czwartek, lutego 25, 2016

Jak w czeskim filmie - "Ostatnia arystokratka" Evžen Boček

Kto nie marzył o tym, by zamieszkać w zamku, mieć służbę, szlachecki tytuł, przywileje, itp? Kto  by nie chciał móc się pochwalić całą galerią szlachetnie urodzonych przodków? Ja może nie chciałabym zamku - boję się zimna i  przeciągów - ale bardzo bym chciała mieć dużo przestrzeni, dużo pokojów. Przynajmniej sześć - dla każdego własna przestrzeń.  Plus jeden dla gości. Plus jeden na mój gabinet z piękną dużą biblioteczką. Niezbyt oryginalne marzenie, ale o tym, by choć przez chwilę poczuć się ekskluzywnie czasami marzy każdy.
O tym też marzyli Kostkowie. Czeska rodzina mieszkająca w Ameryce. Gdy pewnego dnia dowiadują się, że mają zamieszkać we wspaniałej  siedzibie swoich przodków, decydują się na przeprowadzkę. Bez oporów zgadza się na to nawet Vivien - amerykańska żona głównego spadkobiercy majątku. Przecież będzie mogła żyć jak ukochana księżna Diana. Niespełna dziewiętnastoletnia Maria również bez żalu się pakuje, bo przecież ziści się jej sen o Kopciuszku...



Od pierwszych stron jednakże okazuje się, iż z bajkową rzeczywistością niewiele będzie tu wspólnego. Pierwszy problem pojawia się jeszcze przed wylotem - jak zabrać do Czech skremowane prochy przodków? A co z kotem, a w zasadzie z kocicą Carycą? Ktoś wpada na pomysł, by ją uśpić (nie na amen, na szczęście) i wpakować do futrzanej czapki. Może nikt się nie zorientuje...
Gdy w końcu docierają do Kostki, majątku swoich przodków, przekonują się, że owszem jest zamek, jest służba, ale niestety nie jest to zbieżne z ich wyobrażeniami.
Maria Kostka  spisuje to co widzi, słyszy i czuje w formie pamiętnika. To ona własnie jest tytułową ostatnią arystokratką, to ona jest narratorką. I właśnie to zwiększa efekt komiczny. Młoda dziewczyna wychowana w innej kulturze, próbując zachować obiektywizm i dystans, zapisuje swoje spostrzeżenia.  Pisze o ojcu - Franciszku Antonim Kostce z Kostki, który do tej pory nie bardzo kojarzył, gdzie leżą Czechy. Maria opisuje reakcje swojego ojca, gdy okazuje się, że jego wyobrażenie wielkopańskiego życia zderza się z realnymi potrzebami i wydatkami. Szybko okazuje się, iż problemy finansowe determinują decyzje związane z otwarciem zamku dla turystów.
Maria opowiada też o matce tęskniącej za amerykańskimi kuzynami i przyjaciółkami. Vivien najchętniej całe dnie wisiałaby na telefonie. Rozczarowanie kontrastem między jej wiedzą na temat dworskich obyczajów a ich respektowaniem  w Czechach  rekompensują jedynie duchy straszące w katakumbach.
W swoim pamiętniku Maria  sporo miejsca poświęca ludziom, którzy zamkiem zajmowali się przez wiele lat  -  trójce służących. Pieczę nad wszystkim trzyma Józef  - leniwy, zgorzkniały, sceptyczny i marudny kasztelan.  Gotuje, sprząta, zajmuje się zwierzętami pani Cicha - "babka, która lubi sobie golnąć i czasami przesadza". Jest  też zamkowa złota rączka, gość od ogrodu, a przede wszystkim hipochondryk, poeta i pianista - pan Spock.  Maria czyta pamiętniki swoich przodków i dowiaduje się, że w jej rodzinie imię Maria pojawiło się tylko dwa razy. Żadna z kobiet, która nosiła to imię nie dożyła dwudziestki. Zmarły w tragicznych okolicznościach, więc narratorka szybko orientuje się, iż prawdopodobnie ona też długo nie pożyje - cóż, taka klątwa. Znosi to dzielnie. nawet opowiada o tym turystom.
Rodzina Kostków musi zmierzyć się z różnymi wyzwaniami - wiedzą, że zamek wymaga remontu, trzeba zająć się psami, nauczyć się jeździć konno, samochodem bez automatycznej skrzyni biegów, trzeba też przyjmować gości oraz pomóc sąsiadom, zwłaszcza rówieśnikowi Maksowi.

Po ostatnich wzruszeniach potrzebowałam książki, przy której bym mogła odpocząć. "Ostatnia arystokratka" Evžena Bočka sprawdziła się znakomicie. Poznałam historię prawie jak z bajki, I tu akurat sprawdzi się hasło z reklamy - prawie stanowi ogromną różnicę. Przede wszystkim dlatego, iż ta ostatnia arystokracja nie skupia się na balach, rautach, wystawnych kolacjach czy pięknych strojach, a na tym jak opłacić podstawowe rachunki, a nawet więcej - od kogo na nie pożyczyć albo jak na nie zapracować. Ale ich zmagania z tą podstawową materią pokazane  są tak komicznie, że co chwilę prycha się śmiechem. Przygotowania do świniobicia - genialne.  Projekt zamku totalnego rozbawił mnie do łez, a pełne powagi, niewymuszone komentarze Marii do absurdalnych sytuacji sprawiają, że czytałam z uśmiechem na ustach.
 Kostkowie poznają czeską historię, czeskie zwyczaje. Próbują zrozumieć Czechów, próbują się nauczyć jak być Czechami.
Dzięki temu, że narratorką jest Maria powieść jest lekka i naturalna - przecież z punktu widzenia młodej kobiety nie może być inaczej. Moja córka, rówieśnica Marii, skuszona moimi wybuchami śmiechu oraz krótkimi opowieściami sięgnęła po tę powieść i też co chwilę chichocze. Natalia jest akurat po próbnej maturze, więc "Ostatnia arystokratka" zdała egzamin - mnie pozwoliła przetrwać stres związany z egzaminami córki,  a jej go odreagować.  Jest śmiesznie, groteskowo, ciekawie. Jest cudnie!

8 komentarzy:

  1. Klimat z zamkiem w tle, do tego groteska! Nie trzeba nic więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No może jeszcze dobra herbatka, lampka wina lub kieliszek orzechówki:)

      Usuń
  2. Uwielbiam groteskę i ironię, więc mogłabym się skusić na tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I na pewno będziesz chichotać od pierwszych stron:)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Czyli sięgamy po Arystokratkę w ukropie i śmiejemy się dalej:)

      Usuń