Wcześnie nauczyłam się czytać. Jako dziecko robiłam małe książeczki i dzienniczki lektur. Byłam częstym gościem w szkolnej bibliotece, a potem w miejskiej. Od dziecka otaczałam się książkami. Zawsze chciałam poznać pisarza lub pisarkę. Poznać osobę, ale też poznać etapy twórczego procesu. Podyskutować na temat konstrukcji wątków, itp. Trochę też z tego powodu poszłam na polonistykę - wiedziałam, że wokół mnie będą ludzie, którzy kochają czytać, pisać, ich pasją jest słowo.
Jestem szczęściarą, bo moje marzenia się spełniają. Poznaję pisarzy. Rozmawiam z autorami przeczytanych książek. Poznałam Magdę Witkiewicz. Mogę nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźniłyśmy. Szybko przekonałam się, że to normalna kobieta. Odsuwam na chwilę jej pisanie na bok. To przede wszystkim świetna kobieta. Ciepła, wesoła, pozytywnie zakręcona. Jesteśmy w podobnym wieku. Ona ma dwoje dzieci, ja mam czwórkę. Ona mieszka w Polsce blisko morza, ja w Irlandii blisko oceanu. Mamy podobne zainteresowania. Nieco inne poglądy. Trochę inny temperament. Magda bardzo lubi mówić, opowiadać, pisać, ma bardzo wyczulony słuch na ciekawe historie, zbiera je, a potem przerabia i podaje w formie literackiej. Chcecie ją poznać tak prywatnie? Zastanawialiście się czasem, jaką jest osobą? Wywiady są za krótkie? Sięgnijcie po "Selfie"!
Dobre książki warto promować. O wartościowych lekturach warto pisać. Tym bardziej jeżeli chodzi o literaturę dla dzieci. Książki skierowane do młodego czytelnika powinny być szczególnie przemyślane. Mają kształtować świadomość, pobudzać wyobraźnię. Mają szansę stać się furtką do świata literatury lub mogą być niestety tylko szeregiem stron do zaliczenia, jak to jest w przypadku co poniektórych lektur. Czemu niektóre pozycje z dzieciństwa zostają z nami na zawsze, stoją na półkach dorosłych czytelników? Ci wymieniają je w kanonie swoich ukochanych - jak np. "Małego Księcia" czy "Dzieci z Bullerbyn". Nie można tu zapomnieć o klasycznych baśniach - braci Grimm czy H. Andersena. Jest coś fenomenalnego w książkach dla dzieci - wprowadzają w świat dziecięcej wyobraźni, fantazji; pozwalają się oderwać od dorosłości, dorosłych problemów; przywołują tęsknotę za światem jasnych zasad, wartości, nieograniczonych możliwości. Kiedyś Anna Kamieńska powiedziała, że "baśń jest literaturą mędrców. O mądrości dziecka dobrze świadczy to, że potrafi ono baśń przeżyć i zrozumieć". Dorosły, chcąc wejść w baśniowy świat, musi odnaleźć w sobie dziecko.
Kończy się powoli tegoroczne najważniejsze irlandzkie święto. Podczas, gdy ja stukam w klawiaturę, w wielu pubach przelewa się ciemne piwo, względnie whiskey. Słychać muzykę, śpiewy, śmiech. Nie muszę tam być, żeby to wiedzieć. Wiem, jak Irlandczycy obchodzą swoje święto - na wesoło. Wiem też, że i dla moich rodaków ten dzień jest okazją do zabawy. Zresztą - dziś chyba wszyscy po troszę czują się Irlandczykami - polecam artykuł z Newsweeka - może nie najświeższy, ale jak najbardziej aktualny.
Nie będę ponownie pisać o tradycji związanej z tym dniem - w zeszłym roku o tym pisałam tu. Świętowanie zaczęłam już wczoraj. W Kinsale przygotowano piękne widowisko światła i dźwięku. Po zmroku w porcie miała miejsce prezentacja pięknie oświetlonych łodzi - na jednej z nich przypłynął nawet św. Patryk :) Obejrzałam też fantastyczny pokaz sztucznych ogni - fajerwerki wystrzeliwane z wyspy robiły na wszystkich duże wrażenie - zwłaszcza na moich najmłodszych dzieciach.
Chylę czoła przed znakomitą autorką - Ałbeną Grabowską-Grzyb, której książka "Stulecie winnych. Ci, którzy przeżyli" dosłownie wbiła mnie w fotel. Pomimo, że fabuła to nic nowego - życie rodziny na przełomie lat; w tle historia, o której też już dziesiątki razy pisano, to Stulecie wciąga, wzrusza, fascynuje. Treść można streścić naprawdę krótko - losy rodziny Winnych od 1914 do 1939 roku. Można też nieco szerzej - losy bliżniaczek pozbawionych matki, ich samotnego ojca, silnej babci. jej męża - niezłomnego, choć niejednoznacznego. Kuzynów. Sąsiadów. W zasadzie tyle. Ale nie chodzi o to - ile, ale jak. Ile uczuć, refleksji, dreszczy, a nawet łez! Serce bije mocniej, czas ucieka niepostrzeżenie, strony się szybko przekłada, bo przed oczyma wyobraźni maluje się wspaniała historia - nieważne jak banalnie to zabrzmi - taka z życia wzięta...
Zawsze marzyłam o synku. Już druga córka miała być chłopcem. Urodziny trzeciej dziewczynki odchorowałam, bo przecież chciałam chłopca... Gdy w końcu pojawił się wymarzony synek obiecałam sobie, że go nie zasłodzę. Ma być z niego facet - pewny siebie, twardy i czuły jednocześnie.
Żadnego z dzieci nie rozpieszczałam, nie rozczulałam się.
Jestem obok moich dzieci, ale stawiam na ich samodzielność. Obserwując najstarszą córkę, widzę, że to procentuje, więc mam nadzieję, że mój synek nie wyrośnie na maminsynka. Nie ma pewnego podręcznika, jak być dobrym rodzicem. Nie ma jednej skutecznej metody, by dobrze wychować dzieci. Jest zdrowy rozsądek, jest intuicja, a przede wszystkim jest miłość. Kochający rodzic powinien wiedzieć, kiedy może wypuścić dziecko spod swoich skrzydeł.
Jak nie wpaść w mamusioholizm ostrzega nowa książka Nataszy Sochy "Maminsynek". Ostrzega w bardzo ciekawy, pełen ironii i humoru sposób.
Kto potrącił zakonnicę i dlaczego? Czy mamy do czynienia z seryjnym zabójcą? Czy mieszkańcy Lipowa i okolicznych wsi mają się czym martwić? Czy było to morderstwo z premedytacją? Kto próbuje wpłynąć na bieg śledztwa? Na te i inne pytania musieli odpowiedzieć policjanci z posterunku w Lipowie, którym przyszło się zmierzyć z pierwszą w ich karierze tak poważną kryminalną zagadką. Czytając "Motylka" - debiutancką książkę Katarzyny Pużyńskiej, przypomniałam sobie, jak zaczytywałam się kryminałami Camilii Lackberg. Podobał mi się ich klimat - tajemnicze zbrodnie, przeszłość, która ma wpływ na terażniejszość, szeroko zakrojona warstwa obyczajowa. Prywatne życie policjantów oraz mieszkańców małego miasteczka, gdzie każdy ma swoje sekrety, tajemnice. Przeczytałam wszystkie tomy. Wielokrotnie je pożyczałam i do dziś z sentymentem patrzę na nie - takie kryminały lubię. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - lubię lekkie kryminały.
Tylko czekać aż zakwitną magnolie i inne kwiaty. Pomimo porannych przymrozków w powietrzu już czuć wiosnę. Uwielbiam ten czas w roku. Co prawda w Irlandii cały rok jest zielono, cały rok coś kwitnie, ale właśnie teraz, lada chwila, cała tutejsza roślinność ponownie będzie mnie oczarowywać... Nie znudzi mi się to nigdy.
Podobnie jak książki. Wciąż mnie zadziwiają. Sięgam po kolejne, oczekując oczywiście ciekawej opowieści, nowych postaci, emocji i okazuje się, że wciąż mnie zaskakują. Ogromną zaletą książek jest to, że każdemu pokazują coś innego, każdy odnajdzie w nich coś dla siebie, każdy może w nich skrytykować coś innego... Dla mnie to magia! Wziąć w ręce zbiór zadrukowanych kartek - gdyby nie okładki rozróżniające, to przecież tak do siebie podobnych. Wejść w historię stworzoną przez kogoś całkiem obcego i odkryć tyle dla siebie i o sobie... Oczyma wyobraźni przenieść się w zupełnie inne miejsce. Pomimo, że przeczytałam setki książek one naprawdę wciąż mnie zaskakują... I jak nie czytać?!
Czasem trafiam na takie, które rozkładają mnie na łopatki. Dobry Boże! Jak to dobrze, że są książki. Że są taakie książki. Takie zwyczajne, a tak poruszające. Nie dziwię się, że "Magnolia" została nagrodzona na ubiegłorocznym Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach. Grażyna Jeromin-Gałuszka zdobyła nagrodę pióra. Była też nominowana przez jurorki polonijne. Licząc na podobne wzruszenia i zaskoczenia, tym bardziej się cieszę, że będę mogła czytać książki zgłoszone do tegorocznego konkursu. Jestem zaszczycona tym wyróznieniem:)
Głównym bohaterem jest Filip - pilot. Właśnie traci pracę, chwilę później odchodzi od niego żona. Na dodatek okazuję się, że ma problemy z sercem. Zostawia wszystko za sobą. Wyjeżdza. bez planu, bez celu. Zatrzymuje się gdzieś w Bieszczadach, zdawałoby się na końcu swiata, na starej stacji, spotyka mężczyznę, który chce sprzedać pensjonat - Filip bez namysłu go kupuje... Banalnie? Ckliwie? Tylko do tego momentu.
W Magnolii - bo tak nazywa się nowy nabytek, Filip poznaje kilka kobiet. I to one mnie zaskoczyły najbardziej. Czasem są irytujące, zrzędliwe. Cały czas gadają, przekomarzają się, dogryzają sobie, ale te ich trajkotanie, nadaje życiu Filipa sens.
Gdzieś nad Osławą w Bieszczadach (zdjęcie znalezione na edupedia.pl)
Jakże ja się odnalazlam w tej wrażliwości bieszczadzkiej! Wokół wzgórza niczym te moje irlandzkie. Zapatrzenia na to, co codzienne, powtarzalne, a przecież tak wartościowe, bo najbliższe.
Oysterhaven - ukochany zakatek Irlandii
Z przyjemnością przysłuchiwałam się rozmowom prowadzonym w pensjonacie. Wsłuchiwałam się w czasami gorzkie słowa Cześki, podziwiałam ją za ogarnianie całego pensjonatowego zamętu. Dumałam nad jej świadomością przemijalności. Czekałam na wielki sekret umierającej babki. Zastanawiałam się, jaki sekret skrywa Marlena, która uciekła od chaosu miasta i jego bezsensownej gonitwy. Odnajdywała swoj spokój w filiżance kawy wypitej wśród znajomych, w prasie -niekoniecznie bieżącej. Pragnąca wytchnienia kobieta dzielnie angażowała się, gdy ktoś potrzebował pomocy.
Któregoś dnia w pensjonacie zjawia się Doris i zapada w sen. Po kilku dniach wpada w trans tworzenia. Nie chce o sobie zbyt wiele mówić, a gdy w końcu zaczyna, wszystkich zaskakuje. Powiem tylko, że pieniądze nie są dla niej najważniejsze. Wszystkim się zachwyca, nawet wyliniałym kundlem, którego nazywa Absurdem.
Co pare dni w pensjonacie zjawia się Tuśka - pozornie beztroska nastolatka, która przychodząc po resztki dla psa, opowiada romantyczną historię sprzed lat. Ani słowem nie wspomina o rodzinnych problemach.
Jest jeszcze Olga przywożąca warzywa. Wiecznie uśmiechnięta, pomimo trudnej sytuacji, z jaką na co dzień musi się zmagać.
Gdzie w tym wszystkim jest Filip? Trudno jest mu się odnaleźć w tym miejscu. Nie potrafi się zaangażować. Nieco zbyt póżno zaczyna doceniać to miejsce i te kobiety... Ale oczywiście, nie mogę Wam napisać dlaczego:)
Dworzec kolejowy w Cork - pusta stacja to ważne miejsce w "Magnolii"
Wątki się mieszają, zaskakują, ale od tej opowieści bije przede wszystkim spokój i ciepło. Znalazłam humor, trochę wzruszeń, trochę groteski, garść życiowych mądrości umiejętnie wplecionych, sporo miłości, serdeczności i dobrej energii. Bardzo mi się podobał język - dowcipny i oryginalny. Naturalny, a jednocześnie wyróżniający tę książkę spośród wielu innych. Wykorzystam opinię jednej z blogerek polonijnych, Ani Kubicy - ta "książka ma fajnego twista". Aniu, Kasiu - dziękuję za rekomendację -"Magnolia" jest bardzo pozytywnie zakręcona.
Pokazuje, jak ważne jest, by czerpać radość z każdej drobnej chwili i doceniać jej wartość. Idealnie wpisuje się w mój sposób myślenia, bowiem każdego dnia staram się zauważyć jego pozytywy, szukam ich. Każdym dniem się cieszę. Tego chciałabym nauczyć moje dzieci.
"Magnolia" ta taka swojska apoteoza hasła carpe diem.
Zakończenia nie zdradzę. Nie odbiorę Wam tej przyjemności albo inaczej - tych wzruszeń, tego zaskoczenia. Ale powiem tylko, że pada tam zdanie: "zostają tylko złudzenia" ...
A ja przecież "jedyne co mam, to złudzenia..."
Pani Asiu - ta piosenka jest dla Pani:) Zawsze jest czas, by poszukać siebie!
1 lutego święta Brygida podobno przynosi wiosnę. Pierwsze jej oznaki są już widoczne - kwitną krokusy, hiacynty, żonkile; ptaki śpiewają coraz odważniej; dzień staje się coraz dłuższy.
W Irlandii na ten dzień czeka się podobnie jak za oceanem na dzień świstaka. Tradycja nakazuje w przeddzień wysprzątać dom, upiec ciasto, przyjąć gości, w żadnym wypadku nie odmawiać potrzebującym. Zeszłoroczny słomiany krzyż św. Brygidy należy spalić, a u sufitu powiesić nowy. Czasem wywiesza się również części ubrania i wstążki, aby Brygida, wędrując po kraju, dotknęła ich i pobłogosławiła ich właścicielom na następny rok. Wstażek nie wywieszałam, ale pranie suszyło się na dworze:) A krzyż ze słomy mam, bo Alicja zrobiła w szkole. Św. Brygida Irlandzka jest patronką wyspy, zwaną celtycką Marią, patronuje także pracy na roli, nowemu życiu, poezji, odnowie i lecznictwu.
Nietypowa ta wiosna w tym roku - mroźna, a nawet odrobinę śnieżna. Codziennie rano, patrząc na białe hiacynty, muszę walczyć ze szronem na szybach auta. Wieczorami wciąż trzeba palić w kominku, co zresztą lubię bez względu na porę roku...
Gdy dzieci idą spać, zagrzebuję się pod kocem i otaczam się tym, co sprawia, że odpoczywam - kubek owocowej herbaty, książka i muzyka... Czytam niemalże do czwartej nad ranem, w tle mając delikatne dźwięki ukochanych piosenek - ostatnio za sprawą "Córeczki" Liliany Fabisińskiej - Starego Dobrego Małżeństwa i Grzegorza Turnaua.
.
"Córeczkę" dostałam od Magdy Witkiewicz w formie pliku pdf - prosiła, bym przeczytała książkę, która powstawała równolegle z jej "Pierwszą na liście".
Pierwsze podobieństwo obu książek można zauważyć dość szybko - obie zaczynają się od niespodziewanej wizyty - w drzwiach głównych bohaterek staje nastolatka. Młode kobiety żądają wyjaśnień, zmuszają do spojrzenia w przeszłość, do stawienia czoła wydarzeniom sprzed lat. Epizodycznie w "Córeczce" pojawia się nawet Ina - dziennikarka - bohaterka książki Magdy.
Styl - podobny. Równie dobry. Lekki, ale daleki od banalności. Bliski życiu, codzienności - wydarzenia i postacie prawdopodobne, dialogi naturalne.
I najważniejsze - najnowsze książki Liliany Fabisińskiej i Magdaleny Witkiewicz mają silny wydźwięk społeczny. Poruszają ważny i aktualny problem, mają szansę wywołać coś dobrego. Nie robią tego nachalnie - wprost przeciwnie - edukacyjne przesłanie odczytuje się niejako przy okazji. To przede wszystkim bardzo ciekawe, wzruszające historie kobiet, które muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich najważniejsze. To piękne opowieści o tym, że miłość niejedno ma imię.
Główną bohaterką jest Agata - pani psycholog, ekspertka od wychowywania dzieci, wielokrotnie pojawiająca się w rozmaitych mediach z głosem doradczym, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach z dziećmi, jak się z nimi komunikować. Jest mamą Filipa, żoną idealnego męża. Jest szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną kobietą. Wizyta Zuzy, dziwnie wyglądającej piętnastolatki, burzy jej spokój.
Musi wrócić do wspomnień o romansie sprzed lat. Do wydarzeń jak z harlequina - niezwykłych, romantycznych, intensywnych, ale bardzo przy tym prawdopodobnych. Okazuje się, że wykształcona i doświadczona kobieta także popełnia błędy. Przed laty przez kilka dni była mamą dla pewnej dziewczynki, która teraz potrzebuje jej pomocy. Tytułowa córeczka to niejednoznaczna postać - jej tajemnice odkrywane są stopniowo. Ta zbuntowana, i sprawiająca pozory silnej i niezależnej, dziewczyna, wciąż jest jeszcze dzieckiem - samotnym i zagubionym. Żeby jej pomóc Agata musi przewartościować cały swój świat.
Z czasów, gdy mieszkałam z braćmi pamiętam utwór, który bardzo pasuje do sytuacji, w której znalazła się Agata. Przez kilka dni w jej głowie przewijały się, niczym wersy hip hopowej piosenki zespołu Kaliber 44, słowa: "Plus i minus to jedyne, co słyszę; plus i minus, to jedyne, co widzę.."
Tym, którzy nie słuchali hip hopu, wyjaśnię, że chodzi w niej o oczekwanie na wynik badania na obecność wirusa HIV. Agata musi zmierzyć się z podobnym lękiem. Dowiaduje się bowiem, że jej partner sprzed lat jest seropozytywny.
Nigdy nie można mieć pewności, że przeszłość do nas nie wróci w najbardziej zaskakującej postaci. Czasem okazuje się, iż decyzje podjęte lata wcześniej odbijają się rykoszetem na chwili obecnej. Książka potwierdza prawdę starą jak świat: nie można się zarzekać, że nigdy, że na pewno... Życie lubi weryfikować naszą pewność siebie...
O tym, że wirus HIV wciąż budzi lęk, przekonałam się ostatnio, oglądając serial "Na Wspólnej".
Nie będę streszczać problemów serialowych postaci, ale akurat tego dnia, gdy kończyłam lekturę "Córeczki", Kamil i Zuza walczyli w sądzie o to, by wróciła do nich ich adopocyjna córeczka. Serialowa Zuza jest nosicielką wirusa. Wrażenie zrobiła na mnie scena przed sądem - krzyki, wyzwiska... Okazuje się, że wciąż trzeba pracować nad świadomością społeczną, walczyć z uprzedzeniami, ze stereotypami. Książka Liliany Fabisińskiej pokazuje, że test nie jest wyrokiem. Wyrokiem może być nieświadomość.
Podobała mi się bardzo scena w książce, pokazująca zakochanych wspólnie robiących test na HIV - ciekawa walentynkowa inicjatywa, prawda?
Miałam robiony taki test w czasie ciąży. Pamiętam napięcie związane z oczekiwaniem na wynik. Gdzieś w podświadomości był lęk, bo przecież tyle razy miałam pobieraną krew... Czysto irracjonalny lęk, ale potem była też ulga i zadowolenie, że wiem.
Książki Liliany Fabisińskiej nie można nazwać przewidywalną - wzrusza, zaskakuje, intryguje. I co najważniejsze - każe zadać sobie pare pytań, pozostawia w głowie ślad.
Tydzień z teściem, szwagierką i jej dwoma synami minął bardzo szybko. Najczęściej gotuję dla sześciu osób, tym razem musiałam dla dziesięciu... W domu nieco ciasno, gwarno, ale sympatycznie. Wymyślanie atrakcji dla gości, pokazywanie "naszego" skrawka Irlandii skutecznie pozbawiło mnie czasu na czytanie, a tym bardziej na blogowanie... Ale powoli wszystko wraca do normy.
Gdy przed wizytą gości zaczęłam pisać tego posta miałam zacząć od informacji, że zginął nam kot. Dni mijały mi na przygotowywaniu się do wizyty (wizytacji:)) oraz na poszukiwaniu kota. Wszyscy się o niego zamartwialiśmy - jest z nami od ponad czterech lat... Wychodzi czasami na zewnatrz; zdarzało mu się nie wracać na noc, ale tym razem nie było go 4 dni... Nawet nie pomyśłałabym, ze można tak tęsknić za zwierzakiem. Kilka razy na dzień wyglądałam, czy może nie wraca. Córki przysyłały smsy, czy kot wrócił. Pierwsze pytanie męża po powrocie z pracy - czy jest kot? Wykonaliśmy kilka telefonów do sąsiadów i okazało się, że jest! Zatrzymał się u nieco dalszych sąsiadów, którzy mają kotkę... Z jednej strony radość, że kot wrócił, a z drugiej złość - jak mógł nam to zrobić, jak sąsiedzi mogli nas nie powiadomić... Ale to już nieistotne, jakkolwiek powiązane z książką, o której chcę Wam opowiedzieć.
Peter Grant - główny bohater powieści Bena Aaranovitcha też miał zwierzaka - miał psa Tobiego. To zwierzę jest znaczącą dla całej akcji istotą - ugryzł kiedyś kogoś w nos, co zapoczątkowało serię dziwnych wydarzeń...
" - Rzucił pan czar na psa - powiedziałem, kiedy wyszliśmy.
- Malutki - odparł Nightingale.
- Czyli magia naprawdę istnieje - stwierdziłem - Co oznacza, ze jest pan ... czym właściwie?
- Czarodziejem.
- Jak Harry Potter?
Nightingale westchnął.
- Nie, nie jak Harry Potter.
- A na czym polega różnica?
- Ja nie jestem postacią fikcyjną - odpowiedział Nightingale." (s. 48)
Pewnej styczniowej nocy w Londynie, przed kościołem św. Pawła w Covent Garden znaleziono ciało mężczyzny bez głowy. Oczywiście na miejscu zjawiła się policja, potwierdzono fakt zaistniałego przestępstwa, dokonano wstępnych czynności śledczych, a po kilku godzinach stwierdzono, że reszta pracy musi poczekać do świtu. Na miejscu zostało tylko kilku posterunkowych - ktoś przecież musiał przypilnować miejsca zdarzenia. Jednym z tych nieszczęśników był właśnie Peter Grant. Po kilkunastu minutach służby zaczepia go dziwnie wyglądający jegomość, który twierdzi, że był świadkiem zbrodni. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż ów jegomość był przezroczysty...
Od tego zaczyna się fabuła powieści "Rzeki Londynu". Nie ma sensu uwzględniać prawdopodobienstwa zdarzeń. choć odsuwając na chwilę wyobraźnię autora i stworzony przez niego świat magii - wszystko jest logicznie, świetnie skonstruowane i misternie powiązane. Fabuła sięga do odległej historii ( nawet się nie domyślacie jak odległej...). Główny bohater z zaskakującą łatwością przyjął do wiadomości istnienie świata magicznego. Co więcej - odkrył u siebie niezwykłe zdolności czy też moce - wyczuwa magię nosem! Szybko okazuje się, że jest jej w Londynie całkiem dużo; okazuje się, iż zawsze była! Jest nawet specjalny oddział do badania spraw magicznych i przestępstw popełnionych z użyciem magii. Peter trafia pod skrzydła inspektora Nightingela. Czarodzieja. Dystyngowanego dżentelmena - elegancko ubranego pana w trudnym do określenia wieku, poruszającego się po mieście jaguarem.
Zamieszkał w Szaleństwie - oficjalnej siedzibie angielskiej magii od 1775 roku, której założycielem był Isaac Newton. Domem opiekowała się Molly - nieco dziwna "edwardiańska pokojówka". Jednak na mnie największe wrażenie zrobił opis bibliotek - liczba mnoga!!!
"W Szaleństwie znajdują się trzy biblioteki: o istnieniu numeru jeden nie miałem wtedy pojęcia, numer dwa był biblioteką magiczną, gdzie trzymano traktaty poświęcone zaklęciom, forma i alchemii, wszystkie napisane po łacinie, dla mnie więc była to chińszczyzna, a biblioteka numer trzy, ogólna, znajdowała się na pierwszym piętrze obok czytelni. (...) W głównej bibliotece było tyle mahoniu, że można by nim zalesić całe dorzecze Amazonki. Na jednej ze ścian regały ciągnęły się pod sufit i do najwyższych półek sięgało się z drabiny, która przesuwała się po lśniących mosiężnych relingach. Rząd prześlicznych szafek z orzecha zawierał katalogi, najbliższy odpowiedni wyszukiwarki, jaki znajdował się w tej bibliotece. Poczułem woń starej tektury i stęchlizny, kiedy wysuwałem szufladki, i pocieszyła mnie myśl, że Molly nie zapędziła się tak daleko, żeby regularnie je otwierać i sprzątać w środku." (s. 197)
Jako uczeń czarodzieja uczył się zasad rządzących magią, ale jako obywatel Londynu, a przede wszystkim policjant nie mógł zapomnieć, że przez cały czas obowiązują go inne przepisy. Łączył je w specyficzny sposób...
Zresztą postać Petera Granta jest wielce osobliwa - czarnoskóry młody posterunkowy. Może niezbyt ambitny, ale całkiem inteligentny, dociekliwy młody mężczyzna, któremu często wszystko kojarzy się jednoznacznie. Miał pracować gdzieś w zakurzonym biurze, pilnować papierków, ale spotkał ducha, potem czarodzieja, póżniej spersonifikowane bóstwa opiekujące się Tamizą, a na koniec pewnego rewenanta ... Trudno określić tego bohatera szablonowym!
Aaronowitch wykorzystał dobrze znane miejsce. O Londynie każdy coś wie. Jego Londyn jest jednym z bohaterów - z przyjemnością czytałam o londyńczykach, londyńskim tempie życia, różnorodności dzielnic. Pisarz świetnie wymieszał współczesność z historią, legendami, wierzeniami. Jedna z finałowych scen, kiedy to Peter ściga głównego podejrzanego - rewelacyjna!!!
Podobał mi się styl - lekki, niewymuszony, pełen ironii i angielskiego humoru. Świetne dialogi, niesamowite sceny akcji, opisy miasta, aluzje do książek, filmów. Rozważania, dedukowanie i domniemywanie kto zabił - zostałam zaskoczona zakończeniem. Często lektura podsuwała mi skojarzenia z twórczością J.K. Rowling - tak magiczne, jak i topograficzne - przypominała mi się seria o Harrym, ale też o Cormoranie Strike'u. By spróbować określić gatunek, posłużę się określeniem z książki - "tragiczna komedia tudzież komiczna tragedia".
Tę piosenkę Peter miał ustawioną jako dzwonek telefonu. Tak samo jak książki fantastyczne nie należą do moich ulubionych, tak i ta muzyka niekoniecznie mi się podoba. Jednakże czasem dobrze jest wejść w fantastyczny świat, by inaczej patrzeć na realny. Czasami dobrze posłuchać takiej energetycznej muzyki, by potem z większą przyjemnością słuchać ukochanych smętów...
Książka "Rzeki Londynu" jest pierwszą w dwunastu przewidzianych do przeczytania w ramach wyzwania 12 książek na 2015. Cieszę się, że zdjęłam ją z półki i w końcu przeczytałam - czas spędzony z Peterem Grantem uważam za bardzo wartościowy. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was czytał już tę książkę...
Na koniec krótki cytat:
"Jak cudownie byłoby po prostu olać wszelkie konsekwencje i pojść na całość. Czasem człowiek po prostu chce, żeby ten porąbany wszechświat wreszcie coś zauważył." (s. 318)
Zapraszam na mój profil na facebooku oraz na instagram, gdzie jestem chyba zbyt często:)
Od kilku lat nie chodziłam po śniegu. Mimo, że jestem zmarzluchem, to brakuje mi w Irlandii zimy. Chciałabym pobawić się z dziećmi w śnieżki, ulepić bałwana. Popatrzeć na ośnieżone drzewa, usłyszeć dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu i ... szybko wrócić do ciepłego domu.
Ta zimowa nostalgia sprowokowała mnie do sięgnięcia po książkę Małgorzaty Wardy "Miasto z lodu". Ostatnio duże wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie tej autorki w przeczytanym niedawno zbiorze "Cicha 5".
Jedno mogę powiedzieć od razu - książka "Miasto z lodu" z pocztówkowym wyobrażeniem zimy nie ma nic wspólnego. Chyba nikogo nie pozostawi obojętnym. Porusza. Mocno!
"Powieść zaczyna się od przysłowiowego "trzesięnia ziemi": turyści znajdują w górach nieprzytomną, wyziębioną dziewczynkę". Te słowa otwierają pytania do dyskusji zamieszczone na końcu książki. Bosonoga nastolatka leżąca na śniegu - poruszający obraz, prawda?
Narratorką i bohaterką jest owa 13-letnia dziewczynka, czy może raczej powinnam napisać - młoda kobieta. To książka o niej i jej matce Teresie zmagającej się z chorobą afektywną dwubiegunową. Matka z córką prawie się nie znają. Dziewczynką przez wiele lat zajmowała się babcia. Teresa często przebywała w szpitalu.
"Znaleziono mnie rankiem następnego dnia, kiedy okolica pokryła się grubą warstwą śniegu"...
Nieco irytowala mnie taka narracja. Owszem, przyznaję bardzo ciekawy pomysł, żeby głos oddać Agacie, 13-latce, ale ona nie mogła wszystkiego widzieć, o wszystkim wiedzieć, nie mogła znać myśli swojej matki. Swoje pokazała jakby mniej. Taka wiedza narratorki przywodziła na myśl to, że niestety ona jest bliska śmierci i tylko wtedy jest w stanie tyle wiedzieć. Ten sposób prowadzenia historii przypomniał mi książki "Nostalgia anioła" Alice Sebold i "Potem" Rosamund Lupton. Jednak nie chcę zbyt wiele porównywać, by nie zdradzić zakończenia. Opowieść nastolatki jest nieco chaotyczna - czasem opowiada o dzieciństwie swojej mamy, o jej młodości, o momentach nawrotu choroby. Opowiada trochę o sobie i swoich uczuciach. Do tego dochodzą szczegóły pracy dziennikarzy. Ten chaos irytuje, ale też wzmacnia zrozumienie sytuacji Agaty - ta dziewczynka właśnie w takim świecie żyła. Nie mogła być pewna, jak następnego dnia będzie czuła się jej mama. Nastrój Teresy zmieniał się czasem szybciej niż w kalejdoskopie. Jednego dnia Agata była córką, następnego dnia zaś stawała się opiekunką własnej matki.
Teresa, czując się lepiej, postanowiła w końcu zaopiekować się swoim dzieckiem. Zafundowała córce wycieczkę po całej Polsce - tysiące kilometrów, hotele, pensjonaty i w końcu nowe miejsce zamieszkania - w domu, który przeniknięty jest obecnością zmarłej niedawno właścicielki. Wysłała do nowej szkoły. Znalazła pracę, w której musiała być czasem do późna. Wszystko by odbudować, a może stworzyć więź matki i córki. Czytanie o tym, jak w tym wszystkim odnajdywała się Agata jest bolesne, przykre i niezwykle smutne. Jestem mamą trzynastolatki, wrażliwej dziewczyny, która bardzo przeżywa wszystkie problemy dnia codziennego. Nawet nie próbuję przykładać jej wrażliwości do sytuacji Agaty...
Jak ocenić Teresę - "czasem figlarną piękność, czasem kobietę o bladej cerze z podsinionymi oczami", na ile można ją usprawiedliwić? Co tłumaczy jej choroba, a na co wpłynęły nierozsądne, pochopne decyzje? Jak przeszłość wpływa na jej teraźniejszość? Jak na jej zachowania działa miejsce, w kórym się osiedliły i ludzie, wśród których zamieszkały?
"Miasto z lodu" pozwala odczuć zimno. Miałam wrażenie, że czytam o zmrożonych ludzkich odczuciach, o emocjonalnym chłodzie. Czemu?
Wszystko dzieje się w małej społeczności rządzącej się swoimi prawami, gdzie "ludzie trzymają się razem, stoją ramię przy ramieniu tworząc ścisły mur i nie wpuszczają odmieńców". Teresa próbuje zapewnić córce normalne życie, ale wszystko okazuje się zbyt trudne, bowiem jest samotną matką, chorą kobietą, na dodatek szybko wplątującą się w romans ze swoim szefem. W miasteczku szybko rodzą się plotki, pochopne i niesprawiedliwe osądy, które rykoszetem odbijają się na Agacie.
Książka porusza wiele spraw - pokazuje, jak funkcjonuje szkoła i jej programy wychowawcze i profilaktyczne. Agata opowiada o relacjach między nastolatkami - akceptacji i odtrąceniu, o okrucieństwie i przemocy. Wiem, że młodzież pragnie tej akceptacji, wiele dla niej poświęca; wiem, jak boleśnie odczuwa jej brak... W relacji Agaty znalazłam potwierdzenie tego, co czasem opowiadają mi córki... Koleżanki Agaty - Ida i Bernadetta - to postacie ilustrujące fakt, z którego dorośli nie zawsze zdają sobie sprawę - jak bardzo zimni potrafią być młodzi ludzie, że często nie radzą sobie z własnymi emocjami.
W powieści "Miasto z lodu" sporo miejsca zajmują dziennikarze. Zwłaszcza jeden - Aleksander. Poznaje on Teresę i nie przyznając się do swojej tożsamości zawodowej towarzyszy jej w trudnych chwilach. Pokazuje, jak potężny wpływ mają media na opinię publiczną. Jak potrafią manipulować,
Małgorzata Warda porusza też sprawę ostatnio coraz bardziej wszechobecnego hejtowania, czy też może powinnam napisać -wyrażania nienawiści, czasami niczym nieuzasadnionej; atakowania, dręczenia, poniżania. Pełno tego w internecie - hejterzy wszystko wiedzą, każdego potrafią osądzić, wydać wyrok. Agresorzy, zawistnicy, nienawistnicy, osoby bezwględne... Ale hejt - zawiść jest nie tylko w internecie - jest wszędzie. Komu nie zdarzyło się kogoś zbyt szybko osądzić, niech od razu zamknie tę stronę. Biję się w piersi - mnie się zdarzyło..., a najgorsze jest potem naprawienie sytuacji. Czasem się nie da...
"Miasto z lodu" to przede wszystkim powieść o matce i córce. O trudnej miłości czy też raczej o jej silnej potrzebie. O próbach jej ratowania.
"Mama jednak zawsze powtarzała, że życie to nie tylko tragedia, ale właśnie te wszystkie małe rzeczy, które do niej prowadzą".
Świetna, niejednoznaczna książka. Historia niczym z magazynu reporterów napisana w przekonujący sposób. Angażująca. Bulwersująca. Nie sposób jej szybko przeczytać, bo emocje nie pozwalają. Uwielbiam to w literaturze - nie tylko słowa, nie tylko fikcyjna historia z fikcyjnymi bohaterami, ale właśnie te wszystkie refleksje, które zostają, gdy zamykamy książkę.
Gorąco polecam!
Cytaty pochodzą z omawianej powieści.
Zapraszam do polubienia Czytającej mamy na facebooku:)