piątek, czerwca 27, 2014

Emigracyjne dylematy



Tym razem o emigracji.
Albo inaczej - o świadomym  wyborze miejsca zamieszkania. Nikt mnie nie zmusił do wyjazdu. Wyjechałam z Poski w 2009 roku i miałam być w Irlandii klka miesięcy, najwyżej rok. Za kilka dni minie dokładnie 5 lat, jak tu jestem.  Odnalazłam tu swoje miejsce; tu, na zielonej wyspie, gdzie czesto wieje, pada, ale ludzie są tak życzliwi, że to rekompensuje wszystko.

Moim  znajomym w Polsce przeważnie wydaje się, że my tu sobie za  tą zagranicą siedzimy jak pączuszki w masełku -  pieniążki mamy, w pieknym kraju mieszkamy, na wycieczki jeździmy...
Nic bardziej mylnego - z wielu różnych powodów (materialne są na liście, ale na pewno nie na pierwszym miejscu) wybraliśmy to miejsce do mieszkania. Odnaleźliśmy się tu, nasze dzieci wsiąkły w klimat, w środowisko,  w system szkolnictwa. Tak samo jak w Polsce rano trzeba wstawać do pracy lub żeby wysłać dzieci do szkół; tak samo trzeba robić zakupy, sprzątać, gotować, płacić rachunki, itd.
Nie mamy w pobliżu babci, cioci, której można by czasem podrzucić dzieci. Możemy liczyć tylko na przyjaciół, a wiem, że mamy wokół siebie życzliwych ludzi).
Nie odcinamy się od Polski - pisałam już o tym, że mówimy w domu po polsku, nasze dzieci oprócz tego, że chodzą do irlandzkiej szkoły,  to w sobotę zamiast odpoczywać po tygodniu nauki, uczą się w szkole polskiej. Kultywujemy polskie tradycje, uczymy dzieci, czym jest polskość...
Czasem odrobinkę tęsknimy za bliskimi w kraju,  ale wtedy dzwonimy lub  robimy sobie wieczór wspominek i opowiadamy dzieciom, kto w kraju na nich czeka. Starsze dopowiadają:
"A pamiętasz, jak dziadek, ...; a  babcia ..." Nad kominkiem wiszą zdjęcia naszych rodziców, rodzeństwa, przyjaciół.
Nie możemy w wolnej chwili wybrać się z wizytą, bo samolot lata dwa razy w tygodniu, a koszty są ogromne (gdyż w moim przypadku cenę mnożę razy sześć). Taką wyprawę musimy długo planować, uwzględniać urlopy, wolne w szkole, bo przecież nie da się polecieć na dzień czy dwa. Raczej nie bierzemy pod uwagę świąt, bo wtedy ceny biletów są absurdalnie wysokie.
Podobne dylematy ma wiekszośc Polaków mieszkających poza granicami kraju. Różnie się odnajdują w tej sytuacji - niektórzy odliczają dni do powrotu do ojczyzny, tęsknią,  liczą, ile jeszcze muszą zaoszczędzić, by w Polsce zrealizować swoje plany. Inni zapuszczają korzenie - kupują dom (najczęściej na kredyt), ściągają do siebie rodziców i nie myślą o powrocie. Jeszcze inni domy wynajmują, bo nie wiedzą, jak potoczą się ich dalsze losy. Ja też nie wiem, gdzie będę za kilka lat - to mnie trochę martwi... Są też tacy, którzy co chwilę zmieniają miejsce zamieszkania, przeprowadzają się, testując, gdzie będzie im najlepiej - ja na to nie miałabym siły.
Czasem dostaje smutnego smsa od przyjaciółki w Polsce. Mogę oczywiście odpisać, zadzwonić,  ale wiem, że w trudnych momentach powinnam być obok, pomóc, przytulić... Po prostu być, a czasami po prostu się nie da!
W ciągu ostatnich kilku dni często myślę o minusach mojej dobrowolnej emigracji. Jedyny brat mojego taty jest bardzo chory. We wtorek został przeniesiony do hospicjum. Rozmawiając z rodzicami,  słyszę w ich głosie zmęczenie,  bezsilność i uspokajanie - dajemy sobie radę, zajmuj się dziećmi, ale wiem, jak bardzo jestem im potrzebna.
To są te chwile, kiedy chciałabym być w Polsce.

Choroba postępuje w zastraszającym tempie. Codziennie z lękiem patrzę na telefon.
W niedzielę lecę do Polski, na całe trzy dni, by  spotkać się z wujkem , porozmawiać, spędzić czas. Mam nadzieję, że zdążę.

Nie pisałabym o tym , nie uzewnętrzniałabym się, gdyby nie to, że czuję potrzebę pokazania codzienności w Irlandii, na wyspie odciętej nieco od świata, bo nie można po prostu wsiąść w samochód i jechać do bliskich, gdy tego potrzebują.
Wiem, że  możecie powiedzieć - to wracaj kobieto, nie rozczulaj się, ale ja chyba nie chcę wracać!

środa, czerwca 25, 2014

Bez recepty. ("Szczęście pachnące wanilią" Magdalena Witkiewicz)

Moja najstarsza córka skończyła  gimnazjum w polskiej szkole, ma za soba Junior Cert, czyli tzw małą maturę w szkole irlandzkiej. Alicja kończy irlandzką podstawówkę, Gabi skończyła preschool, jest zapisana do szkoły polskiej i irlandzkiej - tyle zmian, poważnych zmian, a ja muszę jakoś to, jak mówi młodzież, ogarniać.
Emocje ostatnich dni były bardzo męczące. Dużo się działo, wiele łez wzruszenia popłynęło, dlatego też potrzebowałam lektury łatwej, przyjemnej, kojącej.
Długi czas, funkcję lektur, które pozwalały mi się odprężyć, pełniły książki Moniki Szwai. Teraz taką etykietą oznaczyłabym to, co pisze Magda Witkiewicz.
Sięgnęłam po jej najmłodsze dziecko - "Szczęście pachnące wanilią" - i po kilku stronach wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.

Chciałabym kiedyś trafić do takiej kawiarni, jaką stworzyła na kartkach swojej powieści pani Magda. Dzieci wysłać pod opiekę Natalii, zamówić kawę z mlekiem i pyszną babeczkę z truskawką, przysiąść się do Karoliny i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, gdzie jeszcze trzeba zdążyć, co zrobić, itd.
Natalia, Karolina, Adrianna, Magda, a także Milena, Zuzanna i Zofia Kruk to bohaterki tej książki. Trzeba je poznać - wzbudzają ogromną sympatię. W "Szczęściu.." występują głównie kobiety oraz dzieci. W Irlandii powiedziano by: so sweet, it's cute... Ale te kobiety muszą zmagać się z różnymi problemami, z trudnymi emocjami. I radzą sobie! Same lub wspólnie. Mężczyźni są, i owszem, ale są tylko tłem...
Takie książki jak ta mogłyby być sprzedawane w aptekach jako lek na chandrę, gorszy dzień. Lekko,  z humorem, optymistycznie o życzliwych ludziach, o pozytywnych obrotach sytuacji, o marzeniach - świetna książka!
Nie znajdziemy w niej skomplikowanej fabuły, egzystencjalnych dylematów, ale czasem potrzebujemy uciec od tego, co trudne i zawiłe,  i na takie właśnie ucieczki polecam "Szczęście pachnące wanilią"!



Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam o tym, jaką matką jest Milaczek, jak w roli siostry odnajduje się Bachor i oczywiście, co u pani Zofii.
Żałuję, że nie odważyłam się napisać do pani Magdy, gdy byłam w Gdańsku...Żałuję, że nie zaprosiłam na kawę, nie zapytałam o plany literackie i o to, czy Magda Kondracka i jej dzieci to alter ego jej rodziny...Może jeszcze kiedyś będzie okazja...

Wszystkie książki pani Magda kończy podziękowaniem i prośbą do czytelników o wyrażenie opinii. Skorzystałam z tej mozliwości, by podziękować i pogratulować.
Piszę o tym, bo ja też mam prośbę. W statystykach wejść na mojego bloga widzę coraz większą liczbę. Nie umiem wyrazić, jak bardzo mnie to cieszy - dziękuję. Od znajomych słyszę pochlebne opinie, ale marzy mi się, żebyście napisali w komentarzu, co myślicie o tym, co piszę.  Napiszcie proszę, co wam się podoba, a co nie.
Możemy się umówić, że osobie, której komentarz wybiorą moje córki, wyślę pocztówkę z Kinsale oraz kilka zakładek do książek. Co Wy na to?


Dziekuję za przepis na babeczki - z malinami też są pyszne.



piątek, czerwca 20, 2014

"Najważniejszy w tym wszystkim jest chyba jednak człowiek..." ("Drzewo sprawiedliwości" Monika Warneńska)

Kto korzysta z Kindla, wie, że nowo wprowadzone ebooki wyświetlają się na pierwszej stronie. Książkę "Drzewo sprawiedliwości" kupiłam już jakiś czas temu, wrzuciłam na czytnik i powinnam już dawno stracić ją głównego ekranu, ale uporczywie wracała na pierwszą stronę - dziwne... Tak jakby chciała być przeczytana...

Drzewo życia 

Książka Moniki Warneńskiej nie należy do najprostszych. Jej zasadniczą częścią są wspomnienia Anny - kobiety ciężko doświadczonej przez los.
Bohaterką jest kobieta, która straciła męża, dziecko, kolejnego męża, bliskich...
Kobieta, która w czasie wojny zaangażowała się w pomoc ludziom narażonym na niebezpieczeństwo. Świadomie nie piszę, że pomagała głównie Żydom, bo to, jakiego wyznania jest osoba potrzebująca,  nie miało większego znaczenia.
Kobieta, która przez kilka lat zastępowała matkę dziecku, żydowskiemu dziecku.
Kobieta, która po wojnie musiała to dziecko oddać.
Kobieta, która nie mogła wyrzec się miłości...
Kobieta, która za swoje poświęcenie została wyróżniona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, a w Jerozolimie, w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Washem mogła zasadzić drzewo - drzewo sprawiedliwości...


"Kto ratuje jedno życie - ratuje cały świat" - Talmud

Zasadniczą częścią tej książki są losy postaci fikcyjnej. Ważniejsza jednak jest prawda historyczna, w którą została wpisana fikcyjna Anna. Przecież wiadomo, że takich kobiet były dziesiątki, setki, tysiące... Odznaczenie otrzymało ponad 25 tysięcy osób, z czego ponad 6 tysięcy to Polacy.
A przecież nie o wszystkich Instytut wie, o wielu już się nie dowie...
Przecież nigdy nie bedziemy wiedzieć, ile było osób narażających swe życie dla innych...
Chociażby bezimienna Niemka, która pomogła mojemu dziadkowi uciec z gospodarstwa, do którego trafił w ramach przymusowych robót. 

Drzewa sprawiedliwości

Tematyka wojenna wraca do mnie niczym bumerang. Od kiedy jako mała dziewczynka usłyszałam od swojego dziadka o jego doswiadczeniach, nie przestaję drążyć tematu. Czytam, mimo że boli.  Łudzę się, że może po którejś książce spłynie na mnie zrozumienie...Nie, wiem, że to pycha;  może chociaż dotrze do mnie  rozmiar tragedii, jaką była wojna. I jak na razie zyskuje tylko tyle, ze odkrywam coraz więcej jej odcieni...
Takie historie poruszają mnie, wzruszają, wywołują wiele refleksji.
Wiem, że nie można przerwać rozmawiać o tamtych wydarzeniach. To nigdy nie bedzie zamknięty rozdział. Dobrze, że powstają kolejne książki poruszające ten temat (ostatnio choćby "To, co zostało" Jodi Picoult)

"Drzewo sprawiedliwości" to książka nie tylko o holokauście, tragedii i bólu. To też historia o przyjaźni, o byciu matką.  Na pewno o człowieczeństwie. O  tożsamości, o poszukiwaniu swoich korzeni. To też  historia  trudnych stosunków polsko-żydowskich.  
Czytając o powojennych losach uratowanej dziewczynki, zastanawiałam się,  na ile okoliczności w jakich wzrastamy determinują nasze wybory?  Na ile wpływa na nas otoczenie? 

Książka opisuje też podróże do Izraela. Chciałabym tam kiedyś jechać  - do Jerozolimy.  Przygotowując ten wpis, odbyłam wirtualną wycieczkę po Instytucie Yad Vashem. Odnalazłam sporo polskich śladów. 


Pomnik Janusza Korczaka


Ściana upamiętniająca Getto w Warszawie

Zdjęcia pochodzą ze strony Instytutu Yad Washem. 
Tytułowy cytat pochodzi z omawianej książki.

czwartek, czerwca 12, 2014

Tydzień w Polsce z pietnaściorgiem dzieci i siedemnastoma szwedzkimi kryminałami

Po bardzo skomplikowanej operacji logistycznej udało się zorganizować opiekę nad moimi dziećmi i mogłam jechać na tydzień do Polski. Bardzo się cieszyłam na ten wyjazd, bo czułam, że muszę nieco odpocząć od domowych obowiązków, nabrać nieco dystansu, odreagować.
Co prawda nie jechałam na prawdziwe wakacje tylko do pracy, bo jechałam jako opiekun na wycieczkę szkolną, ale cieszyłam się chyba bardziej niż uczniowie Szkolnego Punktu Konsultacyjnego w Cork.
Ostatnio w Polsce byłam w zeszłym roku w maju. Do kraju jeżdżę bardzo rzadko, męczy mnie atmosfera małego miasta z jakiego pochodzę - wszyscy wszystkich znają, wszystko wiedzą, każdy potrafi tylko krytykować i oceniać. Tym razem jednak nie jechałam na Kurpie, tylko na Pomorze.
 To była dla mnie bardzo sentymentalna podróż - wiekszość tych miejsc odwiedziłam jako nastolatka na szkolnych wycieczkach lub koloniach.





Zawsze mam ze sobą mojego Kindla. Od razu w samolocie zaczęłam przeglądać, co mam na czytniku, ale co chwile zagadywało mnie któreś z dzieci, więc stwierdziłam, że muszę wybrać coś bardzo lekkiego lub krótkiego. Mój wybór padł na antologię szwedzkich kryminałów -  na "Ciemną stronę", na zbiór siedemnastu opowiadań pisarzy mniej lub bardziej znanych.
Podobał mi się klimat tych opowiadań, ich mroczność i tajemniczość; nie wiem jak to zabrzmi, ale podobała mi się ich szwedzkość - nazwy miejscowości, nazwiska bohaterów, szwedzkie zwyczaje, święta, przyroda, pogoda...

Te opowiadania najbardziej jednak będą kojarzyły mi się z miejscami, w których je czytałam.
Kilka pierwszych przeczytałam w samolocie. Opowiadanie "Spotkanie po latach" zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Bardzo niejednoznaczna, tajemnicza historia o pewnym spotkaniu po latach; o strachu i poczuciu winy...
Polska przywitała nas słoncem. W drodze do Malborka nie mogłam nacieszyć oczu polskimi krajobrazami  - chabry i maki w zbożu, brzozy, wierzby.... Dzieci najbardziej ucieszył widok Biedronek... Zamek w Malborku zwiedzałam już czwarty czy piąty raz, ale wcale się nie nudziłam. Za każdym razem odkrywam coś nowego.  Wieczorem byliśmy na spektaklu "Światło i dźwięk". Oczekując na początek przedstawienia, przypomnieliśmy sobie za czym w Irlandii na pewno nie tęsknimy - za chamstwem, bezczelnością, wulgarnością... Szkoda słów na opisywanie sytuacji... Widowisko bardzo mnie rozczarowało. Widziałam je kilkanaście lat temu i przez te wszystkie lata pozostawało w mojej świadomości. Teraz, sama nie wiem, co myśleć, bo albo tamte widowisko w mojej wyobraźni bardzo urosło albo jego aktualny poziom bardzo spadł.
 Pierwszy nocleg -  w schronisku młodzieżowym. Nasi podopieczni wcale nie byli zmęczeni i nie chcieli kłaść się do łóżek. Aby nie myśleć o tym, jak zasypiają moje dzieci beze mnie, zatopiłam się w czytaniu. Opowiadanie "Ostatnie lato Paula" Evy Gabrielsson (partnerki Stiega Larssona) to pozornie zwyczajna historia o pewnym starszym panu. Jednak w rzeczywistości to smutna historia o chciwości.
Dzien drugi -Wdzydze Kiszewskie. Piękny skansen, lekcja języka kaszubskiego. Wspaniały pensjonat, pyszne jedzenie. Z wieży widokowej widać lasy, jeziora. Po jednym z nich nawet pływaliśmy rowerkami wodnymi przypominającymi garbuski. Po jeziorze echem rozchodził się śmiech i pisk naszych uczennic. Chwilę po powrocie do pensjonatu - cisza, staram się nie myśleć, że jest Dzień Dziecka, a ja z dala od moich skarbów... Czytałam w pełnym słońcu na ławce przed pensjonatem opowiadanie Stiega Larssona "Supermózg" - zupełnie inne niż Millenium. To futurystyczna historia o przeszczepie mózgu. Niesamowita!
A wieczorem ognisko i zachód słonca nad jeziorem...


Kolejne opowiadanie czytałam w  Lęborku na deser po pysznym lodowym deserze, gdy dzieci miały czas wolny. "I w nasz ciemny dom..." Inger Frimansson - nawiązuje do szwedzkej tradycji obchodów Dnia Świętej Łucji. To przejmujaca historia o zemście.
Kolejnym miejscem postoju był Sarbsk i fokarium. Zabawne foczki na pewno podobałyby się moim dzieciom. Pięknie rozbudowany park rozrywki - dużo do oglądania, na czytanie czasu brak...

Łeba -  domki dla wczasowiczów. Chłodno.  Byłam zmęczona, jakaś przygnębiona - wieczorny spacer na plażę wywołał lawinę wpomnien... Wieczorem, czekając aż dzieci zasną, czytałam opowiadanie Ake Edwardson "Nigdy w rzeczywistości". Chyba najlepsze w zbiorze. Znów o zemście, z tym że z zupełnie innej perspektywy - bardzo ciekawe, intrygujące, przejmujące ujęcie tematu.
 Kolejny dzien przywitał nas mżawką. Pomimo niesprzyjającej pogody ruszyliśmy na wydmy. Szliśmy ponad 14 km po plaży. Ile myśli przychodzi do głowy, gdy widzi się tylko morze i piasek... Dzieci marudziły, że daleko, że nudno, że wszystko je boli, a dla mnie to była wspaniała wyprawa.
Gdybym kiedyś potrzebowała wyciszenia, to tu mogłabym zostać na dłużej - wśród wydm, słuchając szumu morza. Uwielbiam spędzać czas nad oceanem, ale on inaczej szumi...



I kolejne miasto, kolejny pensjonat -  w Jastrzębiej Górze. Tu okazało się, że wśród naszych uczniów mamy parę zakochanych. Pierwsze uczucie trzynastolatków, obserwowanie pierwszych spojrzeń, pierwszej randki - niby urocze, a jednocześnie jakieś takie zbyt śmiałe, zbyt wulgarne...
Wspominałyśmy z koleżanką swoje pierwsze randki i jednocześnie rozmawiałyśmy o naszych córkach - też trzynastolatkach - czy one zachowują się podobnie, jak rodzice nie patrzą?
W związku z tym, że nocną porą  trzeba było uważniej czuwać, można było znów poczytać. "Sanie pocztowe" Asy Larsson to swoista podróż w przeszłość. Czytać  w czerwcu o śniegu, mrocznych zagadkach - niesamowite.
Piąty dzien - spływ kajakiem - okazało się, że nie wszystkie dzieci radzą sobie w trudnych sytuacjach. Byłam bardzo zmęczona i mokra, ale widok plaży w Dąbkach zrekompensował cały wysiłek i stres.
 Po południu - wyprawa na Półwysep Helski. Chałupy przywitały nas ulewnym deszczem. Na Helu, gdy dzieci szukały pamiątek,   pozwoliłysmy sobie z koleżanką na chwilę relaksu - zjadłyśmy przepyszne gofry z owocami - nigdzie przecież tak dobrze nie smakują jak nad polskim morzem.
Ostatnim etapem podróży było Trójmiasto. W drodze do Gdańska  szukałam za oknem autobusu krajobrazów podobnych do tych na Kurpiach. W Irlandii nie odczuwam takiej tęsknoty, jaką poczułam właśnie na tej wycieczce.
Gdansk piękny i dostojny - jak zwykle. Płynąc na Westerplatte, patrzyłam, jak wiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty w tym mieście.
Po kolacji wybraliśmy się na spacer po starym mieście. Znalazłam antykwariat, który był otwarty pomimo późnej godziny. Od  razu tam weszłam, za mną kilka dziewczynek. Cudowne uczucie - poczuć zapach starych książek. Zapominając o bożym świecie, przesuwałam palcem po grzbietach starych woluminów, patrzyłam  na piękne, stare albumy... Mój wzrok padł na książkę Wojciecha Szczawinskiego i Anny Dymnej "Warto mimo wszystko". Książka przyjechała ze mną do Irlandii.
Następnego dnia w Gdyni, po spacerze po Skwerze Kościuszki i wizycie w oceanarium zamówiłyśmy  z koleżanką największą latte jaką tylko mieli - zanurzyłyśmy się  w swoich myślach; każda z nas była przy swoich dzieciach;  odliczałyśmy czas do powrotu. Cudowna chwila oczekiwania aż dzieci kupią kolejne pamiątki - mają niesamowity dar wyszukiwania tych  najbardziej  chińskich...
I na koniec Sopot - molo po remoncie, piekne rozbudowane - robi wrażenie. Kilka chwil z czytnikiem na jednej z ławeczek.


Plaża - nasze dzieci wskakują do Bałtyku -  krzyczą, piszczą, ganiają się, a ja przegladam polską prasę, cieszę się słoncem, widokiem morza.
Znalazłam Empik - pierwszy w tym tygodniu. Wow, ilez ja bym kupiła, ile bym chciała, ale miejsc na półce w moim irlandzkim domu coraz mniej; ale jak to przewieźć, gdy w bagażu mogę mieć tylko 10 kg?! Nie oparłam się nowej książce Ałbeny Grabowskiej-Grzyb, zwłaszcza, że nie widziałam wersji elektronicznej...
Kolacja u Franciszkanów - podali moje ulubione pierogi...Szkoda, że w domu nikt mi takich nie chce zrobić..
Ostatni wieczór w Polsce. Dzieci jakieś smętne, płaczą, tulą się...Boimy się, by nie  żegnały się zbyt czule... Czuwamy...W telewizji oglądamy koncert opolski - premiery i debiuty. Gdy koncert się skonczył, a dzieci dalej nie spały,  przeczytałam opowiadanie "Multimilioner" Maj Sjowall i Pera Wahloo o wielkich pieniądzach i wielkich emocjach.
Wstaliśmy wcześnie rano, by wyruszyć na lotnisko - także bardzo rozbudowane i odmienione. Po odprawie, gdy waga bagażu przestaje być istotna, kupiłam kilka polskich czasopism, miedzy innymi ulubioną "Panią".

A w samolocie - przez  chwilę czytałam, ale ... zasnęłam  na siedząco..
Chciałam odpocząć od swoich dzieci -  wzięłam pod opiekę piętnaścioro obcych. Chciałam się odstresować i odreagować  - musiałam się martwić i nieustannie czuwać. Wróciłam jeszcze bardziej zmęczona, ale i zadowolona. Bo..
Na lotnisku czekał na mnie mąż i dzieci. Ich  twarze były aż rozpalone z emocji, bo mama wróciła - najcenniejsze wrażenie z wycieczki!
Są emocje, na które się czeka. Są rozstania, które są potrzebne...

A "Ciemna strona"?- doczytana w Irlandii. Ciekawa, bogata antologia, którą powinno się czytać od konca - od eseju J.H. Holmberga "Sukces szwedzkich kryminałów" i notek biograficznych autorów opowiadan. Podobała mi się różnorodność tego zbioru -  mordercy i ofiary, policjanci i oszuści, przestępcy róznego typu i dzieci... Zbrodnia, tajemnica, suspens -wszystko to w tej antologii.
Moja ocena 5/6

p.s. "Lot nisko nad ziemią"  jest w ebooku...

piątek, maja 30, 2014

Lady Małgorzata niczym lady Makbet ("Lady M" Ałbena Grabowska)


"Lady M" - pierwsza książka Ałbeny Grabowskiej, którą miałam przyjemność przeczytać i już na wstępie mogę powiedzieć, że na pewno nie ostatnia. 





Początek mnie nie zachęcił - dialogi jakieś drętwe, nienaturalne. Małgorzata - nauczycielka - uczestniczy w radzie pedagogicznej. Potem z koleżanką rozmawia o nowym dyrektorze. Przypomniałam sobie posiedzenia, w których uczestniczyłam i obraz z moich wspomnien nijak nie pasował do opisywanych scen i dialogów. Ale to wrażenie bardzo szybko zniknęło. 

Wraz z początkiem drugiego rozdziału okazało się, że to nie będzie prosta historia o zwyczajnym życiu. W drugim rozdziale zmienia się czas akcji, zmienia punkt widzenia - bohaterem staje się mąż Małgorzaty - Krzysztof. Rozmawia z panią psycholog, analizuje to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku. A wydarzyło się niemało... 
Ta dwoistość historii wciągnęła mnie bez reszty. I właśnie to stanowi największą wartość tej książki - napięcie, które towarzyszyło mi do ostatniej strony; do ostatniego akapitu, który dosłownie mnie zszokował.
O czym jest ta książka? O pewnym małżenstwie, w którym coś się popsuło. A tak naprawdę od początku coś nie grało. U podstaw tego związku leży żal. Małgorzata nie może pogodzić się z faktem, że jej mąż wybrał pracę na uczelni zamiast praktyki lekarskiej. Jego wybór był jej porażką. Nie posłuchał jej argumentów... 
"Ideałem byłoby, żeby był jej wdzięczny, wreszcie zechciał przyznać, że ona ma zasadniczy wpływ na jego życie. Zresztą nieważne. Kiedy już będzie po wszystkim, zaczną żyć spokojnie i odcinać kupony od sukcesu. Od jego sukcesu."
Krzysztofowi nie zależy na sukcesie. Ma dom, żonę, dwóch synów, swoją ukochaną uczelnię - najchętniej niczego by nie zmieniał. Nieświadomie (?) przez długie lata zajmuje miejsce wskazane mu przez żonę. Niezbyt dobrze czuje się w roli wyznaczonej mu przez małżonkę,  ale zdaje sobie z tego sprawę dopiero w momencie, gdy pojawia się Diana. Idealnie zbudowany układ zostaje zaburzony. Pojawiają się kłamstwa, niedomówienia, kłótnie. 

Słowem- kluczem tej książki jest słowo krew. Pojawia się wielokrotnie i w różnych kontekstach. Mam wrażenie, że główną bohaterkę najlepiej scharakteryzować używając tego słowa:
Małgorzacie weszło w krew kontrolowanie męża,  motywowanie go - ona nazywała to wspieraniem. 
Krew w niej zagrała, gdy utraciła kontrolę nad mężem. 
Ona miała we krwi tyle ambicji, tyle chorej ambicji, że doprowadziła do tragedii. 
Krew się w niej zagotowała, gdy dowiedziała się, że mąż ma kochankę.
Ona miała krew na rękach! 
Wystarczy?

Jeszcze żadnej opinii nie pisałam tak długo. 
Książka Ałbeny Grabowskiej jest wyrazista, mocna, mroczna. Główna bohaterka - zimna i toksyczna. Historia bardzo smutna, a jednocześnie wciągająca. Historia femme fatale.  Nawiązując do tytułu, historia współczesnej Lady Makbet -  niebywale silnej, bezkompromisowej, zawsze stawiającej na swoim - aż chce się napisać - idącej do celu po trupach...
Ileż to już razy pisano o ambicji, zazdrości, o skomplikowanej ludzkiej psychice? Ałbena Grabowska w niebanalny sposób robi to po raz kolejny. Autorka pokazuje do czego może doprowadzić dążenie do celu wbrew wszystkiemu i wszystkim. Bolesna to lekcja, jednakże poprowadzona niezwykle sprawnie, mądrze, bez ckliwości i pustych pouczeń. 


Edit 27.01.2016r.
"Lady M" przez długi czas była dostępna tylko w ebooku, w dziwnym mało znanym wydawnictwie. Nie miała praktycznie żadnej reklamy, ale jakoś do niej dotarłam. Historia Małgorzaty się obroniła. I doczekała swojej prawdziwej premiery. To naprawdę świetna powieść, więc szczerze polecam!
Od maja 2014 roku wiele się zmieniło. Poznałam inne powieści tej autorki. Poznałam też ją osobiście. Jestem zakochana w stylu Ałbeny - uwielbiam jej sposób budowania literackich obrazów. Cierpliwie czekam na kolejne historie. Na nie warto czekać.

poniedziałek, maja 26, 2014

Mamą być

     Kiedyś ktoś mi powiedział, że przede wszystkim jestem matką, potem żoną, a dopiero potem kobietą. Ten wniosek wysnuł znajomy, który obserwował mnie na jednej z imprez, na której byłam z dziećmi. Wtedy te słowa sprawiły mi przyjemność, poczułam się dumną matką. Dziś zastanawiam się, czy te zdanie naprawdę do mnie pasuje.
Potrzeby moich najbliższych były,są i będą dla mnie najważniejsze. Moim największym marzeniem jest ich szczęście, ich zdrowie, ich pomyślność - swoje marzenia i plany odsuwam na dalszy plan. Nie - poprawka - odsuwałam.

Od jakiegoś czasu zdarza mi się zawalczyć o siebie. Pozwalam sobie na myślenie o własnym rozwoju, o spełnianiu swoich zachcianek... Pokazuję  dzieciom, że ich mama to nie tylko kura domowa,  to kobieta, która ma jakiś pomysł  na życie. Uważam, że dzieci więcej skorzystają, gdy pokażę im, że nie jestem na każde zawołanie. Gdy sprowokuję sytuacje, gdy będą musiały wykazać się samodzielnością i zaradnością. Zaczęłam swoją przygodę z blogowaniem. Na samym początku trudno było mi znaleźć czas w ciągu dnia, by włączyć komputer - coś poczytać czy napisać. Ale dość szybko maluchy zrozumiały, że mama pracuje i nie wolno przeszkadzać. Oczywiście staram się mieć je wtedy na oku  - ich zabawki są w pobliżu mojego biurka... Ale - teoretycznie - to mój czas.



Trudno jest być mamą czwórki  dzieci. Trudno jest być jednocześnie mamą nastolatek i małych szkrabów. Trudno znaleźć złoty środek. Jeszcze trudniej wpisać własne potrzeby między potrzeby dzieci, męża, czy też domowe obowiązki, ale przy odrobinie wysiłku - udaje się. Powinnam być bardziej zmęczona, bo wzięłam więcej na siebie, dodałam sobie pracy, ale jest inaczej. Realizacja marzen odstresowuje mnie.
Jak już pisałam, swoją pasję do czytania realizuję zawsze kosztem czegoś. A to zaniedbuję sprzątanie, a to na obiad wymyślam tylko szybką i prostą zapiekankę, a to pozwolę dzieciom obejrzeć  jakąś kreskówkę, by doczytać ciekawy rozdział. Jednak stwierdziłam, że muszę, by zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Myślę, że stwierdzę oczywistość pisząc, że im szczęśliwsza mama, tym szczęśliwsze dzieci..
I chyba to samo mogę podpowiedzieć każdej mamie - znajdźcie czas dla siebie drogie Panie!


Droga Mamo, dziękuję Ci, że pokazałaś mi jak byś silną. 


czwartek, maja 22, 2014

O kobietach i Łazarzu ("Kobiety Łazarza" Marina Stepnova)


Prawdziwa wiosna - a w Irlandii to już nawet lato. Pieknie, kolorowo, kwiecie pachnie.... Chciałoby się jak najwięcej czasu spędzać na świeżym powietrzu. Najlepiej na leżaku z książką w ręku, w chłodnym sokiem tuż obok... Jednak, gdy pogoda jest bardziej kapryśna niż dzieci, nie można sobie zaplanować lenienia się. Łapiemy z dziećmi każdy pogodny dzień - trzeba w końcu iść na spacer, odwiedzić plac zabaw, wyszuszyć pranie, zająć się kwiatami przed domem...

W tak zwanym między czasie - jak zwykle - czytałam książkę, która wprowadziła mnie w stan dziwnej zadumy -"Kobiety Łazarza" Mariny Stepnovej. Nie umiem powiedzieć, czy ta książka mi się podobała, bo trudno tak wypowiedzieć się o historii bólu, smutku, głodu. Lecz pomimo, że nie dotyczyła prostych kwestii, nie mogłam się od niej oderwać.



Nie wiem, czy można nazwać tę książkę sagą - na pewno to poważna epicka historia, wywołująca wiele wzruszeń. Chronologia jest dziwnie zaburzona, wplecionych zostało mnóstwo dygresji, retrospekcji, zawiera sporo opisów, ale te zabiegi nie były męczące - wprost przeciwnie - bardzo podobał mi się taki sposób przekazu - niejednoznaczny, bogaty... Jednocześnie muszę dodać, że książkę czytało się lekko - dzięki pięknemu językowi, płynnemu, przemyślanemu.

Główni bohaterowie mieszkają w Rosji. I chyba tylko tam mogli mieszkać tacy bohaterowie.
Tytułowy Łazarz Josifowicz Lindt to "laureat, członek i doktor honoris causa wszystkiego, czego tylko było można"; to bardzo frapująca postać - człowiek znikąd, genialny naukowiec - którego "ojczyzna, rzecz jasna, bardzo szybko przysposobiła do celów wojennych, jak przysposabiała do nich wszystko, co uważała za choć odrobinę użyteczne. Lindt nie protestował: jaka różnica, do czego w rezultacie wykorzystywano wyniki jego badań - do wzmocnienia obronności kraju czy do powiększenia udoju? Nie był to brak krytycyzmu, nie była to duchowa ślepota, lecz gruntowna i świadoma kalkulacja"
"Najmłodszy profesor, namłodszy autor najgłośniejszej monografii, najpłodniejszy badacz, który zgromadził wokół siebie najwęższą grupkę najbardziej zuchwałych młodzieńców." Niesamowita, nieszablonowa postać!

Tytuł książki sugeruje, że to  nie Łazarz jest głównym bohaterem, lecz kobiety.

Pierwszą ważną kobietą dla Lindta była Maria  Nikiticzna Czałdanowa - Marusia. To ona przyjęła go do swego domu, nie patrząc na to jak wygladał, nie pytając kim jest. To ona pokochała go jak dziecko, o którym całe życie marzyła. To ją pokochał od pierwszego wejrzenia pomimo tego, że była mężatką, że była o wiele starsza. A ona? Ona po prostu była szczęśliwa. "To znaczy, zawsze, przez całe życie, nawet w najstraszniejszych czasach, była szczęśliwa, bo los zechciał, że taka się urodziła. Być szczęsliwą oznaczało dla niejzawsze - kochać, lecz dopiero w wieku siedemdziesięciu trzech lat, podczas ewakuacji, podczas wojny, wreszcie zrozumiała, że kochać to nie znaczy czynić swoją własnością. Kochać można i obcych, to znaczy - właśnie obcych kochać trzeba, bo tylko w ten sposób stają się swoimi"... Marusia to chyba jedyna jasna postać w tej książce - aż chciałoby się powiedzieć promienna postać. Jej zdjęcie Łazarz trzymał na biurku aż do śmierci.

I o to, kim jest  kobieta na zdjęciu,  przez ponad dwadzieścia lat nie zapytała żona Lindta. Druga z ważnych w jego życiu kobiet. Galina Pietrowna Lindt "nie cierpiała Lindta, tak,  jak niektórzy nie cierpią węży, karaluchów czy nawet zupełnie niewinnych rezcy takich jak gołe, półprzytomne pisklęta wysuwające z gniazda skrzeczące, zionące gardziele. Była to czystej wody lindtofobia". Pani profesorowa, wielka dama, zimna kobieta, którą życie na progu dorosłości bardzo rozczarowało. To jej postać sprawiała, że odwracałam wzrok od ekranu Kindla w niemym sprzeciwie; by nie zapomnieć , że nie ma ludzi z natury złych - sa tylko źle pokierowane ludzkie namiętności...

I wreszcie  Lidoczka - wnuczka Łazarza i Galiny. To ona jest bohaterką pierwszych stron - jej ból i  jej strata  są jakby pretekstem dla całej opowieści. Bardzo wrażliwa dziewczyna, utalentowana baletnica, marząca o domu z piękną kuchnią, o rodzinie. Jednak "bała się przyznać sama przed sobą, że dzieci i wnuki, o których tak bardzo i z detalami marzyła, w rzeczywistości zupełnie nie mają obowiązku odwzajemnienia miłości. Śmieszne, okrągłe maluchy bawiące się na placyku nie stanowiły zabezpieczenia ani przed samotną starością ani prze śmiercią. Nie były funduszem emerytalnym, nie były wieloletnią, wciąż powiększaną inwestycją z dobrym oprocentowaniem. Były po prostu dziećmi - samymi przez się, do niczego niesłużącymi"... Smutne, prawda? Do bólu prawdziwe...

 To też o Lidoczce...


Jestem oszołomiona tą historią, złożonością postaci, obrazem Rosji.

Czasem trafiają się takie książki, które budzą w czytelniku emocje, o których on wcześniej nie miał pojęcia. Fikcyjne historie poruszają bardziej niż losy najbliższych.
"Kobiety Łazarza" to smutna historia, ale z optymistycznym zakończeniem. Pokazała mi, że ludzkie życie to swoista walka. Nic nie jest nam dane raz na zawsze - trzeba walczyć o szczęście, marzenia, powodzenie, a przede wszystkim o miłość. No,  może nie walczyć, ale  dbać, by nie zagubić się w podążaniu przed siebie, aby nie tracić czujności, strzec człowieczeństwa; by doceniać chwile,  gdy wszyscy kochani ludzie są razem przy stole.
 Niby to takie banalne, niby wszyscy o tym wiedzą, ale jak często o tym myślimy?
Dobrze, że sa takie książki, które prowokują do takich przemyśleń.


Marina Stepnova 
(czekam na kolejne książki)


Wszystkie cytaty, przed których przytoczeniem nie mogłam się oprzeć, pochodzą z omawianej książki.

wtorek, maja 13, 2014

A niech to Licho... sprzątnie, czyli o "Dożywociu" słów kilka



Gdy zaczynałam pisać swojego bloga, myślałam, że będzie to bardzo proste - usiąść raz na jakiś czas przy komputerze, coś napisać, opublikować i już! Jak bardzo się myliłam i jak byłam naiwna pokazały pierwsze tygodnie. Ile pracy wymaga tak zwana strona techniczna, to chyba wciąż do mnie nie dociera. A o promocji swoich wpisów to nawet nie wspomnę - ale to akurat mniej istotne... Na razie ważne dla mnie jest, by znaleźć czas na czytanie i blogowanie bez zaniedbywania obowiązków domowych. Cieszę się, że to co piszę,  podoba się moim znajomym, zaglądają, komentują (szkoda, że nie na blogu;)). Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że moje córki czasem zaglądają - pochwalą, a ostatnio nawet chętniej zajmują się młodszym rodzeństwem, żeby mama mogła coś przeczytać lub napisać.

Początkująca blogerka często zagląda na blogi bardziej doświadczonych - dłużej obracających się w tzw. blogosferze (patrz na marginesie Z przyjemnością zaglądam). Prawie wszyscy poznali już twórczość Marty Kisiel, prawie wszyscy zachwycają się jej książkami, więc stwierdziłam, że muszę wyrobić sobie własną opinię.



Przeczytałam "Dożywocie"i już wiem, że chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.

Pierwsza myśl, która pojawiła się już po kilku stronach lektury -
 ta książka mogłaby być szkolną lekturą!

 Zamiast książek sprzed stuleci ("Zemsty", "Skąpca" czy "Świętoszka") można by zaserwować gimnazjalistom współczesną powieść, w której występuje komizm w najczystszej postaci i we wszystkch odmianach. Czytając, często uśmiechałam się pod nosem, czasem śmiałam się w głos aż  mąż pytał, co mi jest. Czytałam mu co ciekawsze fragmenty na głos i  razem się śmialiśmy. Tej książki raczej nie należy czytać w miejscach publicznych...:)
Gdybym mogła polecić tę  książkę uczniom - na pewno zorganizowałabym konkurs na wyszukiwanie nawiązań. Sama z przyjemnością przypominałam sobie klimat romantyzmu, bo  z Mickiewicza czy Byrona autorka czerpie pełnymi garściami. Z łatwością można odnaleźć też coś z Sienkiewicza, Leśmiana czy Konopnickiej. Wielbiciele twórczości Joanny Chmielewskiej też będą zadowoleni. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to ślepe kopiowanie dokonań mistrzów literatury - skojarzenia są niebanalne, zaskakujące okraszone współczesnymi epitetami. 
Uczniowie zawsze nudzą się podczas charakteryzowania bohaterów - myślę, że tu tego problemu by nie było. Główny bohater - dożywotnik Konrad ( od razu w klasie wybuchłaby dyskusja -  kto to jest...) wyprowadza się z miasta, by zamieszkać w starym domu gdzieś pośrodku niczego. Bardzo szybko przekonuje się, że nie będzie mieszkał sam. Opisywania lokatorów Lichotki to materiał na niejedną lekcje. Pomimo, że nie przepadam za fantastyką, to bohaterowie "Dożywocia" mogliby nawet zamieszkać u mnie w domu. Chętnie przygarnęłabym uwielbiające sprzątać Licho, a  za takiego Krakersa w piwnicy, który by mnie wyręczył w kuchni, oddałabym wszystkie oszczędności.  Różowego Rudolfa vel Rudolfę Valentino pokochałaby moja Gabrysia. Ciekawe, kto spodobałby się uczniom? 
Kolejna lekcja na pewno byłaby poświęcona sprawności językowej Marty Kisiel. 
 Każde zdanie, a nawet powiem więcej,  każde słowo jest dobrze przemyślane. Ostatnio zachwycałam się językiem Jacka Dehnela - jego język jest erudycyjny, wyszukany.  Język, jakim posługuje się Marta Kisiel, jest bogaty w niespotykane na co dzień wyrażenia, nie są to jednak zwroty niezrozumiałe - wprost przeciwnie! Bardzo często autorka korzysta z języka potocznego i codzienne słowa wplata z łatwością w wypowiedź stylizowaną na romantyczną. Fenomenem jest dla mnie forma czasowników w rodzaju nijakim: urosłoś, płakałoś, smuciłoś się...
Mała próbka:
 "..jesteś naszym dożywotnim opiekunem. Męczenie ciebie, nie tylko dniami, ale i nocami, żebyś nie sparciał do reszty i zachował żywość ciała i umysłu, to nasz moralny obowiązek."

Jednak, żeby nie było za słodko, muszę wspomnieć o minusach.
Język oczywiście bardzo sprawny, dowcip cięty, postaci niezwykle charakterystyczne, ale jak dla mnie było tego trochę za dużo. Gdy nawiązań, skojarzeń, językowych dowcipów jest tak dużo, to wręcz niemożliwym jest zauważenie wszystkich, wychwycenie niuansów... Pomimo, że czytanie zajęło mi kilka wieczorów, to i tak nie byłam w stanie wszystkiego zauważyć i należycie docenić.
Drugi minus, czy też minusik - fabuła. Książkę można by streścić w kilku zdaniach - odziedziczył, zamieszkał, denerwował się i pisał, pisał i oswajał się,... To taki subiektywny minusik, bo ja lubię, gdy coś się dzieje... Tu dużo działo się w sferze językowej, więc w sumie jestem ukontentowana:)
I ostatni minusik, jeszcze bardziej subiektywny - czasami było aż nazbyt niedorzecznie, aż nazbyt fantastycznie...



Reasumując - ocena bardzo dobra - alleluja! - 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań:
Polacy nie gęsi oraz Z półki

wtorek, maja 06, 2014

Marsha Mehran 1977-2014



"Urodzona w Iranie powieściopisarka Marsha Mehran została znaleziona martwa w swoim domu w nadmorskiej wiosce Lecanvey w Irlandii. Miała 36 lat.

Pisarka urodziła się w Teheranie w 1977 roku, ale dwa lata później w czasie rewolucji irańskiej wraz z rodziną uciekła do Argentyny. Potem mieszkała w Stanach Zjednoczonych, w Australii, gdzie nadal mieszka jej ojciec, aż w końcu osiedliła się w zachodniej Irlandii. Sławę przyniosła jej debiutancka powieść „Zupa z granatów”, która została przetłumaczona na 15 języków i wydana w ponad 20 krajach. W Polsce książka ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B., podobnie jak druga powieść pisarki, „Woda różana i chleb na sodzie”." 

Bardzo to niezdrowa motywacja, by napisać recenzję, słysząc o śmierci autorki, ale poruszyła mnie wiadomość zasłyszana w lokalnym radiu, a także  potwierdzona przez portal Booklips (z którego pochodzi powyższy cytat).
Twórczość Marshy Mehran znam z czasopisma Bluszcz, które uwielbiałam. Wtedy mój mąż mieszkał już w Irlandii, a ja tę Zieloną Wyspę poznawałam z  jej perspektywy, z jej opowiadań. Gdy ukazała się książka "Zupa z granatów" - z wielką przyjemnością po nią sięgnęłam. Razem wyjechałyśmy do Irlandii... Nieco póżniej dołączyła do nas także druga powieść Marshy.

Piekne książki - o trzech siostrach pochodzących z Iranu, które w małym miasteczku na zachodnim wybrzeżu Irlandii znalazły swoje miejsce. Musiały pokonać szereg rozmaitych trudności, by móc uznać Ballinacroagh za dom. Musiały zostawić za sobą ojczyznę, rodzinę, znajomych. W Irlandii na początku były same, miały tylko siebie i pasję. Otworzyły Cafe Babilon - restaurację niemalże magiczną. Kusiły mieszkańców miasteczka tradycyjnymi perskimi potrawami i rozmaitymi smakołykami, które roztaczały wspaniałe aromaty kardamonu, cynamonu, szafranu...Do każdgo posiłku podawały  jaśminową herbatę zaparzoną w starym samowarze.  Początkowo  mieszkańcy nie akceptowali sióstr Aminpour, ich obcość budziła  nieufność, a egzotyczne zapachy i smaki kojarzyły  się z pokusami niemalże diabelskimi, jednak - jak można się domyśleć - dość szybko uległo to zmianie.
"Woda różana i chleb na sodzie" - druga z książek o siostrach Aminpour. Pokazuje ich dalsze losy i perypetie. Muszę przyznać, że odrobinę mniej mi się podobała. Wprowadza nowych bohaterów, przede wszystkich Estelle - starszą panią, z którą związana jest bardzo wzruszająca miłosna historia. Wprowadza elementy celtyckiej mitologii. Ale w tych książkach to nie fabuła była najważniejsza, nawet nie bohaterowie, ale nastrój... Niesamowity! Taki irlandzko-irański...



Do dziś patrzę na te książki z ogromnym sentymentem - one uczyły mnie Irlandii, one przedstawiły mi Irlandczyków. W tych książkach odnajdywałam swoje uczucia i przemyślenia.
To piękne i mądre książki - o szukaniu swojego miejsca, szukaniu spokoju i miłości, szukaniu zrozumienia i akceptacji, szukaniu samego siebie.
To piękne i magiczne książki - o tolerancji, szacunku, dobroci. Książki aromatyczne, smakowite... To książki pełne przepisów.



Dziś irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę i wspominam swoje wrażenia
 z literackich spotkań z Marshą Mehran. 
Jej książki zostają ze mną 

sobota, maja 03, 2014

"Wielkie nadzieje" na Pacyfiku, a także nad Atlantykiem ("Pan Pip" Lloyd Jones)


"Chciałabym jednak, żebyście wiedzieli jedno. Historie mają do wykonania określoną robotę. Nie mogą leżeć bezczynnie, jak leniwe psy. Muszą Was czegoś nauczyć."


Czego nauczyła mnie ta historia? Czego nauczyły mnie wspomnienia młodej kobiety piszącej pracę doktorską o sierotach w literaturze Karola Dickensa? Czemuż ta kobieta zarzuciła pracę nad doktoratem i zajęła się opisywaniem przeżyć z dzieciństwa? 
Matylda - bohaterka i narratorka - wraca pamięcią do czasu, gdy miała 13 lat, gdy mieszkała wraz z matką na jednej z Wysp  Salomona. Wspomina swój dom, rówieśników, sąsiadów, swoją szkołę i pana Wattsa - ostatniego białego człowieka w ich wiosce (reszta uciekła z obawy przed wojną). Człowiek ten podejmuje się roli nauczyciela, a ponieważ nie ma żadnych kwalifikacji, po prostu czyta dzieciom swoją ulubioną książkę - "Wielkie nadzieje" Karola Dickensa.


                                  

I tu mogę odpowiedzieć na jedno z powyższych pytań - ta piękna historia, zdawałoby się bardzo egzotyczna - pokazała mi przede wszystkim jak wielką moc ma literatura, albo szerzej - jak wielką moc mają słowa. Ta książka to wielka pochwała czytania; to opowieść o tym, jak świat fikcji miesza się ze światem realnym, jak świat fikcji kształtuje realny świat; że jeden bez drugiego nie może istnieć. 
To także apoteoza mocy opowieści, która skupia ludzi, wycisza, sprawia, że zapomina się o wszystkim...

O czym jeszcze jest ta historia? 
O tym, jak mieszka się na wyspie pozbawionej prądu, dostaw żywności, lekarstw, komunikacji z cywilizacją; jak żyje się w ciągłym strachu - realia te poznajemy z perspektywy trzynastolatki. Lęk przez rebeliantami czy żołnierzami pozwala pokonać oczekiwanie na spotkanie z panem Pipem, czyli bohaterem "Wielkich nadziei". Matylda w literackim bohaterze odnajduje przyjaciela. Zauważa wiele podobieństw między swoimi przeżyciami a  losem bohatera dziewiętnastowiecznej powieści. 
Po raz kolejny zauważyłam, że historie przeczytane przed wielu laty żyją w naszej pamięci, ale żyją swoim życiem - bardzo wiele z nich ucieka...  "Wielkie nadzieje" czytałam jeszcze na studiach, pamiętam, że zrobiły na mnie duże wrażenie, ale teraz bardzo chciałabym do nich wrócić, by odnaleźć w nich to, co urzekło pana Wattsa i Matyldę. Mam ochotę na powrót do dziewiętnastowiecznego Londynu, do powolnej lektury...


Jako polonistka muszę zatrzymać się przy postaci pana Wattsa jako nauczyciela. Był bez doświadczenia, bez odpowiednich szkoleń czy kursów, ale miał w sobie coś, co  wzbudzało szacunek nawet w ludziach, którzy mieli inne poglądy niż on. Bez znajomości metodyki wykorzystał zjawisko intertekstualności; prowadził lekcje z tekstem. Gdy jedyny egzemplarz książki spłonął, zaproponował uczniom odtworzenie jej. Młodzi ludzie całymi dniami przypominali sobie to, co spotkało Pipa, co on powiedział, co myślał, co czuł.  Nie mysleli o tym, że nie mają domów, łóżek, że mogą zginąć - ważne było, by odbudować świat w ich wyobraźni - tego nikt im nie odbierze. Tego nauczył ich pan Watts. Ciekawa jestem, jak dzisiejsi uczniowie zareagowaliby na takie lekcje; jak trzeba byłoby ich aktywizować, by chciało im się skupić na tekście z XIX wieku. 

O czym jeszcze jest ta książka?
O tolerancji - o tym, że "niektóre sfery życia nie muszą być identyczne u wszystkich". O lęku przed nieznanym. O agresji, przemocy, okrucieństwie - ale nie znajdziecie w niej opisów wojny domowej, zamieszek czy walk. Autor jednym zdaniem potrafił stworzyć w mojej wyobraźni obrazy,  które wywoływały taki ból i smutek, że chciało się płakać.  O miłości - i to w różnych odcieniach. I zasadach - o tym, że "być człowiekiem, to znaczy być istotą moralną - i to przez cały czas. Nie można sobie zrobić przerwy, kiedy nam akurat pasuje". 
A przede wszystkim - o nadziei. 


Lloyd Jones 

Mam  wielką nadzieję - ze każdy w życiu odnajdzie książkę, która będzie dla niego tak ważna jak "Wielkie nadzieje" dla Matyldy i pana Wattsa

Ocena - 6+/6

Cytaty pochodzą z omawianej książki