeciętni. Miejsc akcji też dużo - jest nawet międzykontynentalnie.
Jan Kamyk to poeta, który opuścił Polskę w 1985 roku po tym, jak jego żona popełniła samobójstwo. Wyjechał z kraju, który go zawiódł. Był na tyle rozczarowany, że zmienił nazwisko, nie chciał nawet utrzymywać kontaktów z rodziną. Nie chciał wracać. Ale przeszłość go odnajduje. I następuje wielki come back.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


