Kto potrącił zakonnicę i dlaczego? Czy mamy do czynienia z seryjnym zabójcą? Czy mieszkańcy Lipowa i okolicznych wsi mają się czym martwić? Czy było to morderstwo z premedytacją? Kto próbuje wpłynąć na bieg śledztwa? Na te i inne pytania musieli odpowiedzieć policjanci z posterunku w Lipowie, którym przyszło się zmierzyć z pierwszą w ich karierze tak poważną kryminalną zagadką. Czytając "Motylka" - debiutancką książkę Katarzyny Pużyńskiej, przypomniałam sobie, jak zaczytywałam się kryminałami Camilii Lackberg. Podobał mi się ich klimat - tajemnicze zbrodnie, przeszłość, która ma wpływ na terażniejszość, szeroko zakrojona warstwa obyczajowa. Prywatne życie policjantów oraz mieszkańców małego miasteczka, gdzie każdy ma swoje sekrety, tajemnice. Przeczytałam wszystkie tomy. Wielokrotnie je pożyczałam i do dziś z sentymentem patrzę na nie - takie kryminały lubię. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - lubię lekkie kryminały.środa, lutego 25, 2015
"Już nie będziesz motylku skrzydlaty..." "Motylek" Katarzyny Pużyńskiej
Kto potrącił zakonnicę i dlaczego? Czy mamy do czynienia z seryjnym zabójcą? Czy mieszkańcy Lipowa i okolicznych wsi mają się czym martwić? Czy było to morderstwo z premedytacją? Kto próbuje wpłynąć na bieg śledztwa? Na te i inne pytania musieli odpowiedzieć policjanci z posterunku w Lipowie, którym przyszło się zmierzyć z pierwszą w ich karierze tak poważną kryminalną zagadką. Czytając "Motylka" - debiutancką książkę Katarzyny Pużyńskiej, przypomniałam sobie, jak zaczytywałam się kryminałami Camilii Lackberg. Podobał mi się ich klimat - tajemnicze zbrodnie, przeszłość, która ma wpływ na terażniejszość, szeroko zakrojona warstwa obyczajowa. Prywatne życie policjantów oraz mieszkańców małego miasteczka, gdzie każdy ma swoje sekrety, tajemnice. Przeczytałam wszystkie tomy. Wielokrotnie je pożyczałam i do dziś z sentymentem patrzę na nie - takie kryminały lubię. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - lubię lekkie kryminały.poniedziałek, lutego 09, 2015
"Dziś jest o wiele ładniej niż wczoraj" - "Magnolia" Grażyna Jeromin-Gałuszka

Tylko czekać aż zakwitną magnolie i inne kwiaty. Pomimo porannych przymrozków w powietrzu już czuć wiosnę. Uwielbiam ten czas w roku. Co prawda w Irlandii cały rok jest zielono, cały rok coś kwitnie, ale właśnie teraz, lada chwila, cała tutejsza roślinność ponownie będzie mnie oczarowywać... Nie znudzi mi się to nigdy.
Podobnie jak książki. Wciąż mnie zadziwiają. Sięgam po kolejne, oczekując oczywiście ciekawej opowieści, nowych postaci, emocji i okazuje się, że wciąż mnie zaskakują. Ogromną zaletą książek jest to, że każdemu pokazują coś innego, każdy odnajdzie w nich coś dla siebie, każdy może w nich skrytykować coś innego... Dla mnie to magia! Wziąć w ręce zbiór zadrukowanych kartek - gdyby nie okładki rozróżniające, to przecież tak do siebie podobnych. Wejść w historię stworzoną przez kogoś całkiem obcego i odkryć tyle dla siebie i o sobie... Oczyma wyobraźni przenieść się w zupełnie inne miejsce. Pomimo, że przeczytałam setki książek one naprawdę wciąż mnie zaskakują... I jak nie czytać?!

Czasem trafiam na takie, które rozkładają mnie na łopatki. Dobry Boże! Jak to dobrze, że są książki. Że są taakie książki. Takie zwyczajne, a tak poruszające. Nie dziwię się, że "Magnolia" została nagrodzona na ubiegłorocznym Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach. Grażyna Jeromin-Gałuszka zdobyła nagrodę pióra. Była też nominowana przez jurorki polonijne. Licząc na podobne wzruszenia i zaskoczenia, tym bardziej się cieszę, że będę mogła czytać książki zgłoszone do tegorocznego konkursu. Jestem zaszczycona tym wyróznieniem:)
Głównym bohaterem jest Filip - pilot. Właśnie traci pracę, chwilę później odchodzi od niego żona. Na dodatek okazuję się, że ma problemy z sercem. Zostawia wszystko za sobą. Wyjeżdza. bez planu, bez celu. Zatrzymuje się gdzieś w Bieszczadach, zdawałoby się na końcu swiata, na starej stacji, spotyka mężczyznę, który chce sprzedać pensjonat - Filip bez namysłu go kupuje... Banalnie? Ckliwie? Tylko do tego momentu.
W Magnolii - bo tak nazywa się nowy nabytek, Filip poznaje kilka kobiet. I to one mnie zaskoczyły najbardziej. Czasem są irytujące, zrzędliwe. Cały czas gadają, przekomarzają się, dogryzają sobie, ale te ich trajkotanie, nadaje życiu Filipa sens.
![]() |
| Gdzieś nad Osławą w Bieszczadach (zdjęcie znalezione na edupedia.pl) |
Jakże ja się odnalazlam w tej wrażliwości bieszczadzkiej! Wokół wzgórza niczym te moje irlandzkie. Zapatrzenia na to, co codzienne, powtarzalne, a przecież tak wartościowe, bo najbliższe.
![]() |
| Oysterhaven - ukochany zakatek Irlandii |
Z przyjemnością przysłuchiwałam się rozmowom prowadzonym w pensjonacie. Wsłuchiwałam się w czasami gorzkie słowa Cześki, podziwiałam ją za ogarnianie całego pensjonatowego zamętu. Dumałam nad jej świadomością przemijalności. Czekałam na wielki sekret umierającej babki. Zastanawiałam się, jaki sekret skrywa Marlena, która uciekła od chaosu miasta i jego bezsensownej gonitwy. Odnajdywała swoj spokój w filiżance kawy wypitej wśród znajomych, w prasie -niekoniecznie bieżącej. Pragnąca wytchnienia kobieta dzielnie angażowała się, gdy ktoś potrzebował pomocy.
Któregoś dnia w pensjonacie zjawia się Doris i zapada w sen. Po kilku dniach wpada w trans tworzenia. Nie chce o sobie zbyt wiele mówić, a gdy w końcu zaczyna, wszystkich zaskakuje. Powiem tylko, że pieniądze nie są dla niej najważniejsze. Wszystkim się zachwyca, nawet wyliniałym kundlem, którego nazywa Absurdem.
Co pare dni w pensjonacie zjawia się Tuśka - pozornie beztroska nastolatka, która przychodząc po resztki dla psa, opowiada romantyczną historię sprzed lat. Ani słowem nie wspomina o rodzinnych problemach.
Jest jeszcze Olga przywożąca warzywa. Wiecznie uśmiechnięta, pomimo trudnej sytuacji, z jaką na co dzień musi się zmagać.
Gdzie w tym wszystkim jest Filip? Trudno jest mu się odnaleźć w tym miejscu. Nie potrafi się zaangażować. Nieco zbyt póżno zaczyna doceniać to miejsce i te kobiety... Ale oczywiście, nie mogę Wam napisać dlaczego:)
![]() |
| Dworzec kolejowy w Cork - pusta stacja to ważne miejsce w "Magnolii" |
Wątki się mieszają, zaskakują, ale od tej opowieści bije przede wszystkim spokój i ciepło. Znalazłam humor, trochę wzruszeń, trochę groteski, garść życiowych mądrości umiejętnie wplecionych, sporo miłości, serdeczności i dobrej energii. Bardzo mi się podobał język - dowcipny i oryginalny. Naturalny, a jednocześnie wyróżniający tę książkę spośród wielu innych. Wykorzystam opinię jednej z blogerek polonijnych, Ani Kubicy - ta "książka ma fajnego twista". Aniu, Kasiu - dziękuję za rekomendację -"Magnolia" jest bardzo pozytywnie zakręcona.
Pokazuje, jak ważne jest, by czerpać radość z każdej drobnej chwili i doceniać jej wartość. Idealnie wpisuje się w mój sposób myślenia, bowiem każdego dnia staram się zauważyć jego pozytywy, szukam ich. Każdym dniem się cieszę. Tego chciałabym nauczyć moje dzieci.
"Magnolia" ta taka swojska apoteoza hasła carpe diem.
Zakończenia nie zdradzę. Nie odbiorę Wam tej przyjemności albo inaczej - tych wzruszeń, tego zaskoczenia. Ale powiem tylko, że pada tam zdanie: "zostają tylko złudzenia" ...
A ja przecież "jedyne co mam, to złudzenia..."
Pani Asiu - ta piosenka jest dla Pani:) Zawsze jest czas, by poszukać siebie!
środa, lutego 04, 2015
"Córeczka" Liliany Fabisińskiej - o pewnym "natężeniu świadomości"

1 lutego święta Brygida podobno przynosi wiosnę. Pierwsze jej oznaki są już widoczne - kwitną krokusy, hiacynty, żonkile; ptaki śpiewają coraz odważniej; dzień staje się coraz dłuższy.
W Irlandii na ten dzień czeka się podobnie jak za oceanem na dzień świstaka. Tradycja nakazuje w przeddzień wysprzątać dom, upiec ciasto, przyjąć gości, w żadnym wypadku nie odmawiać potrzebującym. Zeszłoroczny słomiany krzyż św. Brygidy należy spalić, a u sufitu powiesić nowy. Czasem wywiesza się również części ubrania i wstążki, aby Brygida, wędrując po kraju, dotknęła ich i pobłogosławiła ich właścicielom na następny rok. Wstażek nie wywieszałam, ale pranie suszyło się na dworze:) A krzyż ze słomy mam, bo Alicja zrobiła w szkole. Św. Brygida Irlandzka jest patronką wyspy, zwaną celtycką Marią, patronuje także pracy na roli, nowemu życiu, poezji, odnowie i lecznictwu.
Nietypowa ta wiosna w tym roku - mroźna, a nawet odrobinę śnieżna. Codziennie rano, patrząc na białe hiacynty, muszę walczyć ze szronem na szybach auta. Wieczorami wciąż trzeba palić w kominku, co zresztą lubię bez względu na porę roku...
Gdy dzieci idą spać, zagrzebuję się pod kocem i otaczam się tym, co sprawia, że odpoczywam - kubek owocowej herbaty, książka i muzyka... Czytam niemalże do czwartej nad ranem, w tle mając delikatne dźwięki ukochanych piosenek - ostatnio za sprawą "Córeczki" Liliany Fabisińskiej - Starego Dobrego Małżeństwa i Grzegorza Turnaua.
.
"Córeczkę" dostałam od Magdy Witkiewicz w formie pliku pdf - prosiła, bym przeczytała książkę, która powstawała równolegle z jej "Pierwszą na liście".
Pierwsze podobieństwo obu książek można zauważyć dość szybko - obie zaczynają się od niespodziewanej wizyty - w drzwiach głównych bohaterek staje nastolatka. Młode kobiety żądają wyjaśnień, zmuszają do spojrzenia w przeszłość, do stawienia czoła wydarzeniom sprzed lat. Epizodycznie w "Córeczce" pojawia się nawet Ina - dziennikarka - bohaterka książki Magdy.
Styl - podobny. Równie dobry. Lekki, ale daleki od banalności. Bliski życiu, codzienności - wydarzenia i postacie prawdopodobne, dialogi naturalne.
I najważniejsze - najnowsze książki Liliany Fabisińskiej i Magdaleny Witkiewicz mają silny wydźwięk społeczny. Poruszają ważny i aktualny problem, mają szansę wywołać coś dobrego. Nie robią tego nachalnie - wprost przeciwnie - edukacyjne przesłanie odczytuje się niejako przy okazji. To przede wszystkim bardzo ciekawe, wzruszające historie kobiet, które muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich najważniejsze. To piękne opowieści o tym, że miłość niejedno ma imię.
Główną bohaterką jest Agata - pani psycholog, ekspertka od wychowywania dzieci, wielokrotnie pojawiająca się w rozmaitych mediach z głosem doradczym, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach z dziećmi, jak się z nimi komunikować. Jest mamą Filipa, żoną idealnego męża. Jest szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną kobietą. Wizyta Zuzy, dziwnie wyglądającej piętnastolatki, burzy jej spokój.
Musi wrócić do wspomnień o romansie sprzed lat. Do wydarzeń jak z harlequina - niezwykłych, romantycznych, intensywnych, ale bardzo przy tym prawdopodobnych. Okazuje się, że wykształcona i doświadczona kobieta także popełnia błędy. Przed laty przez kilka dni była mamą dla pewnej dziewczynki, która teraz potrzebuje jej pomocy. Tytułowa córeczka to niejednoznaczna postać - jej tajemnice odkrywane są stopniowo. Ta zbuntowana, i sprawiająca pozory silnej i niezależnej, dziewczyna, wciąż jest jeszcze dzieckiem - samotnym i zagubionym. Żeby jej pomóc Agata musi przewartościować cały swój świat.
Z czasów, gdy mieszkałam z braćmi pamiętam utwór, który bardzo pasuje do sytuacji, w której znalazła się Agata. Przez kilka dni w jej głowie przewijały się, niczym wersy hip hopowej piosenki zespołu Kaliber 44, słowa: "Plus i minus to jedyne, co słyszę; plus i minus, to jedyne, co widzę.."
Tym, którzy nie słuchali hip hopu, wyjaśnię, że chodzi w niej o oczekwanie na wynik badania na obecność wirusa HIV. Agata musi zmierzyć się z podobnym lękiem. Dowiaduje się bowiem, że jej partner sprzed lat jest seropozytywny.
Nigdy nie można mieć pewności, że przeszłość do nas nie wróci w najbardziej zaskakującej postaci. Czasem okazuje się, iż decyzje podjęte lata wcześniej odbijają się rykoszetem na chwili obecnej. Książka potwierdza prawdę starą jak świat: nie można się zarzekać, że nigdy, że na pewno... Życie lubi weryfikować naszą pewność siebie...
O tym, że wirus HIV wciąż budzi lęk, przekonałam się ostatnio, oglądając serial "Na Wspólnej".
Nie będę streszczać problemów serialowych postaci, ale akurat tego dnia, gdy kończyłam lekturę "Córeczki", Kamil i Zuza walczyli w sądzie o to, by wróciła do nich ich adopocyjna córeczka. Serialowa Zuza jest nosicielką wirusa. Wrażenie zrobiła na mnie scena przed sądem - krzyki, wyzwiska... Okazuje się, że wciąż trzeba pracować nad świadomością społeczną, walczyć z uprzedzeniami, ze stereotypami. Książka Liliany Fabisińskiej pokazuje, że test nie jest wyrokiem. Wyrokiem może być nieświadomość.
Podobała mi się bardzo scena w książce, pokazująca zakochanych wspólnie robiących test na HIV - ciekawa walentynkowa inicjatywa, prawda?
Miałam robiony taki test w czasie ciąży. Pamiętam napięcie związane z oczekiwaniem na wynik. Gdzieś w podświadomości był lęk, bo przecież tyle razy miałam pobieraną krew... Czysto irracjonalny lęk, ale potem była też ulga i zadowolenie, że wiem.
Książki Liliany Fabisińskiej nie można nazwać przewidywalną - wzrusza, zaskakuje, intryguje. I co najważniejsze - każe zadać sobie pare pytań, pozostawia w głowie ślad.
Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
Polecam.
czwartek, stycznia 29, 2015
Czasem nie sposób ograniczyć się tylko do jednego świata - "Rzeki Londynu" Ben Aaronovitch
Tydzień z teściem, szwagierką i jej dwoma synami minął bardzo szybko. Najczęściej gotuję dla sześciu osób, tym razem musiałam dla dziesięciu... W domu nieco ciasno, gwarno, ale sympatycznie. Wymyślanie atrakcji dla gości, pokazywanie "naszego" skrawka Irlandii skutecznie pozbawiło mnie czasu na czytanie, a tym bardziej na blogowanie... Ale powoli wszystko wraca do normy.Gdy przed wizytą gości zaczęłam pisać tego posta miałam zacząć od informacji, że zginął nam kot. Dni mijały mi na przygotowywaniu się do wizyty (wizytacji:)) oraz na poszukiwaniu kota. Wszyscy się o niego zamartwialiśmy - jest z nami od ponad czterech lat... Wychodzi czasami na zewnatrz; zdarzało mu się nie wracać na noc, ale tym razem nie było go 4 dni... Nawet nie pomyśłałabym, ze można tak tęsknić za zwierzakiem. Kilka razy na dzień wyglądałam, czy może nie wraca. Córki przysyłały smsy, czy kot wrócił. Pierwsze pytanie męża po powrocie z pracy - czy jest kot? Wykonaliśmy kilka telefonów do sąsiadów i okazało się, że jest! Zatrzymał się u nieco dalszych sąsiadów, którzy mają kotkę... Z jednej strony radość, że kot wrócił, a z drugiej złość - jak mógł nam to zrobić, jak sąsiedzi mogli nas nie powiadomić... Ale to już nieistotne, jakkolwiek powiązane z książką, o której chcę Wam opowiedzieć.
Peter Grant - główny bohater powieści Bena Aaranovitcha też miał zwierzaka - miał psa Tobiego. To zwierzę jest znaczącą dla całej akcji istotą - ugryzł kiedyś kogoś w nos, co zapoczątkowało serię dziwnych wydarzeń...
- Malutki - odparł Nightingale.
- Czyli magia naprawdę istnieje - stwierdziłem - Co oznacza, ze jest pan ... czym właściwie?
- Czarodziejem.
- Jak Harry Potter?
Nightingale westchnął.
- Nie, nie jak Harry Potter.
- A na czym polega różnica?
- Ja nie jestem postacią fikcyjną - odpowiedział Nightingale." (s. 48)
![]() |
| (źródło) |
Pewnej styczniowej nocy w Londynie, przed kościołem św. Pawła w Covent Garden znaleziono ciało mężczyzny bez głowy. Oczywiście na miejscu zjawiła się policja, potwierdzono fakt zaistniałego przestępstwa, dokonano wstępnych czynności śledczych, a po kilku godzinach stwierdzono, że reszta pracy musi poczekać do świtu. Na miejscu zostało tylko kilku posterunkowych - ktoś przecież musiał przypilnować miejsca zdarzenia. Jednym z tych nieszczęśników był właśnie Peter Grant. Po kilkunastu minutach służby zaczepia go dziwnie wyglądający jegomość, który twierdzi, że był świadkiem zbrodni. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż ów jegomość był przezroczysty...
Od tego zaczyna się fabuła powieści "Rzeki Londynu". Nie ma sensu uwzględniać prawdopodobienstwa zdarzeń. choć odsuwając na chwilę wyobraźnię autora i stworzony przez niego świat magii - wszystko jest logicznie, świetnie skonstruowane i misternie powiązane. Fabuła sięga do odległej historii ( nawet się nie domyślacie jak odległej...). Główny bohater z zaskakującą łatwością przyjął do wiadomości istnienie świata magicznego. Co więcej - odkrył u siebie niezwykłe zdolności czy też moce - wyczuwa magię nosem! Szybko okazuje się, że jest jej w Londynie całkiem dużo; okazuje się, iż zawsze była! Jest nawet specjalny oddział do badania spraw magicznych i przestępstw popełnionych z użyciem magii. Peter trafia pod skrzydła inspektora Nightingela. Czarodzieja. Dystyngowanego dżentelmena - elegancko ubranego pana w trudnym do określenia wieku, poruszającego się po mieście jaguarem.
Zamieszkał w Szaleństwie - oficjalnej siedzibie angielskiej magii od 1775 roku, której założycielem był Isaac Newton. Domem opiekowała się Molly - nieco dziwna "edwardiańska pokojówka". Jednak na mnie największe wrażenie zrobił opis bibliotek - liczba mnoga!!!
"W Szaleństwie znajdują się trzy biblioteki: o istnieniu numeru jeden nie miałem wtedy pojęcia, numer dwa był biblioteką magiczną, gdzie trzymano traktaty poświęcone zaklęciom, forma i alchemii, wszystkie napisane po łacinie, dla mnie więc była to chińszczyzna, a biblioteka numer trzy, ogólna, znajdowała się na pierwszym piętrze obok czytelni. (...) W głównej bibliotece było tyle mahoniu, że można by nim zalesić całe dorzecze Amazonki. Na jednej ze ścian regały ciągnęły się pod sufit i do najwyższych półek sięgało się z drabiny, która przesuwała się po lśniących mosiężnych relingach. Rząd prześlicznych szafek z orzecha zawierał katalogi, najbliższy odpowiedni wyszukiwarki, jaki znajdował się w tej bibliotece. Poczułem woń starej tektury i stęchlizny, kiedy wysuwałem szufladki, i pocieszyła mnie myśl, że Molly nie zapędziła się tak daleko, żeby regularnie je otwierać i sprzątać w środku." (s. 197)

Jako uczeń czarodzieja uczył się zasad rządzących magią, ale jako obywatel Londynu, a przede wszystkim policjant nie mógł zapomnieć, że przez cały czas obowiązują go inne przepisy. Łączył je w specyficzny sposób...
Zresztą postać Petera Granta jest wielce osobliwa - czarnoskóry młody posterunkowy. Może niezbyt ambitny, ale całkiem inteligentny, dociekliwy młody mężczyzna, któremu często wszystko kojarzy się jednoznacznie. Miał pracować gdzieś w zakurzonym biurze, pilnować papierków, ale spotkał ducha, potem czarodzieja, póżniej spersonifikowane bóstwa opiekujące się Tamizą, a na koniec pewnego rewenanta ... Trudno określić tego bohatera szablonowym!
Aaronowitch wykorzystał dobrze znane miejsce. O Londynie każdy coś wie. Jego Londyn jest jednym z bohaterów - z przyjemnością czytałam o londyńczykach, londyńskim tempie życia, różnorodności dzielnic. Pisarz świetnie wymieszał współczesność z historią, legendami, wierzeniami. Jedna z finałowych scen, kiedy to Peter ściga głównego podejrzanego - rewelacyjna!!!
Podobał mi się styl - lekki, niewymuszony, pełen ironii i angielskiego humoru. Świetne dialogi, niesamowite sceny akcji, opisy miasta, aluzje do książek, filmów. Rozważania, dedukowanie i domniemywanie kto zabił - zostałam zaskoczona zakończeniem. Często lektura podsuwała mi skojarzenia z twórczością J.K. Rowling - tak magiczne, jak i topograficzne - przypominała mi się seria o Harrym, ale też o Cormoranie Strike'u. By spróbować określić gatunek, posłużę się określeniem z książki - "tragiczna komedia tudzież komiczna tragedia".
Tę piosenkę Peter miał ustawioną jako dzwonek telefonu. Tak samo jak książki fantastyczne nie należą do moich ulubionych, tak i ta muzyka niekoniecznie mi się podoba. Jednakże czasem dobrze jest wejść w fantastyczny świat, by inaczej patrzeć na realny. Czasami dobrze posłuchać takiej energetycznej muzyki, by potem z większą przyjemnością słuchać ukochanych smętów...
Książka "Rzeki Londynu" jest pierwszą w dwunastu przewidzianych do przeczytania w ramach wyzwania 12 książek na 2015. Cieszę się, że zdjęłam ją z półki i w końcu przeczytałam - czas spędzony z Peterem Grantem uważam za bardzo wartościowy. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was czytał już tę książkę...
Na koniec krótki cytat:
"Jak cudownie byłoby po prostu olać wszelkie konsekwencje i pojść na całość. Czasem człowiek po prostu chce, żeby ten porąbany wszechświat wreszcie coś zauważył." (s. 318)
Cytaty pochodzą z omawianej książki.
poniedziałek, stycznia 12, 2015
"Obraz upleciony z lodu i śniegu" - "Miasto z lodu" Małgorzata Warda

Od kilku lat nie chodziłam po śniegu. Mimo, że jestem zmarzluchem, to brakuje mi w Irlandii zimy. Chciałabym pobawić się z dziećmi w śnieżki, ulepić bałwana. Popatrzeć na ośnieżone drzewa, usłyszeć dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu i ... szybko wrócić do ciepłego domu.
Ta zimowa nostalgia sprowokowała mnie do sięgnięcia po książkę Małgorzaty Wardy "Miasto z lodu". Ostatnio duże wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie tej autorki w przeczytanym niedawno zbiorze "Cicha 5".
Jedno mogę powiedzieć od razu - książka "Miasto z lodu" z pocztówkowym wyobrażeniem zimy nie ma nic wspólnego. Chyba nikogo nie pozostawi obojętnym. Porusza. Mocno!
"Powieść zaczyna się od przysłowiowego "trzesięnia ziemi": turyści znajdują w górach nieprzytomną, wyziębioną dziewczynkę". Te słowa otwierają pytania do dyskusji zamieszczone na końcu książki. Bosonoga nastolatka leżąca na śniegu - poruszający obraz, prawda?
Narratorką i bohaterką jest owa 13-letnia dziewczynka, czy może raczej powinnam napisać - młoda kobieta. To książka o niej i jej matce Teresie zmagającej się z chorobą afektywną dwubiegunową. Matka z córką prawie się nie znają. Dziewczynką przez wiele lat zajmowała się babcia. Teresa często przebywała w szpitalu.
"Znaleziono mnie rankiem następnego dnia, kiedy okolica pokryła się grubą warstwą śniegu"...
Nieco irytowala mnie taka narracja. Owszem, przyznaję bardzo ciekawy pomysł, żeby głos oddać Agacie, 13-latce, ale ona nie mogła wszystkiego widzieć, o wszystkim wiedzieć, nie mogła znać myśli swojej matki. Swoje pokazała jakby mniej. Taka wiedza narratorki przywodziła na myśl to, że niestety ona jest bliska śmierci i tylko wtedy jest w stanie tyle wiedzieć. Ten sposób prowadzenia historii przypomniał mi książki "Nostalgia anioła" Alice Sebold i "Potem" Rosamund Lupton. Jednak nie chcę zbyt wiele porównywać, by nie zdradzić zakończenia. Opowieść nastolatki jest nieco chaotyczna - czasem opowiada o dzieciństwie swojej mamy, o jej młodości, o momentach nawrotu choroby. Opowiada trochę o sobie i swoich uczuciach. Do tego dochodzą szczegóły pracy dziennikarzy. Ten chaos irytuje, ale też wzmacnia zrozumienie sytuacji Agaty - ta dziewczynka właśnie w takim świecie żyła. Nie mogła być pewna, jak następnego dnia będzie czuła się jej mama. Nastrój Teresy zmieniał się czasem szybciej niż w kalejdoskopie. Jednego dnia Agata była córką, następnego dnia zaś stawała się opiekunką własnej matki.

Teresa, czując się lepiej, postanowiła w końcu zaopiekować się swoim dzieckiem. Zafundowała córce wycieczkę po całej Polsce - tysiące kilometrów, hotele, pensjonaty i w końcu nowe miejsce zamieszkania - w domu, który przeniknięty jest obecnością zmarłej niedawno właścicielki. Wysłała do nowej szkoły. Znalazła pracę, w której musiała być czasem do późna. Wszystko by odbudować, a może stworzyć więź matki i córki. Czytanie o tym, jak w tym wszystkim odnajdywała się Agata jest bolesne, przykre i niezwykle smutne. Jestem mamą trzynastolatki, wrażliwej dziewczyny, która bardzo przeżywa wszystkie problemy dnia codziennego. Nawet nie próbuję przykładać jej wrażliwości do sytuacji Agaty...
Jak ocenić Teresę - "czasem figlarną piękność, czasem kobietę o bladej cerze z podsinionymi oczami", na ile można ją usprawiedliwić? Co tłumaczy jej choroba, a na co wpłynęły nierozsądne, pochopne decyzje? Jak przeszłość wpływa na jej teraźniejszość? Jak na jej zachowania działa miejsce, w kórym się osiedliły i ludzie, wśród których zamieszkały?
"Miasto z lodu" pozwala odczuć zimno. Miałam wrażenie, że czytam o zmrożonych ludzkich odczuciach, o emocjonalnym chłodzie. Czemu?
Wszystko dzieje się w małej społeczności rządzącej się swoimi prawami, gdzie "ludzie trzymają się razem, stoją ramię przy ramieniu tworząc ścisły mur i nie wpuszczają odmieńców". Teresa próbuje zapewnić córce normalne życie, ale wszystko okazuje się zbyt trudne, bowiem jest samotną matką, chorą kobietą, na dodatek szybko wplątującą się w romans ze swoim szefem. W miasteczku szybko rodzą się plotki, pochopne i niesprawiedliwe osądy, które rykoszetem odbijają się na Agacie.

Książka porusza wiele spraw - pokazuje, jak funkcjonuje szkoła i jej programy wychowawcze i profilaktyczne. Agata opowiada o relacjach między nastolatkami - akceptacji i odtrąceniu, o okrucieństwie i przemocy. Wiem, że młodzież pragnie tej akceptacji, wiele dla niej poświęca; wiem, jak boleśnie odczuwa jej brak... W relacji Agaty znalazłam potwierdzenie tego, co czasem opowiadają mi córki... Koleżanki Agaty - Ida i Bernadetta - to postacie ilustrujące fakt, z którego dorośli nie zawsze zdają sobie sprawę - jak bardzo zimni potrafią być młodzi ludzie, że często nie radzą sobie z własnymi emocjami.
W powieści "Miasto z lodu" sporo miejsca zajmują dziennikarze. Zwłaszcza jeden - Aleksander. Poznaje on Teresę i nie przyznając się do swojej tożsamości zawodowej towarzyszy jej w trudnych chwilach. Pokazuje, jak potężny wpływ mają media na opinię publiczną. Jak potrafią manipulować,
Małgorzata Warda porusza też sprawę ostatnio coraz bardziej wszechobecnego hejtowania, czy też może powinnam napisać -wyrażania nienawiści, czasami niczym nieuzasadnionej; atakowania, dręczenia, poniżania. Pełno tego w internecie - hejterzy wszystko wiedzą, każdego potrafią osądzić, wydać wyrok. Agresorzy, zawistnicy, nienawistnicy, osoby bezwględne... Ale hejt - zawiść jest nie tylko w internecie - jest wszędzie. Komu nie zdarzyło się kogoś zbyt szybko osądzić, niech od razu zamknie tę stronę. Biję się w piersi - mnie się zdarzyło..., a najgorsze jest potem naprawienie sytuacji. Czasem się nie da...
"Miasto z lodu" to przede wszystkim powieść o matce i córce. O trudnej miłości czy też raczej o jej silnej potrzebie. O próbach jej ratowania.
"Mama jednak zawsze powtarzała, że życie to nie tylko tragedia, ale właśnie te wszystkie małe rzeczy, które do niej prowadzą".
Świetna, niejednoznaczna książka. Historia niczym z magazynu reporterów napisana w przekonujący sposób. Angażująca. Bulwersująca. Nie sposób jej szybko przeczytać, bo emocje nie pozwalają. Uwielbiam to w literaturze - nie tylko słowa, nie tylko fikcyjna historia z fikcyjnymi bohaterami, ale właśnie te wszystkie refleksje, które zostają, gdy zamykamy książkę.
Gorąco polecam!
Cytaty pochodzą z omawianej powieści.
Zapraszam do polubienia Czytającej mamy na facebooku:)
środa, stycznia 07, 2015
"Miejcie odwagę - nie tę jedniodniową" - "Pierwsza na liście" Magdaleny Witkiewicz
Podobno już w czasach starożytnych żonkil był symbolem nadziei na nowe życie - odrodzenie. Dzisiaj ten wiosenny kwiat jest symbolem nadziei w walce z chorobą nowotworową. Dowiedziałam się, że symbolizuje też triumf poświęcenia nad egoizmem, miłości nad śmiercią. Subtelność, barwa i zapach podobno oznacza również kruchość i ulotność życia. Uwielbiałam te kwiaty, nie wiedząc tego. Teraz będę na nie inaczej patrzeć, przede wszystkim dlatego, że będą mi się kojarzyć z okładką najnowszej książki Magdaleny Witkiewicz. I już wiem, czemu autorka tak upierała sę, aby właśnie ten kwiat znalazł się na jej okładce.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu - na pogodę, kataklizmy, żywioły. Czasami zaskakuje nas także choroba - pojawia się i zmienia wszystkie priorytety. Często jesteśmy zdumieni wyborami osób z naszego otoczenia. Gdy te decyzje w krzywdzący sposób dotyczą nas, jesteśmy oburzeni. A przecież o naszym człowieczeństwie decyduje to, jak odnosimy się do tego, co trudne i zaskakujące. Kiedyś Wisława Szymborska napisała, że "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". Najwięksi chojracy w ekstremalnych sytuacjach mogą stchórzyć, a ci stojący cichutko z boku mogą zaskoczyć swoją odwagą i heroizmem...Czemu o tym piszę? - Takie skojarzenia wywołała we mnie "Pierwsza na liście". W końcu mogę o niej napisać. Czytałam o niej na wielu blogach, a znam jej obszerne fragmenty od listopada. Od początku wiedziałam, że Magda poruszy serca tą powieścią. Najbardziej lubię "Opowieść niewiernej", ale "Pierwsza na liście" ma w sobie większą moc. Oprócz zawartej w niej pięknej i wzruszającej historii kilku kobiet ma szansę zdziałać wiele dobrego. Motywuje, prowokuje do refleksji, wywołuje łzy. Wierzę, że zmusi do działania, iż każdy sprawdzi, czym jest Bank Dawców Szpiku, może wiele osób podejmie decyzję o chęci zgłoszenia się, być może uda się komuś pomóc...
Ale od początku. Przeczytałam tę książkę, gdy istniała tylko w formie dokumentu. Znów zostałam zaskoczona. Magdalena Witkiewicz pokazała kolejną swoją twarz - pełną empatii i świadomości kruchości życia. Od razu wiedziałam, że to będzie bestseller!
Zaprzyjaźniłyśmy się z Magdą - codziennie jej dziękuję za zaufanie, jakim mnie obdarzyła. Pytała się, czy mam jakieś uwagi. I ja ośmieliłam się mieć... Miałam niewielki wpływ na jedną ze scen. Zawsze będę pamiętać nasze rozmowy podczas zwiedzania irlandzkich zakątków, a także te u mnie w domu... Madziu - mój irlandzki dom zawsze jest dla Ciebie otwarty! Pamiętaj, że nie zdążyłyśmy się napić irish coffee:)
![]() |
| Ubiegłoroczne żonkile. W tle - Cork |
"Pierwsza na liście" to taka właśnie rozmowa. To książka o przyjaźni - takiej, która przetrwa próbę lat i trudnych sytuacji. To książka o miłości matki do córek. O wkraczaniu w dorosłość. To piękna opowieść o tym, co wszystkim kobietom bliskie... I o tym, że zawsze można zacząć od nowa - trzeba tylko mieć nadzieję i uwierzyć, iż w każdym drzemie wielka siła.
Magda Witkiewicz to pisarka na miarę każdej półki. Potrafi rozbawić, wzruszyć, poruszyć trudny problem. Lubię wszystkie jej książki, ale te poważne i wzruszające są mi o wiele bliższe - ta jest bardzo dojrzała, poważna w wymowie, ale wciąż w charakterystycznym dla Magdy stylu - lekkim, prostym, bliskim. Jestem mamą, kurą domową i czytam książki Magdy, ale jestem też polonistką i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że są to bardzo dobre książki.
![]() |
| Plaża w Garretstown |
Czym jest tytułowa lista? Czemu i przez kogo sporządzona, czemu akurat w takim momencie, czy kolejność zapisanych imion ma znaczenie? Kto ją znajdzie i co ze znaleziskiem zrobi - tego musicie dowiedzieć się sami. Ja tylko mogę Wam powiedzieć, że każdy może się kiedyś znaleźć na podobnej, a nawet być na pierwszym miejscu. Mieć szansę komuś pomóc, być przy kimś, zostać obdarzonym zaufaniem i wtedy nie odtrąćcie wyciągniętej ręki. Jest tak wiele sytuacji, gdy potrzebujemy drugiej osoby...
Na koniec jedna z moich ukochanych piosenek, z przepięknym tekstem Adama Asnyka.
Zapraszam do polubienia Czytającej mamy na facebooku :)
Zapraszam do polubienia Czytającej mamy na facebooku :)
sobota, stycznia 03, 2015
Pierwsze urodziny mojego bloga!
Ze zdumienia przecieram oczy. Trochę niedowierzam, że minął już rok odkąd odważyłam się kliknąć ikonkę opublikuj... Planowałam, przymierzałam się, próbowałam pisać, aż w końcu po lekturze rewelacyjnej książki "Dziecko śniegu" stwierdziłam, że chcę pisać o tym, jak wiele uczuć mogą wzbudzić książki. Jak dla mnie są ważne. Postanowiłam, iż chcę realizować swoje marzenia. I poszło...
W zeszłym roku pretekstem do założenia bloga stała się chęć utrwalenia najlepszych przeczytanych książek. Nie wiedziałam, czym jest blogosfera. Mój pierwszy post był bardzo nieporadny; wielu rzeczy nie umiałam i nie wiedziałam. Tych pierwszych wpisów trochę się wstydzę, ale specjalne ich nie usunęłam. Przypominają mi o trudnych początkach.
Z każdym kolejnym postem czułam się bardziej pewnie, miałam wrażenie, że coraz precyzyjniej potrafię wyrazić swoje myśli. Czuję, że moje opinie mają sens. Zaczęłam uważniej, dogłębniej czytać, Robić więcej notatek. Każda przeczytana książka poznaczona jest moimi spostrzeżeniami, podkreśleniami - bardzo fajnie robi się to na czytniku:) Odkryłam, że jest to moja pasja! Wreszcie mam z kim rozmawiać o literaturze, nawet jeśli te rozmowy są tylko wirtualne. Szybko przekonałam się, że blogów książkowych jest całe mnóstwo i właśnie przez podglądanie się uczyłam. Zaczynałam sama, metodą prób i błędów próbowałam sprawić, żeby mój blog był ciekawy i ładny. Wciąż się uczę. Sporo nauczyła mnie Kasia z bloga Inspiracje na emigracji, dzięki Kasi Hordyniec uwierzyłam, że chcieć to móc. Ania z bloga Myśli i słowa wiatrem niesione wciąz jest dla mnie inspiracją.
Oczywiście na początku nikt moich recenzji nie czytał Gdy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze komentarze byłam przeszczęśliwa. Pamiętam, że gdy moją opinię o książce "Zaklinacz słów" pozytywnie oceniła jej autorka, tańczyłam i skakałam z radości. Odzielną historią jest moja znajomość z Magdą Witkiewicz - wciąż czuję się wyróżniona jej przyjaźnią i zaufaniem.
Cieszę się, że zagląda do mnie tyle osób - widzicie tę liczbę po prawej?! Mój osobisty blog stał się przestrzenią publiczną. miejscem spotkań dla wielu osób. Zaglądacie, czasem komentujecie, piszecie wiadomości; mówicie mi, że fajnie piszę, że się mnie dobrze czyta - nawet nie wiecie, jakie to dla mnie ważne. Bardzo dziękuję za każde odwiedziny, za każde miłe słowo. Postaram się trzymać poziom, rozwijać się, Ale o planach i nowych pomysłach za chwilę.
Nie miałam problemu z nazwą bloga - przede wszystkim jestem mamą. Dumną mamą, która kocha ponad wszystko swoje dzieci, ale kocha też czytać. Gdzieś później przeczytałam zdanie, zupełnie się do mnie nieodnoszące, że w internecie pełno jest opinii czytających mamusiek. Trochę mnie zdenerwował sarkazm tego określenia, ale teraz jestem dumna, że wybrałam taką nazwę i szczycę się tym, ze nie zaniedbując swoich dzieci i domowych obowiązków jestem w stanie wygospodarować czas na czytanie.
To był bardzo ciekawy rok, przełomowy. Musiałam na nowo poukładać swój czas. Nauczyć rodzinę, że też mam swoje potrzeby. Co ciekawe, wcale się nie buntowali. Szybko zauważyli, ile radości daje mi blogowanie. Nawet mój mąż zorientował się, że ta energia pozytywnie przekłada się na naszą codzienność.
Przez ten rok opublikowałam 65 postów, napisałam 41 recenzji, czy może raczej opinii:) Najwyższą oceną wyróżniłam kilkanaście książek. Zamieszczam tylko ich okładki, bo i tak się rozpisałam. W najbliższych dniach w zakładce Przeczytane znajdą się linki do moich ocen. Każda z książek oznaczona najwyższą oceną jest dla mnie ważna i godna polecenia.
Co w najbliższym czasie? Przeczytać co najmniej 52 książki. Wiem, że dużo więcej nie dam rady.
Podjąć wyzwanie - 12 książek z półki ( szczegóły tu). Wyzwanie to tylko motywacja, by ulżyć uginającym się półkom, by przeczytać książki-prezenty. Bardzo chcę ograniczyć kompulsywne kupowanie ...
Moim marzeniem jest przeczytać jak najwięcej o Irlandii, chciałabym sworzyć specjalną stronę z omówieniami książek irlandzkich pisarzy, móc ciągle zwiedzać ten kraj i robić zdjęcia. Marzy mi sie wycieczka do Donegal:)
W zeszłym roku pretekstem do założenia bloga stała się chęć utrwalenia najlepszych przeczytanych książek. Nie wiedziałam, czym jest blogosfera. Mój pierwszy post był bardzo nieporadny; wielu rzeczy nie umiałam i nie wiedziałam. Tych pierwszych wpisów trochę się wstydzę, ale specjalne ich nie usunęłam. Przypominają mi o trudnych początkach.Z każdym kolejnym postem czułam się bardziej pewnie, miałam wrażenie, że coraz precyzyjniej potrafię wyrazić swoje myśli. Czuję, że moje opinie mają sens. Zaczęłam uważniej, dogłębniej czytać, Robić więcej notatek. Każda przeczytana książka poznaczona jest moimi spostrzeżeniami, podkreśleniami - bardzo fajnie robi się to na czytniku:) Odkryłam, że jest to moja pasja! Wreszcie mam z kim rozmawiać o literaturze, nawet jeśli te rozmowy są tylko wirtualne. Szybko przekonałam się, że blogów książkowych jest całe mnóstwo i właśnie przez podglądanie się uczyłam. Zaczynałam sama, metodą prób i błędów próbowałam sprawić, żeby mój blog był ciekawy i ładny. Wciąż się uczę. Sporo nauczyła mnie Kasia z bloga Inspiracje na emigracji, dzięki Kasi Hordyniec uwierzyłam, że chcieć to móc. Ania z bloga Myśli i słowa wiatrem niesione wciąz jest dla mnie inspiracją.
Oczywiście na początku nikt moich recenzji nie czytał Gdy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze komentarze byłam przeszczęśliwa. Pamiętam, że gdy moją opinię o książce "Zaklinacz słów" pozytywnie oceniła jej autorka, tańczyłam i skakałam z radości. Odzielną historią jest moja znajomość z Magdą Witkiewicz - wciąż czuję się wyróżniona jej przyjaźnią i zaufaniem.
Cieszę się, że zagląda do mnie tyle osób - widzicie tę liczbę po prawej?! Mój osobisty blog stał się przestrzenią publiczną. miejscem spotkań dla wielu osób. Zaglądacie, czasem komentujecie, piszecie wiadomości; mówicie mi, że fajnie piszę, że się mnie dobrze czyta - nawet nie wiecie, jakie to dla mnie ważne. Bardzo dziękuję za każde odwiedziny, za każde miłe słowo. Postaram się trzymać poziom, rozwijać się, Ale o planach i nowych pomysłach za chwilę.
Nie miałam problemu z nazwą bloga - przede wszystkim jestem mamą. Dumną mamą, która kocha ponad wszystko swoje dzieci, ale kocha też czytać. Gdzieś później przeczytałam zdanie, zupełnie się do mnie nieodnoszące, że w internecie pełno jest opinii czytających mamusiek. Trochę mnie zdenerwował sarkazm tego określenia, ale teraz jestem dumna, że wybrałam taką nazwę i szczycę się tym, ze nie zaniedbując swoich dzieci i domowych obowiązków jestem w stanie wygospodarować czas na czytanie.
![]() |
| Kwitnie przed moim domem |
Co, jak i kiedy czyta mama czwórki dzieci; jak żyje się polskiej czytelniczce w Irlandii - to był mój nagłówek przez kilka miesięcy. Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Dalej chcę pisać o tym, że mieszkając poza granicami kraju odczuwa się ogromną tęsknotę za polskimi książkami. Zdobywa się je na różne sposoby. Każdy nowy nabytek bardzo cieszy. Chcę też pisać o irlandzkich zwyczajach, słynnej pogodzie i roślinności, a także literaturze, ale przede wszystkim chcę pokazywać, jak można, mieszkając w Irlandii, pięlęgnować polskie tradycje. Chcę też się czasem pochwalić swoimi cudownymi dziećmi.
Czas na małe podsumowanie.
Przeczytałam dokładnie 52 książki - dwie przedpremierowo, dwie w formie pdf bezpośrednio od autorów. 33 książki polskich autorów i 19 zagranicznych. 28 ebooków. Skrupulatnie policzyłam, że w ciągu minionego roku przeczytałam 16 589 stron, średnio na miesiąc wypada prawie 1400, zaś na dzień ok. 50 stron. Gdyby ułożyć przeczytane książki w stos, miałby ponad metr wysokości.Przez ten rok opublikowałam 65 postów, napisałam 41 recenzji, czy może raczej opinii:) Najwyższą oceną wyróżniłam kilkanaście książek. Zamieszczam tylko ich okładki, bo i tak się rozpisałam. W najbliższych dniach w zakładce Przeczytane znajdą się linki do moich ocen. Każda z książek oznaczona najwyższą oceną jest dla mnie ważna i godna polecenia.
![]() |
| Najlepsze książki polskich autorów |
![]() |
| Najlepsze zagraniczne |
Co w najbliższym czasie? Przeczytać co najmniej 52 książki. Wiem, że dużo więcej nie dam rady.
Podjąć wyzwanie - 12 książek z półki ( szczegóły tu). Wyzwanie to tylko motywacja, by ulżyć uginającym się półkom, by przeczytać książki-prezenty. Bardzo chcę ograniczyć kompulsywne kupowanie ...
![]() |
| Co miesiąc jedna z tego stosu. |
Moim marzeniem jest przeczytać jak najwięcej o Irlandii, chciałabym sworzyć specjalną stronę z omówieniami książek irlandzkich pisarzy, móc ciągle zwiedzać ten kraj i robić zdjęcia. Marzy mi sie wycieczka do Donegal:)
Oczywiście kontynuuję wyzwanie podjęte w zeszłym roku - Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę. - tego chyba będzie najwięcej, przynajmniej mam taką nadzieję. Z przyjemnością czytam książki wyróżnione na Festiwalu Literatury Kobiecej.
Kolejne założenie programowe - przeczytać coś w oryginale, po angielsku - chociaż jedną książkę...
I ostatnie moje postanowienie - pisać o języku polskim. Jestem filologiem języka polskiego, polonistką. Kocham zawiłości naszego języka - chciałabym je Wam przybliżyć; postarać się wytłumaczyć, jak ważne jest poprawne posługiwanie się językiem polskim, zwłaszcza poza granicami kraju.
Kolejne założenie programowe - przeczytać coś w oryginale, po angielsku - chociaż jedną książkę...
I ostatnie moje postanowienie - pisać o języku polskim. Jestem filologiem języka polskiego, polonistką. Kocham zawiłości naszego języka - chciałabym je Wam przybliżyć; postarać się wytłumaczyć, jak ważne jest poprawne posługiwanie się językiem polskim, zwłaszcza poza granicami kraju.
Drodzy goście Czytającej Mamy - cieszę się, że jesteście!
Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję!
Życzę sobie i Wam wszystkego dobrego!
Jeśli chcecie być ze mną w stałym kontakcie, znajdziecie mnie na facebooku :)
czwartek, stycznia 01, 2015
Niezwykły nauczyciel - "Profesor Stoner" John Williams
Sylwester też spokojny, w gronie przyjaciół, przy dobrej muzyce i drobnych przekąskach. Z delikatnym żalem żegnałam miniony rok - był dla mnie wyjątkowo dobry. O północy przebiliśmy z dziećmi kilka balonów i zapaliliśmy zimne ognie, bo fajerwerki są w Irlandii zabronione. Ale mam nadzieję, że spokój sylwestrowej nocy będzie dla mnie i mojej rodziny zapowiedzią dobrego, spokojnego roku. Z ufnością patrzę w przyszlość; wiem, że przede mną wiele pozytywnych zdarzeń.
***
Co to znaczy być dobrym nauczycielem? Wielokrotnie się nad tym zastanawiałam. Uczyłam w szkole podstawowej, gimnazjum i technikum. Pracowałam w szkole zaocznej z dorosłymi. Co tydzień jestem w polskiej szkole w Cork. Niezależnie od wieku uczniów i miejsca pracy zasada jest jedna - trzeba kochać pracę w szkole - swoich uczniów, wykładany przedmiot. Do tej zasady można dodawać następne - bycie specjalistą w swojej dziedzinie, umiejętność przekazania wiedzy, rozmawiania, zaangażowanie, ...
Bohaterem książki Johna Williamsa jest nauczyciel, wykładowca, profesor William Stoner. Znawca literatury średniowiecza i renesansu, a przede wszystkim wielki pasjonat. Czy był tak wybitnym nauczycielem, że ktoś postanowił napisać o nim książkę? Nie, pretekstem nie były zasługi profesora na niwie naukowej, lecz jego charakter.
Z jednej strony książka Wiliamsa to przeciętna historia przeciętnego wykładowcy na przeciętnej rangi uniwersytecie. Opowieść spokojna, wręcz senna, w której niewiele się dzieje; z drugiej zaś strony pod płaszczykiem tej pozornie przeciętnej historii kryją się niesamowite emocje. Fabuła jest prosta - główny bohater urodził się na wsi, mieszkał z rodzicami na niewielkiej farmie. Nieraz ciężko pracował na roli. Udało mu sie wyjechać na studia - miał uczyć się agronomii. Przez jakiś czas łączył obowiązki studenta i pracę w gospodarstwie wuja. W pewnym momencie, z bliżej nieokreślonych przyczyn zmienił kierunek studiów. Zdecydował, że chce zgłębiać tajemnice literatury. Przemówił do niego tekst pisany. Po ukończeniu nauki zdecydował, że nie wraca na wieś - postanowił zostać na uniwersytecie, który stał się dla niego oazą, mekką, sanktuarium. Ożenił się, został ojcem. Pracował aż do emerytury.
Fabuła to losy Wiliama Stonera, wcale nie nadzwyczajne - przeciętne, ale dla głównego bohatera jego dylematy, wybory, praca, pasja, jego życiowe dramaty to całe życie. Piękne życie.
Całe życie płacił za swoje pochodzenie - nie umiał i nie chciał iść z nurtem, bywać na salonach. Był nieporadny, niezgrabny, niedostosowany. Podobnie jak jego ojciec, całe życie zajmował się swoim poletkiem - literackim poletkiem. Nie osiągnął wielkich sukcesów, ale był na nim szczęśliwy.
Atutem tej książki nie jest wymyślna fabuła, brak tu spektakularnych, gwałtownych wydarzeń, sukcesów czy tragedii. Jest po prostu życie profesora - jego niezłomność, inteligencja, potrzeba bycia sobą - wbrew wszystkiemu. Wbrew zaduchowi akademickiego światka, konfliktowi z zawistnym współpracownikiem, nawet pomimo napotkanej miłości, z której był zmuszony zrezygnować. Ponad tym wszystkim zawsze była literatura, praca, książki. Psychologiczną głębia tego portretu mnie poraziła - znalazłam w niej wiele punktów wspólnych z moim życiem - znajomych przemyśleń, uczuć...
Dobra literatura pozwala zaangażować się w los głównego bohatera - tak było też tym razem. Nie mogę powiedzieć, że tylko czytałam - ja towarzyszyłam Stonerowi w jego pracy nad książką, zmaganiu z żoną o uczucia córki - tu emocje były najsilniejsze..., z jego chorobą...
Tłem dla losów Stonera jest historia - wojna, kryzys gospodarczy, druga wojna. Profesor jest świadomy wszystkiego, co dzieje się wokół niego, ale on ma swoje priorytety. W stoicyzmie bohatera kryje się jego mądrość i siła - jego ciche zrozumienie tego, co go spotykało; pogodzenie z losem może wywoływać irytację, ale w rzeczywistości jest godne podziwu. Na jego temat plotkowano, krytykowano go, szydzono. Według innych był postacią ekscentryczną, dziwakiem. W rzeczywistości ten szary, cichy, niepozorny, coraz bardziej przygarbiony, niewiele przejmujący się opinią o sobie człowiek był bohaterem. Był sobą. Kochał literaturę. On umiał odnaleźć swoje małe, prywatne szczęscie - nic wielkiego - swoje miejsce na świecie.
O czym jeszcze jest ta książka ? O samotności wśród ludzi, o samotności w związku i o tym, że dzięki pasji można ją pokonać.
Zawsze Stoner. William tylko w dialogach. Żadnej poufałości ze strony narratora - tylko szacunek - nie jestem w stanie o nim inaczej myśleć jak tylko - Stoner. Profesor Stoner.
Piekna, wzruszająca, smutna, jednakże nie ckliwa. Niezwykła.
Cenna - dla mnie - bezcenna.
W 2015 roku życzę sobie i Wam mnóstwa takich wspaniałych literackich odkryć.
Wielu wzruszeń.
Zaczytanego nowego roku!
Wielu wzruszeń.
Zaczytanego nowego roku!
wtorek, grudnia 23, 2014
Z wizytą na Cichej 5. Życzenia i trochę wspomnień
Jakże inaczej smakują wigilijne potrawy jedzone gdzieś w dalekiej Irlandii. Nawet te ugotowane z polskich produktów. Co roku wkładam dużo trudu, by odtworzyć swojski nastrój z Polski, ale prawda jest taka, że my tu tworzymy swoją nową, własną, prywatną tradycję. Razem z moimi dziećmi zawsze długo się zastanawiamy co musi być; co chcemy, żeby było; za czym tesknimy, a co tylko powspominamy.
Wprowadzając się w ten wyjątkowy grudniowy czas, czytałam książkę, którą dostałam od Magdy Witkiewicz. Odwiedziłam siedem mieszkań na Cichej 5. Poznałam siedem niezwykłych, wzruszajacych, wręcz magicznych świątecznych opowiadań. Każde jest wyjątkowe i takie ciepłe, bo wigilijne...
Pod piątką mieszka pewien samotny mężczyzna, którego przed laty zostawiła żona. Marzy tylko o tym, by wyjechać i święta spędzić z dala od wspomnień. Jednak najpierw musi uporać się z pewnym nieproszonym gościem. Za to opowiadanie dziękuję Katarzynie Bondzie.
Poznałam historię wzorowaną na "Annie Kareninie" - o pewnym senatorze Kareninie, jego żonie Annie oraz tym trzecim Alku Wrońskim. Na Cichej 5/3 była pewna garsoniera... Mam wrażenie, że ta historia napisana przez Małgorzatę Kalicińską została dołaczona do zbioru nieco na siłę...
Na parterze pod dwójką mieszka samotny, starszy pan - tęskni za żoną, dziećmi. Kasia Michalak stworzyła bardzo wzruszające opowiadanie.
Na drugim piętrze swoją pracownię ma pewien rzeźbiarz. W wigilię puka do niego dawno niewidziany syn. W życiu małego Daniela wydarzy się świąteczny cud... Dzięki Krystynie Mirek można uwierzyć w magię świąt.
Najlepiej czułam się pod czwórką. Poznałam pewną nieprzeciętną babcię. Agnieszka pomimo siedemdziesięciu ośmiu lat wciąż czuje się młodo. Gdy dowiaduje się, że ma raka postanawia wykorzystać każdą chwilę jak najbardziej intensywnie. Pomaga jej w tym wnuk - zwariowany jak ona Kola. Niesamowite opowiadanie! Napisała je Natasza Socha - dziękuję.
Bohaterką opowiadania "Serce" Małgorzaty Wardy jest Pola Kalińska. Pewnego dnia jej mąż nie wraca na Cichą 5/7. Umiera w szpitalu po wypadku na motocyklu. Kobieta nie może uporać się ze stratą. Jednak wiadomo, że czas leczy rany, a najbardziej wigilijny czas... Piękna historia!
I ostatnie opowiadanie. Mieszkanie z numerem jeden. Magda Witkiewicz napisała o pewnej starszej pani, która od lat pomaga świętemu Mikołajowi. Historia przypomina, że są wokół nas dobrzy ludzie; dobrzy w bezinteresowny sposób. Iż sprawianie prezentów daje często więcej radości niż ich otrzymywanie. Świetna, pogodna historia. Ciekawa jestem, czym Madzia zaskoczy mnie następnym razem...
Z ogromną przyjemnością zaglądałam przez rozświetlone okna. Podgladałam zwyczajnych ludzi z ich codziennymi oraz świątecznymi emocjami.
Jednego mi tylko odrobinę zabrakło - myślałam, że skoro bohaterowie są mieszkańcami jednej kamienicy, opowiadania będą ze sobą jakoś powiązane. Niestety okazało się, że nawet
w świątecznym zbiorze trudno stworzyć więzi społeczne, zadbać o dobre sąsiedzkie relacje... Powiązane są ze sobą tylko trzy ostatnie historie - dobre i to:)
Przedświąteczny czas skłania mnie do wspomnień. Z racji, że to moja pierwsza wigilia jako blogerki chciałabym spisać to, co w mojej głowie pojawia się w czasie przedświatecznym odkąd mieszkam w Irlandii
Sięgam pamięcią najdalej jak mogę. Przypominam sobie wigilię w małej kurpiowskiej wiosce w domu mojej babci. U mamy mojej mamy. W niewielkim domu spotykało się czasem nawet kilkadziesiąt osób - mama miała pięcioro rodzeństwa, wiadomo że każdy przyjeżdżał ze swoją drugą połówką, z dziećmi. Pod dachem wisiał pająk, ale nie na pajęczynie, o której ktoś zapomniał i nie obmiótł na święta, tylko starannie wykonana ozdoba ze słomy, papieru i bibuły. Na choince wisiały jabłka i cukierki oraz samodzielnie wykonane papierowe łańcuchy. Pamiętam nawet świeczki na specjalnych klipsach, na które trzeba było bardzo uważać. Było ciasno, gwarno, ale niezwykle ciepło i miło. Tego domu i moich dziadków już dawno nie ma...
Czasami wigilię spędzalismy u rodziców mojego taty. Z najwspanialszą babcią pod słońcem, dla której byłam jedyną wnuczką. To babcia Apolonia uczyła mnie jak gotować barszcz, robić makarony, ciasta oraz pierogi. Tylko ona robiła je z jagodami - do dziś takie właśnie pierogi to część naszej kolacji wigilijnej. Z dziadkiem chodziłam sprawdzać, czy zwierzęta przemawiają ludzkim glosem. Pamiętam, jak karmiłam je opłatkiem. Ten obraz też już tylko w mej pamięci...
Święta z braćmi i rodzicami w mieszkaniu w bloku... Też niezapomniane. Mama wiecznie zapracowana, więc byliśmy z braćmi bardzo zaangażowani w przygotowania, bo inaczej świąt, by nie było... Żarty podczas robienia sałatek - cenne wspomnienia... I pierwsze prezenty robione sobie wzajemnie . I niezmienne taty życzenia - oby w przyszłym roku znów móc się spotkać, żeby nikogo nie zabrakło... Moi rodzice juz nie mieszkają w tym bloku. Moi bracia są dorosłymi, samodzielnymi mężczyznami i tylko czasami wspominam ich jako małych chłopców, którzy pomagali mi lepić pierogi...
Na zawsze zapamiętam pierwszą wigilię w domu moich teściów. Z mężem... Gdy serce jeszcze trochę rwało się do rodzinnego domu. Gdy z teściową ustalałyśmy, co przygotujemy. Co ją wnoszę do ich domu. Czego oni nauczą mnie... Pamiętam te wzruszenia. Wiem, że teraz mnie czytają - dziękuję. Jestem czlonkiem tej rodziny już tyle lat... Po kolacji zawsze szliśmy do dziadków mojego męża. Tam przyjeżdżała też szwagierka Ania. Z fajnymi synami - Pawłem i moim chrześniakiem Mateuszem. Żarty, rozmowy do późna, prezenty - to nic, że czasem nietrafione. Z przyjemością do tych wspomnień wracam.
I wyjazd tu... Wiele zmienił. Przewartościował. Pokazał że rodzice i dziadkowie są ważni, ale najważniejszą relację tworzę tu i teraz z mężem i dziećmi. O świętach decyduję ja. Sama muszę o wszystko zadbać. Kiedyś mi powierzano proste zadania, teraz ja muszę je powierzać moim córkom. Muszę nauczyć je tego, co mi przekazano. Muszę zadbać o to, by nie zakręcić się w przedświątecznej gorączce i nie zapomnieć o tym, że ważny jest wspólnie spędzony czas, iż najważniejsi są moi bliscy. Na stole będzie pusty talerz - patrząc na niego będę wspominać tych, którzy odeszli na zawsze, ale także tych, którzy wiem, że nas kochają i za nami tęsknią. My też tęsknimy...
Wszystkim chciałabym złożyć serdeczne życzenia.
Przede wszystkim mojej rodzinie w Polsce. Mojej przyjaciółce, bliskiej mi jak siostra - Aniu, jesteś kochana! Jej mężowi, który niedawno na zawsze pożegnał mamę. Jej dzieciom - przystojniakowi Krzysztofowi oraz prześlicznym bliźniaczkom Oldze i Lenie. Bardzo ciepło myślę o pani Danusi. Mojej przyszywanej babci.
Najlepsze życzenia oraz kawałek opłatka dla mojego brata - wiecznie zapracowanego inżyniera; kawałek dla kuzynki Moniki w Anglii. Dla przyjaciół z Suchej Beskidzkiej. Dla tych, którzy tu w Irlandii są nam jak rodzina: Staszek z Anią, Ewa z Adamem. Wspaniałe kobiety z polskiej szkoły (oraz mężczyźni - żeby nie było, że nie pamiętam). Wszyscy młodzi ludzie z którymi często się spotykam - harcerze, maturzyści - od nich czerpie mnóstwo energii. Myślę ciepło o wszystkich ludziach wokół mnie.
A także o wszystkich, których poznałam dzięki blogowaniu - życzenia przesyłam Kasi Hordyniec, Ani, Magdzie, Piotrkowi Z., pani Joannie P., Żanecie, Asi, Agacie.... Wszystkim czytającym mnie.
Kochani - wesołych świąt. Zdrowych. Beztroskich. Pięknych. Zaczytanych.
sobota, grudnia 20, 2014
Gdy nie można wziąć się w garść... "Dziewczynka z balonikami" Agnieszka Turzyniecka
W domu juz pachnie piernikami. W rogu stoi choinka. Prezenty popakowane. Mogę myśleć o świętach, ale najpierw muszę uporać się z uczuciami, które wywołała we mnie książka Agnieszki Turzynieckiej "Dziewczynka z balonikami" - rozłożyla mnie na łopatki... Czuję się emocjonalnie rozbita.
Już dawno nie trafiłam na książkę, którą przeczytałabym od razu przy jednym podejściu... Jest co prawda krótka, ale niezwykle mocna.
Na chwilę przed lekturą rozmawiałam ze znajomym o tym, że nie może poradzić sobie ze swoimi emocjami, że będzie musiał swój stan skonsultować z psychologiem - długo rozmawialiśmy o problemach osób z depresją. Kończąc rozmowę powiedziałam, że idę czytać. Dodałam, że czuję, że muszę sięgnąć po tę akurat książkę. Rozmawialiśmy o tym, czym kieruję się wybierając kolejne lektury. Powiedziałm, ze najczęściej jest to intuicja. Jakże się zdziwiłam wchodząc w świat stworzony przez Agnieszkę Turzyniecką; jak bardzo temat książki był mi bliski, mojej dopiero co zakończonej rozmowie. Ileż odnalazłam w niej wspomnień...
W problemach głównej bohaterki zobaczyłam siebie, moje problemy z porozumieniem z własną mamą. Przypomniały mi się jej słowa, które dołowały mnie przez lata. Nie mam odwagi, by głośno o nich napisać, ale pomimo upływu tylu lat wciąż bolą. I siedzą gdzieś z tyłu głowy pomimo tego, że z mamą teraz umiem rozmawiać.
Z bólem czytałam o myślach samobójczych bohaterki. O tym, jak głęboko i mocno siedzą w głowie osoby dotkniętej chorobą. Mój wujek niestety przegrał walkę z chorobą alkoholową i depresją. Nikt w rodzinie nie umiał mu pomóc. Wybrał sposób rozwiązania problemów...
Te osobiste czynniki nałożyły się się na odbiór "Dziewczynki z balonikami".
Jak zwykle nie będę książki streszczać - jest krótka, ma prostą fabułę, ale tkwi w niej niezwykła moc. Ileż w niej mieści się uczuć, emocji, rozterek, bólu, złości i gniewu... Nie sposób opisać, a co jeszcze bardziej wartościowe dla czytelnika - więcej wywołuje. To jest główny atut powieści Pani Agnieszki.
Do tego ta pierwszoosobowa narracja... Wejść w skórę osoby z poważnymi problemami psychicznymi, napisać książkę o wewnętrznych zmaganiach, o trudnych wspomnieniach, a jednocześnie zachować taki spokój relacji - chapeau bas!
Główna bohaterka - dwudziestosiedmioletnia Marlena mieszka w Niemczech. Mieszka sama w maleńkim mieszkaniu, w którym nie ma nawet łóżka. Gdy wraca zmęczona z pracy, kładzie się na materacu, by następnego dnia znów wyjść do pracy... Jej wyjazd z Polski był formą ucieczki, próbą udowodnienia sobie i światu, że sobie poradzi, iż jest zaradna, samodzielna... Różnie jej to wychodzi. Są etapy, gdy czuje się superwomenką, by za chwilę popaść w czarną rozpacz.
Ta huśtawka nastrojów doprowadza ją do szpitala psychiatrycznego. Jej pobyt na kolejnych oddziałach przypomina wędrówkę po kolejnych poziomach piekła... Rozmawia ż innymi pacjetami, poznaje ich historie, obserwuje inne psychiczne zaburzenia. Ma wrażenie, że nikt ani nic nie jest jej w stanie pomóc. Czuje się samotna.
Z rozmów z lekarzami można dowiedzieć się, jak wyglądała przeszłość Marleny. Dziewczyna opowiada o problemach z kontaktami społecznymi, z nadwagą, z niską samooceną, a przede wszystkim mówi o swojej rodzinie, o swojej matce, która nie potrafiła jej kochać, a bynajmniej nigdy o tym nie mówiła. Trudna, toksyczna więź z matką zaważyła na całym życiu. Jakże dobrze rozumiem rozdarcie między uczuciem miłości i przywiązania a żalu i bólu....
I słowo klucz - depresja, którym sobie często buzię wycieramy... W powszechnej opinii przecież to bzdura, wystarczy wziąć się w garść i przestać się wygłupiać, wziąć do roboty... Nie przyjmujemy do wiadomości myśli o tym, że jest to choroba. Poważna. Nowotwór emocji... Wg WHO to jeden z najpoważniejszych problemów zdrowotnych na świecie.
Marlena jest inteligentną i wrażliwą kobietą, niezależną, więc w powszechej opinii nie ma prawa chorować. Pracuje sobie za granicą, tylko na siebie zarabia dobre pieniądze, języki zna - czego jej do szczęścia trzeba... Ci wykształceni przecież sobie radzą z problemami, tyle książek przeczytali... W głowach im się przewraca... Jakże to złudne... Skąd ja to znam?...
![]() |
| Dziewczynka z balonikiem. There is always hope |
Motym dziewczynki z balonikiem znałam od dawna. Nie wiedziałam, że jest tak popularny. Zamieszczone przeze mnie rysunki na murze to dzieła Banksy'ego z serii Balloons girl ( Tu więcej dzieł Bunksy"ego). Zwróćcie uwagę na podtytuł powyższego...
"Na wszystkich pani rysunkach są małe dzieci. Na większości z nich znajduje się mała dziewczynka. To pani jest ta dziewczynką. Pani wciąż jest tą małą dziewczynką, która szuka akceptacji i miłości. Pani Marleno, proszę pozwolić jej dorosnąć. Niech pani zwróci uwagę, że ta dziewczynka jest zawsze uśmiechnięta. Ale pani już nie jest dzieckiem. Najwyższy czas, żeby stać się uśmiechniętą kobietą" (s. 48)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





























