środa, września 17, 2014

"Baśniarz" rozwiewający wszelkie wątpliwości?!



Mój 3-letni synek ostatnio bardzo mocno mnie przytulił. Tak mocno aż powiedziałam, że się rozsypię. On wziął moją twarz w swoje małe łapki i z bardzo poważną miną oznajmił:
 - Nie martw się mamo, ja umiem układać puzzle i klocki - to ciebie też poskładam...
Z tych małych łapek miód spłynął na mą duszę... Rozczulił mnie.
Potrzebowałam usłyszeć coś budującego, bowiem ostatnio jakoś sobie nie radzę. Nie wiem, jak pomóc 13-letniej dziewczynie, która jest bardzo zamknięta w sobie,  jak rozmawiać z nastolatką, która niekoniecznie ma na to ochotę,  jak dobić się do jej serducha?
         Może 3-latka do niej wyślę...
 Szkoda, że na jej smutki nie mogę nakleić plasterka o cudownej mocy... Pewnego dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że dzieci są za duże, by wziąć je na ręce i utulić. Wymykają się nam. Zaczynają żyć swoim życiem. Różnie sobie z tym radzą. Chciałabym być dla córki oparciem, jej kotwicą,  kołem ratunkowym, ale muszę się pilnować, by przez chęć niesienia pomocy nie stać się balastem. Mogę tylko być obok, czekać...

Moją odskocznią od domowych problemów jest literatura. Czytając, zapominam o tym, co dzieje się wokół mnie. Tak jest najczęściej. Ale czasami trafiam na książkę, która jest jakimś znakiem dla mnie, koresponduje z tym, co mnie męczy. Wierzycie w magię książek? Czy one mogą sobie wybierać czytelnika lub czas, w którym zostaną przeczytane? Czemu akurat z kilkuset pozycji w domowej biblioteczce sięgnęłam po taką, w której występują nastoletni bohaterowie?


Greifswald, miasto w w północno-zachodnich Niemczech. Zima.
Anna jest jedynaczką, pochodzi z dobrego, dostatniego domu. Za chwilę będzie zdawać maturę. Gra na flecie, ma plany na przyszłość. Pomimo tego, że ma osiemnaście lat, można ją nazwać grzeczną dziewczynką.
Pewnego dnia w jej życiu coś się zmienia. Znajduje w swojej szkole lalkę. Mogłaby przejść obok niej obojętnie, mogłaby jej nie podnosić, nie pytać, kto ją zgubił. Dalej by mogła żyć w swojej mydlanej bańce. Bardzo często jakiś drobiazg, szczegół decyduje o naszej przyszłośći. Tym razem była to szmaciana lalka, która okazała się być własnością młodszej siostry szkolnego outsidera, handlarza narkotyków, Abla. Anna zaintrygowana innością chłopaka wkracza w jego świat. Przez przypadek odkrywa, że Abel posiada ciekawą umiejętność - opowiada baśnie swojej sześcioletniej siostrzyczce, Michi. Anna bardzo szybko orientuje się, że chłopak ma duże kłopoty.


"Baśniarz" Antonii Michaelis to  niezwykła historia. To opowieść o  tym, jak bardzo pozory mogą mylić. Wchodząc w życie Abla, odkrywamy jego mroczne tajemnice, wkraczamy w jego codzienność przesiąkniętą baśnią. Zanurzamy się w  baśni,  którą przenika brutalna rzeczywistość.
Tej baśni raczej nie przeczytamy małym dzieciom. Abel poprzez swoją fantastyczną opowieść chce swoją siostrę ostrzec przed różnymi zagrożeniami. Jest w tej baśni ciemność i  strach, niepewność i ból; są czarne charaktery,  myśliwi,  jest nawet wyspa mordercy...
Dla kogo jest ta książka? Na pewno nie dla dzieci. Raczej dla młodzieży 16+. A także dla dorosłych, którzy chcą poznać nastoletni punkt widzenia, którzy nie boją się zejść do poziomu swoich dzieci. Bowiem dla dorosłych czytelników ta historia może być miejscami trochę infantylna.
 Pojawia się problem  narkotyków - wszyscy w szkole wiedzą, czym zajmuje się Abel, ale nikt z nauczycieli nic nie robi. Jeden z nich nawet przymyka oczy na to, że  chłopak na lekcji odsypia nocne eskapady. Bezradność, bezsilność, czy umywanie rąk?
Anna ma bardzo wyrozumiałych rodziców - mówi do nich po imieniu. O nic nie pytają, nic nie chcą wiedzieć, życzą późnych powrotów do domu. Nie motywują do nauki przed maturą... Ufność i miłość, czy naiwność? Nie zauważają kontrastu między symfonią Mahlera rozbrzmiewająca z adaptera stojącego na antycznej komodzie, a odpadającym tynkiem w NRD-owskim bloku. Nie chcą tego widzieć?
Dla mnie to trochę ostrzeżenie - jak bardzo muszę być czujna, jak uważnie muszę przyglądać się zachowaniu córek, a także ich znajomym. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje córki dorastają, iż chcą być coraz bardziej samodzielne, ale jednocześnie nie mogę zapominać, że narażone są na wiele niebezpieczeństw - jak je przed nimi ostrzec? Czy mogę je ciągle chronić? Wiem, że nie..


Na okładce jest informacja, że historia  Anny i Abla to "historia miłości rozwiewającej wszelkie wątpliwości". Jest to książka  o pierwszej miłości -  bardzo mocnej, trudnej, bolesnej, a jednocześnie   ślepej i naiwnej, pełnej bólu, podejrzeń, zwątpień. Watpliwości się rozwiewają, i owszem, ale cena prawdy jest straszna.
Jest to też książka o miłości braterskiej, o poświęceniu i przywiązaniu.


Co mnie w tej książce oczarowało? Smak słów. Ich moc. Ich magia.
Jest poetycko, metaforycznie,  pięknie, czasami trochę a la Coelho, ale nie jest to męczące. Jest coś z Fausta, coś z Małego Księcia, a jednocześnie mocno kryminalnie, tajemniczo, mgliście. Jest o tym, że słowa mogą uwieść, a nawet omamić...
Tu fragment:
"To jest miejsce, gdzie wszystkie wołania wpadają do morza, bo nie sięgają dalej. Na dnie morza widziałem leżące słowa, tysiące słów, wraki zdań, pytania i odpowiedzi, które nigdy nie dotarły do celu...- wyjaśnił mors.
- Jakie to smutne! Cmentarzysko słów! - zawołała Mała Królowa.
- Niektóre z nich pożerają ryby i potem otrzymują dziwne nazwy: płetwal karłowaty i samogłów, węgorz elektryczny i latimeriopodobne... - wyjaśnił mors" (Str. 163)

Baśń powinna dobrze się kończyć, najlepiej słowami: i żyli długo i szczęśliwie..., a tu? Raczej nie oczekujcie happy endu...




Piosenki Cohena pojawiają się w książce wielokrotnie. Tu link do mojej ulubionej:)

czwartek, września 11, 2014

Olśniewająco! ("Coraz mniej olśnień" Ałbena Grabowska-Grzyb)

Początek września to dla mnie od lat bardzo trudny czas. Dzieci idą do szkoły. Zmienia się rytm życia rodziny. W tym roku czynnikiem ułatwiającym, a nawet wspomagającym jest pogoda - kompletnie nietypowa - nieirlandzka. Jest pięknie -  ciepło i słonecznie. Gdy budzi mnie słońce,  chce mi się rano wstawać, mam siłę na to, co przynosi dzień. Staram się wykorzystać każdą wolną chwilę, by cieszyć się taką pogodą. 

Jakiś czas temu miałam przyjemność przeczytać książkę "Lady M" Ałbeny Grabowskiej-Grzyb (tu moja opinia). Bardzo spodobał mi się styl tej autorki, więc bez lęku sięgnęłam po kolejną jej powieść "Coraz mniej olśnień".  Drugie spotkanie muszę uznać za równie udane!



W przypadku tej powieści świetnie sprawdza się zdanie: nie oceniaj książki po okładce. W wydaniu elektronicznym do lektury ma skłonić z lekka wystraszone dziewczę z różowymi włosami, z okularami na oczach.  Na okładce wydania papierowego  kusi ponętna, szczupła, pewna siebie kobietka w zwiewnej sukience. Obie  te okładki są jakieś takie banalne, przesłodzone - w żaden sposób nie zapowiadają treści. Gdybym nie poznała wcześniej twórczości pani Grabowskiej, nie wiem, czy bym po tę książkę sięgnęła. 

 

Moje pierwsze wrażenie po skończonej lekturze? Ale jak to, kurde, jest mozliwe?! Przecież czytałam uważnie, to nie tak miało być... - zaskoczenie,  totalne zaskoczenie.

Ale od początku. "Coraz mniej olśnień" to nie jest typowa obyczajowa historia. To raczej studium kobiecych emocji, próba zdefiniowania kobiecego charakteru. To podkreślenie wielowymiarowości i złożoności kobiecej duszy. Pokazać tyle uczuć na  zaledwie 308 stronach  - to wielka sztuka. Tak poplątać, by potem tak  inteligentnie połaczyć. Chapeau bas!

Marlena, Maria, Elżbieta i Alina.  Stylistka, dziennikarka, poetka i pani doktor, która z zrezygnowała z wykonywania zawodu. Cztery pewne siebie kobiety. Pewne swoich potrzeb. Same decydujące o sobie. To kobiety, które dużo przeszły. Nauczyły się dbać o siebie. A to, że czasem kosztem innych - to dla nich nieistotne. W co grają bohaterki?  Bo to, że grają -  wątpliwości nie mam. Mniej lub bardziej świadomie, czasem przed sobą, częściej przed innymi.  Muszą podejmować trudne decyzje, ponosić ich konsekwencje. Radzą sobie, ale czesto są przy tym cyniczne, nierzadko bezwzględne, a nawet wyrachowane. Ich twarde zachowanie często jest efektem ich bolesnych wspomnień, rozczarowań. Są wewnętrznie poharatane, a w głębi serca wrażliwe i spragnione ciepła.
Ta powieść to historia trudnych uczuć, skomplikowanych relacji. Niezwykle  autentycznych.
Najwięcej o relacji matka - córka, a raczej o trudnościach w budowaniu tejże. Ałbena Grabowska kwestionuje istnienie narodowego mitu matki. Pokazuje, że stereotyp Matki Polki jest bardzo łatwy do obalenia. Podczas lektury rodzą się pytania - co to znaczy, być dobrą matką? Czy kobieta ma prawo zawalczyć o swoje szczęście,  czy jest "tylko dla dzieci"? Czy jest granica zaangażowania w macierzyństwo, czy można połączyć bycie matką i spełnioną kobietą? Trudne, prawda? Odpowiedzi łatwych też nie ma. Nie ma jednej, prawidłowej odpowiedzi, bo ile kobiet, tyle recept na szczęście..

 A w tle mężczyźni - słabi, zależni.


Pomimo powagi tematu, trudnych emocji - powieści nie trzeba się bać.
Oprócz fragmentów trudnych, refleksyjnych są sceny dynamiczne, humorystyczne. Rozterki bohaterek przeplecione są obrazkami ze świata mody, pojawiają się nazwy znanych marek, opisy ciekawych stylizacji. Autorka pokazuje też środowisko dziennikarzy oraz lekarzy, umiejętnie wplata fachową terminologię. Ogromnym atutem jest też pokazanie groteskowego reality show na najlepszego poetę. Wyobraźcie sobie, że w ciągu dziesięciu minut macie ułożyć wiersz, wykorzystując trzy słowa, dajmy na to: kobieta, olśnienie, przeszłość. Waszego wiersza ma za chwilę posłuchać cała Polska. Szanowne jury ma wygłosić ocenę. Rewelacja:)

Ałbena Grabowska potrafi  odważnie pisać o  seksie, o seksualnych potrzebach. 
Rzadko się mówi o tym, ze kobieta potrzebuje spełnienia w seksie. Mało która z pań potrafi powiedzieć, że marzy o wspaniałym kochanku - nieważne mąż czy nie mąż...  Jedna z bohaterek ucieka,  by szukać szczęścia - swojego własnego, egoistycznego - tego matkom się nie wybacza...

Znów przez książkę czuję się sprowokowana do przemyśleń. Do  ustalenia ze sobą, czy warto zaciskać zęby, znosić swój los, czy warto o siebie zawalczyć...
Czy nie lepiej poszukać kompromisu? Ale czy kompromis nie jest formą tchórzostwa?
Czy codzienne zakładanie na twarz uśmiechu numer pieć jest grą, udawaniem? 

Na koniec zacytuję Kasię: "Styl Ałbeny Grabowskiej-Grzyb jest świetny, babski w najlepszym tego słowa znaczeniu, babski babskością najlepszej jakości, gdzie trzeba dosadnie, gdzie trzeba delikatnie, gdzie należy niedopowiedziany, a gdzie się nie da inaczej - po męsku, kawa na ławę."

Pani Ałbena jest lekarzem, neurologiem, epileptologiem, zna się na wielu poważnych chorobach, ale przede wszystkm zna się na kobiecych emocjach, Jest  pisarką, juz się poprawiam, jest 
Bardzo Dobrą Pisarką!

piątek, września 05, 2014

"Poczet królowych polskich" - rzecz o świecie, którego już nie ma


Ależ to powieść! Niesamowita, wspaniała, wyjatkowa  - takie lubię, takie działają na moją wyobraźnię, takie nie dają mi spać. Nie chciałam  opuszczać świata stworzonego przez Marcina Szczygielskiego.
Z żalem pożegnałam bohaterów - nie powiem, że odłożylam książkę na półkę, bo znów korzystałam z czytnika. Postanowiłam sobie, że przy najbliższej okazji muszę sobie kupić wersję papierową i wracać do tych postaci. 


Nietypowa konstrukcja powieści sprawiała, że odczuwałam ciekawość i niepewność zarazem. Zaczynałam czytać rozdział, nie wiedząc, kto tym razem będzie narratorem. Gdy po chwili sytuacja się wyjaśniała, musiałam odnajdywać się gdzieś w międzywojniu, po chwili w Warszawie, jak najbardziej współczesnej  - historia  mnie prowadziła, ja się jej podporządkowałam.
 Wątki się plączą, zazębiają, układają się w głowie w niesamowity wzór, jak w mandali, o której zresztą mówią główne bohaterki - tylko z oddalenia widać jej urok. 
Ogniwem łączącym są Królowe - nie koronowane, lecz władające światem wokół siebie. Róża Król - służąca w żydowskim domu - to pierwsza z nich. Potem dwie panie - Ina Król i Magda Król. Babcia i wnuczka. Jest jeszcze Zofia - córka Iny, matka Magdy, ale jej autor nie dał szansy nawet odezwać się
(sporo za to mówi się o niej). 
Główną bohaterką jest Ina, jednak określenie "babcia" nie bardzo do niej pasuje - jej życiorys to niemalże gotowy scenariusz filmu.  Od Ity Zajtel - dziewczyny z żydowskiej dzielnicy Warszawy do Iny Marr - gwiazdy kina.
   Marcin Szczygielski zbudował postać Iny w oparciu o biografię aktorki  polskiego okresu międzywojennego - Iny Benity. Nie będę pisać kim była, wystarczy bowiem wpisać jej nazwisko do wyszukiwarki, by przeczytać, jak znaną była postacią.


Ina Benita (1912-1944 - wg Wikipedii, a ta wiadomo może się mylić)

Drugą ważną postacią jest Magda, typowa przedstawicielka "młodych gniewnych" - singielka w dziwnym związku z gejem, zatrudniona w korporacji, z kredytem. Wnuczka Iny, dziedziczka rodzinnych tajemnic, traum...i dużych pieniędzy. 
Powieść to kompilacja wielu biogramów, życiorysów autentycznych  postaci, co autor zresztą zaznacza w kluczu do powieści. Domyślam się, że zebranie tylu materiałów kosztowało pana Marcina dużo wysiłku, ale jestem pewna, że była to fascynująca praca. Dla mnie klucz - swoiste posłowie - był równie fascynujący  i poruszający jak cała powieść. Każdą z postaci sobie wygooglowałam, obejrzałam dostępne zdjęcia. Z łezku w oku wróciłam do starego, czarno białego kina. Obejrzałam film "Jego ekscelencja subiekt" z Iną Benitą w jednej z głównych ról. Niesamowite wrażenie - oglądać postać, o której się czytało...
Marcin Szczygielski stworzył fikcyjną historię, wielce prawdopodobną, gdyż popartą datami, nazwiskami, tytułami filmów, o których można przeczytać. Stworzył  historię oszałamiającą!  

"Poczet królowych polskich" to bardzo konkretna historia - wszystkiego w niej po trosze - jest i trudna  acz barwna polska historia, i uczuć cała gama, i anegdoty, i nieszablonowi, nietypowi, kontrowersyjni
 bohaterowie, i współczesność ze swoją jaskrawością, i wspaniały język, i subtelność i naturalizm jednocześnie...
Jest i Wilno, i Warszawa, i prowincja.  Są teatry, pracownie krawieckie, garderoby aktorek, ploteczki i plotki. Sporo o środowisku gejów, transseksualistów tak międzywojennym, jak i współczesnym. Są żydowskie tradycje te przestrzegane, jak i te ignorowane... I powiedzonka Królowej - koniecznie muszę do nich wrócić, wynotować, rozgryźć, niektóre zapamiętać.

Kolejny mężczyzna, który mnie uwiódł - najpierw Jacek Dehnel, potem Remigiusz Grzela, teraz Marcin Szczygielski. Tych autorów wpisuję na listę ulubionych...

Oddam głos autorowi: tu można przeczytać wywiad, a tu obejrzeć rozmowę Marcina Szczygielskiego z Tomaszem Raczkiem:


Czy muszę dodawać, jak oceniłam tę książkę?
 Czy muszę jeszcze zachęcać? 
Jeżeli mi się nie udało przekonać Was do sięgnięcia po tę pozycję, może autor zrobi to lepiej:

Teledysk reklamujący książkę, gdzie Marcin Szczygielski partneruje Inie Benicie:)



wtorek, września 02, 2014

Przeczytane w wakacje ("List z powstania", "Prawo panny Murphy", "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął")

Wakacje się skończyły, więc czas się zmobilizować i wpomnieć o pozostałych wakacyjnych lekturach. 
Co udało się przeczytać?

 "List z powstania" Anny Klejzerowicz - nomen omen - piszę o tej książce 1 września, w 75 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Główną osią fabuły jest Powstanie Warszawskie, a  dokładniej - zaginięcie Hanki Bańkowskiej, młodej dziewczyny należącej do Szarych Szeregów, łączniczki.  Czytałam tę książkę w pierwszych dniach sierpnia - chciałam w ten sposób pokazać moim córkom, że pamietam o wydarzeniach sprzed siedemdziesięciu lat i że one też powinny. 1 sierpnia nie było nas w Warszawie, ale stanęłyśmy na chwile w ciszy, a potem dość długo rozmawiałyśmy. Moje dziewczyny są  harcerkiami, sporo wiedzą o czasach okupacji, o małym sabotażu - wiedzą, że nie wolno im zapomnieć o historii. Sięgnęłam po tematykę okołopowstaniową, by wzbudzić w sobie jakieś refleksję, aby nie wsłuchiwać się w medialne kłótnie o zasadność wybuchu powstania, tylko pomyśleć o jego uczestnikach, o ludziach, którzy zaryzykowali wszystko. Uważam, że było to Bohaterstwo. 
Spodziewałam się po książce czegoś więcej. Za mało powstania w książce o powstaniu. Tytułowy list pojawia się na samym końcu i jest nieprawdopodobnie gorzki i bolesny w swej wymowie. Powieść jest w zasadzie bardziej o poszukiwaniu rozwiązania zagadki zaginięcia uczestniczki powstania. Julia całe życie szukała siostry. Swoją obsesją zaraziła córkę, Mariannę. Ta też wszystko poświęciła się temu, by odnaleźć ciotkę, której nawet nie znała. Musiała zmagać się z ciężarem przeszłości. "List z powstania" mówi o tym, że są rany, które się nigdy nie zagoją, a im bardziej są rozdrapywane, tym bardziej bolą...
Wątki poplątane, bohaterowie niejednoznaczni, powstanie gdzieś w tle, a mnie brakowało napięcia. Nie mogłam się wczuć w emocje postaci - nie przekonały mnie. 
Po zakończonej lekturze sporo myślałam o naturze zła, o manipulowaniu uczuciami, o skomplikowanych międzyludzkich relacjach, o tym, czy warto poświęcić się historii, czy lepiej "z żywymi naprzód iść"..., czyli podsumowując,  magia książki zadziałała!

Anna Klejzerowicz ze swoją powieścią

***

 "Prawo panny Murphy" Rhys Bowen. Wybrałam tę książkę, ponieważ wiedziałam, że główna bohaterka jest Irlandką. Spojrzałam na tę postać przez pryzmat własnych doświadczeń na Zielonej Wyspie. Molly - tytułowa bohaterka - reprezentuje typowy irlandzki typ urody - ma rude włosy, jest niezwykle energiczna i, jak sama o sobie mówi, "ma niewyparzoną gębę". 

Ucieka z irlandzkiej wioski w hrabstwie Mayo, najpierw do Belfastu,  potem pod przybranym nazwiskiem do Nowego Yorku. Jest rok 1901, w Londynie umiera królowa Wiktoria, trwa fala emigracji Irlandczyków do Ameryki (trwa zresztą do dziś...). Molly na statku opiekuje się dwójką nieswoich dzieci. Podczas oczekiwania na zejście na wymarzony amerykański ląd dochodzi do morderstwa. Molly trochę przez przypadek, trochę dzięki wrodzonej przekorze,  a głównie z ciekawości rozpoczyna swoje śledztwo. Jest przy tym nieostrożna, niefrasobliwa, więc akcja trzyma w napięciu, ciągle się coś dzieje. W życiu Molly pojawia się też przystojny pan policjant ...- jest to bardzo kobiecy kryminał - jak najbardziej polecam! Sporo o Nowym Yorku początku XX wieku, o ówczesnych realiach. Lekko, z humorem, ale i z dbałością o detale. Właśnie czytam drugą część przygód Molly ("Śmierć detektywa") - powiem krótko - trzyma poziom! 


Mieszkam niedaleko Cobh, jednego z irlandzkich portów, skąd m.in. odpływał Titanic.Tu też stoi pomnik Annie Moore, jednej z pierwszych emigrantek do Ameryki. Tak mogła wyglądać Molly...

 
Tak dziś wyglądają irlandzkie wioski opuszczone przed dziesiątkami lat. 

***
"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson - "Brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników". A ja się pytam - jak zachwyca, skoro nie zachwyca? 
W wielu recenzjach widziałam określenie: szwedzki Forrest Gump - być może pasuje, podobieństwa zauważalne, i właśnie może o to chodzi, że jak dla mnie  - zbyt oczywiste. Od razu muszę podkreślić, że przedstawiam swoją bardzo subiektywną ocenę. A że Forresta uwielbiam (tak wersję literacką W. Grooma, jak i filmową z twarzą Toma Hanks'a), więc stulatek na mnie wielkiego wrażenia nie zrobił...                                                                                                    Allan Karlsson, tytułowy stulatek opuszcza dom spokojnej starości. Nie chce spokojnie czekać na śmierć. Wplątuje się w tak niesamowitą intrygę, że policja i prokuratura są bezsilne! Zresztą, gdzie on nie był, kogo nie poznał przed ukończeniem stu lat! Wymienię tylko nazwiska: H. Truman, W. Churchill, J. Stalin, Mao Zedong... Pływał łodzią podwodną, konstruował bomby, wpływał na losy świata... 
Natężenie nieprawdopodobnych sytuacji, w jakich znalazł się Allan, było dla mnie zdecydowanie zbyt duże i z tego też powodu nie uważam tej książki za wybitną. Jak dla mnie zbyt absurdalnie.


Doceniam fantazję autora - stworzył postać, której na pewno nie można określić nudną.
Dał czytelnikowi powieść z prostym przekazem - 1. Nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie; 2. Życie to wielka przygoda - trzeba za nią podążyć; 3. Tak żyć, by było co wspominać; 4. "Jest jak jest i będzie co będzie" ...
Warto przeczytać tę książkę, poznać historię świata z przymrużeniem oka, pośmiać się i wyrobić sobie własną opinię...
Jak dla mnie Forrest Gump kontra Allan Karlsson - 1:0

***


 Czas pochować słomkowe kapelusze i filtry przecisłoneczne, wyciągnąć z szafy kurtki przeciwdeszczowe (parasole w Irlandii się nie sprawdzają) i kalosze, koniecznie kalosze. A wieczorami rozpalać w kominku i chować się przed jesienią pod kocem, oczywiście z książką w ręku...


środa, sierpnia 27, 2014

Przeczytane w wakacje - ujęcie drugie ("Z grubsza Wenus")

Średnia temperatura urlopu wynosiła ponad 30 stopni - jak dla mnie - za gorąco. W Irlandii odzwyczaiłam się od upałów - ratowaliśmy się lodami, chowaniem w cieniu ( dużo chłodniej nie było), wyprawami na basen lub nad rzekę. Jednakże upał dał się we znaki. 
Letnie, bardzo skape stroje sprowokowały mnie do sięgnięcia po książkę Anny Fryczkowskiej "Z grubsza Wenus". Pomyślałam sobie, że się trochę pośmieję. Okładka sugerowała lekturę łatwą i przyjemną. Jednakże, jakież było moje zaskoczenie, gdy już po kilku stronach zorientowałam się, że ani tak łatwo ani tak śmiesznie nie będzie. 

 

Chciałoby się powiedzieć, ze to  wydanie drugie poprawione, bo książka ukazała się kilka lat temu pod tytułem "Straszne opowieści o otyłości i pożądaniu". Sama autorka we wstępie zaznacza, że ta jest "grubsza i mądrzejsza".  Nie znam pierwszej wersji - ta bardzo mi się podobała.
A o czym jest ? O kobietach zmagajacych się z nadwagą. O Janinie i Barbarze, ale można by też  powiedzieć, że o Kasi, Zosi, Marysi, czy innej pani z nadwagą. Z róznych powodów obie bohaterki trafiają na wczasy odchudzające. Mają myśleć tylko o tym, jak schudnać. Mają tak się odzywiać i tak ćwiczyć, żeby schudnać. A to wcale takie proste nie jest, bo każda z nich na ten turnus przyjechała z całych bagażem emocjonalnych balastów tego chudnięcia nie wspomagającym. Z ich rozmów , przemyśleń i  wspomnień wyłania się portret współczesnej kobiety - próbujacej odnaleźć siebie wśród setek różnych propozycji jak ma wygladać: historia pełna jest obrazów pięknych kobiet; prasa (zwłaszcza ta kolorowa) pokazuje jakieś wzorce urody; w telewizji pełno ślicznych, uroczych, a przede wszystkim szczupłych dziewczyn;  mężczyźni oczekują określonego  wizerunku... I te kobiety miotają się przed lustrem - w tym za grubo, w tym brzydko, w tym mnie już widzieli, a zielony teraz niemodny, i tak dalej... Najgorzej, gdy ciuchy z szafy dziwnie się skurczyły... 
Wenus z Milo
"Toaleta Wenus" P.P. Rubens 
Wenus z Willendorfu
Świadomie nie opowiadam fabuły - kobiety mają problemy -  różne, jednak wszystkie postrzegają przez pryzmat swojego wyglądu. Zapominają o prawdziwej kobiecości. 
Strasznie się mądrzę - sama zapominam... Od dzieciństwa ciągle słyszałam "Nie jedz tyle - będziesz grubsza niż wyższa .." - bolało, wciąż boli. Byłam pilnowana na każdym kroku. Sama się pilnowałam. I jako młoda kobieta byłam szczupła. Jednak długo to nie trwało, bo szybko pojawiły się dzieci i znów musiałam ze sobą walczyć, by nie wyglądać jak szafa.  Teraz już tego nie robię - nie walczę. Uczę się, jak o siebie dbać biorąc pod uwagę zdrowie. Staram się  polubić siebie, jednak proste to nie jest. Nie lubię swojego wizerunku z lustrze, nie cierpię zdjęć ze sobą. Moją obroną przed komentarzami czy dyskusjami o dietach i  ćwiczeniach jest śmiech, z samej siebie oczywiście. Mówię zawsze, że latem cień daję, zimą grzeję... Podobnie jak Janina zajadam stres - podobno robi tak  połowa populacji; druga nie może jeść, bo stres odbiera im apetyt. Poważne to uproszczenie schematu odżywiania, jednak trzeba przyznać, że temat odżywiania, jego jakości ( i ilości) niejednej pani spędza sen z powiek. 
Mnie nie. Chyba nie. Już nie. 
Książka Anny Fryczkowskiej prowokuje do takich przemyśleń. 
Opowiada o kobietach z nadwagą,  i owszem, ale mądrze, prawdziwie, choć odrobinę ironicznie. 
 To opowieść o partnerstwie, o samotności w związku, o braku zrozumienia.  O tym, że każdy potrzebuje akceptacji i szacunku. Każdy marzy o prawdziwym uczuciu. 
 Książka dotyka problemu przemocy domowej, tej psychicznej. Mężowie, którzy mówią żonom, że te są grube, nie zasługują na nie! Mężczyźni wyłacznie krytykujący wprawiają kobiety w kompleksy, w złe samopoczucie. 

Narodziny Wenus S. Botticelli
Na koniec muszę się zatrzymać przy samym tytule - bardzo mi się podoba gra słów z Wenus w roli głównej:) Każdą z kobiet da się określić mianem tej bogini - tak z grubsza... Nieprawdaż?

Książka typowo kobieca, ale nie harleqinowata. Książka inteligentnie opowiadająca o potyczkach z własnym ciałem. Książka warta polecenia!


poniedziałek, sierpnia 25, 2014

Przeczytane w wakacje - ujęcie pierwsze ("Złodzieje koni")


Z wakacji wróciłam już kilkanaście dni temu, ale powrót do irlandzkiej rzeczywistości nie był najłatwiejszy. Po pierwsze pogoda - w  Polsce upały, w Irlandii wilgotne powietrze; po drugie czas  - tylko godzina różnicy, jednakże zauważalna przez organizm, a zwłaszcza przez potrzebę snu. Trzecia sprawa to rozstanie z rodziną. To ta najtrudniejsza część wyjazdów. Między moimi najmłodszymi dziećmi a ich pradziadkami wytworzyla się w ciągu trzech tygodni pobytu niesamowita więź. Bardzo do siebie lgnęli ci najstarsi i najmłodsi w rodzinie. I ja musiałam to przerwać; patrzeć na łzy dziadków - bolało... Nic nie pisałam, bo musiałam się na nowo odnaleźć, uporządkować myśli, wylizać rany...




W Irlandii już jesień, czuć ją w powietrzu, widać pierwsze żółte liście. Za chwilę rozpocznie się kolejny rok szkolny. Natalia za chwilę będzie obchodzić szesnaste urodziny, myśli o zbliżającej się maturze, zastanawia się nad kierunkiem studiów - ma bardzo ambitne plany. Alicja idzie do gimnazjum - nowi ludzie, nowe doświadczenia, więcej nauki - łatwo nie będzie (ona jest taka wrażliwa...). Przed Gabrysią też niełatwe zadanie - pierwszy rok w irlandzkiej podstawówce. Obawiam się bariery językowej -  w domu mówimy przecież tylko po polsku, ale wiem, że trudny będzie tylko początek. Już skompletowałyśmy cały mundurek - starsze córki przypominają sobie swoje początki w tutejszej szkole. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani!
Porządkuję swoje zdjęcia, spisuję zaznaczone cytaty, porządkuję notatki z wrażeniami - czas na podsumowanie.
W wakacje przeczytałam prawie 2000 stron - dużo -  niedużo... Planowałam spędzić wakacje z książką, chciałam w czasie pobytu w Polsce podrzucić dzieci dziadkom, zaszyć się gdzieś w ogrodzie i czytać, ale plany sobie, życie sobie. Patrząc na rodziców i teściów stwierdziłam, ze nie mogę im tego zrobić. Czekali na nas, chcieli spędzić z nami porozmawiać. Ponadto, musieliśmy jakoś zorganizować rozrywki dzieciom, a jednocześnie rodzinnie spędzić czas, a więc był basen, kino, plac zabaw, plaża nad rzeką, wycieczka do lasu, znów basen...

                                       


















 I czas, który miałam poświęcić książkom jakoś uciekał, ale nie żałuję. Potrzebowałam takiego wypoczynku. Gdy chciałam odpocząć od rodziny, jechałam do przyjaciółki - jedynej w Polsce. Rozmawiałyśmy, wspólnie milczałyśmy, patrzyłyśmy na nasze pociechy. Nasz wyjazd do Irlandii bardzo zweryfikował nasze znajomości. Została Ania - bardzo Ci dziękuję kochana, że jesteś!



Czytałam wieczorami lub raczej nocą. Nawet około pólnocy było ciepło i duszno. Wychodziłam na taras i cieszyłam się tym, że mój Paperwhite ma podświetlony ekran. Niesamowity wynalazek!!!


 Jeszcze w Irlandii zaczęłam czytać książkę  Remigiusza Grzeli - "Złodzieje koni". Mądra, choć trudna. Ciekawa, choć niejednoznaczna. Prawdziwa, choć mroczna. Piekna, choć wulgarna. W jednej opowieści - trzy opowieści; trzy sposoby postrzegania świata, trzy perspektywy, trzech narratorów. Dziadek, ojciec i syn. Jednakże relacje między nimi trudno nazwać sielskimi. I ta potrójność wypowiedzi sprawia, że książka jest tak cenna!
Spojrzenie w przeszłość Stanisława - starszego  pana, takiego po osiemdziesiątce. Jego próba  rozliczenia się kontrowersyjnymi działaniami z lat młodości. To, kim był i jakie decyzje podejmował zaraz po wojnie, znacząco wpływa na to, jak wyglada jego starość. Okazuje się, że nie można uciec za ocean, by się oczyścić. Z jego wspomnień wyłania się portret człowieka żyjącego pozorami. Przykry to obraz.
Spojrzenie Jerzego -  człowieka w średnim wieku. Jego pretensje do siebie, a przede wszystkim do najbliższych. Chociaż, czy ojca może zaliczyć do  najbliższych? Raczej  nie... Czy syn jest bliską mu osobą - też nie - nawet nie potrafią rozmawiać... Żona - chyba tylko ona go rozumie. Niespełniony aktor, nawet nie chodzący na castingi. Nieszczęsliwy człowiek - trudny to portet.
Spojrzenie Kamila  -  młodego człowieka próbującego odnaleźć swoje miejsce. Miotającego się między tym, co powinien, a co by chciał. Gdy w pracy, na planie filmowym, poznaje bezdomnego, ten okazuje się być mu bliższy niż ojciec. To jego opowieści, a potem śmierć, pozwalają mu rozpoznać to, na czym mu zależy. Jego życie i decyzje pozwalają czytelnikowi mieć nadzieję, że zła passa mężczyzn z tej rodziny się skończy. Optymistyczny to sygnał.
Pomimo, że jest to męska proza o mężczyznach są tu też kobiety. I odgrywają znaczącą rolę. Pozwalają mężczyznom się określić. Stanisław miał  Łondę, Jerzy ma Ewę, Kamil spotyka się z Kingą, jednak postacią łączącą  jest Nika. A tak naprawdę tylko jej wspomnienia nagrane przed śmiercią na kasety. Stanisław od niej uciekł, zostawił ją z dzieckiem. Jerzy jej nie rozumiał. I Kamil, który jej dobrze nie poznał - nie zdążył...




We wstępie autor zaznacza, ze bohaterowie powieści to ludzie, których zna, z którymi rozmawiał i co ważne - którzy nie podali mu na tacy gotowych wniosków. Autor też ich nie szuka. Zostawia czytelnika z niepewnością, z pewnym bólem w duszy, ze świadomością tragizmu ludzkich losów. Jednakże nie można mieć do autora pretensji, bowiem na okładce jest informacja, że sięgamy po książkę "o niebezpieczeństwie odkrywania rodzinnych tajemnic, groźnym wpływie historii kreującej zastępy bohaterów niezdolnych do życia."

Pomimo tego bólu - warto po tę powieść sięgnąć! A nawet trzeba!


O kolejnych wakacyjnych lekturach - wkrótce...






wtorek, sierpnia 19, 2014

Droga na Ostrołękę


Czy wiecie, gdzie jest Ostrołęka? Czy wiecie, gdzie są Kurpie? To wiecie, skąd pochodzę... Wiecie, gdzie spędziłam mój tegoroczny urlop:) Wiecie, jak wygląda naprawdę droga na Ostrołękę?
Jadąc z Warszawy, tak:

 

Przydrożne rzeżby

                                                 Z Olsztyna do Ostrołęki

Spacerując ulicami Ostrołęki, szukałam czegoś, czym te miasto mogłoby się szczycić i niestety uświadamiałam sobie, że niczym szczególnym pochwalić się nie może. Kiedyś było to miasto wojewódzkie, dziś tylko siedziba władz powiatu. Kiedyś miasto znane z największej w Polsce fabryki celulozy i papieru - co prawda dalej  w tym zakładzie  produkuje się tekturę i papier, ale renoma zakładu jest już inna ( firma w większości należy do Szwedów).
Zastanawiałam się, czy jest ktoś sławny, kto z Ostrołęki pochodzi i tu też niestety rozczarowanie. Kto zna twórczość Edwarda Kupiszewskiego? Kto wie, że jakiś tancerz z popularnego telewizyjnego show pochodzi z tego  miasta? Kibice  siatkówki będą pamiętać, kim był Arek Gołaś...
Pasjonaci historii bedą wiedzieć, że pod Ostrołeką rozegrała się jedna z ostatnich bitew powstania listopadowego - dziś upamiętnia ją mauzoleum, tzw. Forty Bema


Jak w każdym mieście jest kilka szkół, kilka kościołów, kilka pomników - ja jako ostrołęczanka znam ich historie, ale podróżujący z Warszawy na  Mazury czy do Białegostoku niestety nie zatrzymają się, by ogladać lokalne zabytki, gdyż niestety nie są zbyt atrakcyjne. Ci podróżujący,  nie widzą nawet największej atrakcji ostatnich lat - wiszącego mostu nad Narwią (podobno w Sewilli jest bardzo podobny:)) 

                                                  Zdjęcie z portalu epowiatostrolecki

Turyści nie widzą też nowej galerii, już takiej na miarę XXI wieku -  Galerii Bursztynowej  (bo kiedyś region był bursztynowym zagłębiem).
Ostrołęka od wielu lat stara się promować region kurpiowski - jest muzeum etnograficzne, są zespoły regionalne. Niedawno powstał nawet "Słownik gwary kurpiowskiej". Moja babcia posługiwała się gwarą, pisałam o niej (o gwarze, nie o babci)  swoją pracę magisterską,  "potrasiłam nawet mózić po kurpsiosku", więc słownik sobie  nadobyłam  i będę pokazywać w Irlandii, jak to kiedyś Kurpsie gadali...

 


Ostrołęka to dla mnie  miasto, gdzie są moi znajomi, przyjaciele; tu się zakochałam, wzięłam ślub, tu urodziły się moje dwie córki. Z regionem ostrołęckim związana jest prawie cała moja rodzina. Zawsze będę dumna z tego, że jestem ostrołęczanką i Kurpianką.
Co prawda nie ma zbyt wiele do zaoferowania (no może poza kinem, nowym aquaparkiem i galerią handlową), ale ja nawet wśród ostrołęckich blokowisk odnajduję swoje wspomnienia. Widzę, że miasto pięknieje. Rozwija się.
Jedno też wiem na pewno -wiem,  gdzie są najlepsze pączki na świecie!



Spacerując, doznałam jeszcze jednego  rozczarowania - w Ostrołece jest coraz mnie księgarni - ostrołeczanie coraz mniej czytają czy wybrali ebooki?  
W nowej galerii znalazłam jedną  nową  - Książnica zawitała na Kurpie. Oczywiście, nie omieszkałam 
zrobić zakupów, zwłaszcza, że mieli fajne promocje...
Zrobiłam też zakupy w książkowym dyskoncie - zaszalałam. Wszystko do Irlandii przewiózł mi kurier.


                                                 

Zima  na wyspie mi nie straszna...

A co czytałam? Opowiem niebawem:)


poniedziałek, sierpnia 11, 2014

Moje miejsce na ziemi

Łazy - maleńka miejscowość na pólnocnym Mazowszu, na Kurpiach. Tam spędziłam pierwsze lata mojego życia, tam mieszkała moja kochana babcia, tam jeździłam na wakacje. Uwielbiam to miejsce.
Z  czym mi się kojarzy? Oczywiście z kochanymi ludźmi, których już nie ma. Z beztroską, której już nie doznam. W tym momencie został tam pusty dom - mój dom...


 I teraz  mogłabym zacząć pisać książkę,  jakich teraz na rynku wiele. Kobieta zmęczona, zabiegana, ucieka gdzieś na wieś, bo właśnie odziedziczyła dom... Tam w ciszy spotyka wspaniałych ludzi, pokonuje wszystkie trudności, odnajduje szczęście i miłość...
Mogłabym, ale nie zacznę pisać, bo nie chcę uciekać, bo już raz uciekłam i mieszkam wystarczająco daleko, bo mam obok siebie wspaniałych ludzi - ale odbędę sobie nostalgiczną podróż.

Pali się w piecu, nie w kominku, tylko w piecu, na fajerach stoją garnki, babcia coś gotuje, pachnie przecudnie, siedzę oparta o ciepłe kafle, rozmawiam z babcią, z dziadkiem, z wujkiem. Nie potrzebujemy ani radia ani telewizji, by mieć o czym rozmawiać.


O świcie budzi mnie kogut i inne ptactwo - gęsi, indyki, kury. Wybiegam z domu, by zerwać wilgotne od rosy truskawki, najlepsze te na wpół dojrzałe... Tuż obok miejsce, gdzie bawimy się z braćmi w dom.
Zbiegam ze wzgórza, mijam majestatyczny świerk, który zasadził mój pradziadek. Widzę malinowe pole i kwiaty babci: mieczyki, piwonie, georginie i suchotniki   (dziś wiem,  że nazywają się kocankami).


Rosną  też porzeczki, agrest, jabłonie, wiśnie i mój ukochany rabarbar. Najlepszy taki świeży z cukrem... W kącie schowały się  konwalie. A tuż za płotem droga do lasu, gdzie w marcu  kwitną zawilce, a za lasem struga, niewielka rzeczka,  woda do pól łydki, sa nawet raki - znak, że czysto. Wiosną pełno tu kaczeńców.
  

Po drodze mijam wierzby, tatarak, są też maleńkie niezapominajki.
Przemawia do mnie taki patriotyczny zestaw numer 2b...
Od paru lat przez wieś prowadzi  asfaltowa droga, wcześniej była żwirówka, ale ja pamiętam polną drogę,  pylistą. Dziadek pozwalał mi powozić - wóz ciągnął niezwykle łagodny koń Maciek..
Na skraju wsi - krzyż z XIX wieku. Przychodziłam tu z babcią na majowe. Przy nim też żegnało się wszystkich, którzy odeszli...
Wzdłuż drogi do miasta lasy, w nich  jagody i grzyby.



Najpiękniejsze  i najśmieszniejsze zabawy z moimi braćmi - to też Łazy. Pierwsze prace w polu - zbieranie siana, wiązanie snopków zboża - kto to jeszcze potrafi robić?


A obok pola - grób nieznanego  żołnierza. Dziadek nie chciał opowiadać o czasach wojny - mówił tylko: "Enia, po co do tego wracać. Życia mu nie wrócisz, a o grób dbaj".



 Wykopki - zawsze w parze z dziadkiem - czemu nie pamiętam o czym rozmawialiśmy?! I ognisko na polu,  i ziemniaki (mówiło się raczej - kartofle)  z okopconą łupiną.


Czy można sobie wyobrazić wspanialsze miejsce?
 Ja nie potrafię... To moje miejsce na ziemi!

To miejsce ukształtowało moją wyobraźnię,  wrażliwość,  postrzeganie tego, co piękne i tego, co dobre  - babcia była, jest i będzie moim największym autorytetem.
Tam czytałam swoje pierwsze książki,  spacerowalam, marzyłam...

Takiego miejsca już nie ma. Dzisiejsze Łazy to przewrócone płoty, to zarośnięty ogród, to zniszczony dom, ale moim marzeniem jest,  by to miejsce było jak z moich wspomnień. Chciałabym je ożywić, by obok polskich piwonii rosły irlandzkie  hortensje...
Obserwując opuszczone domy, boleśnie odczuwam przemijalność. Bardzo bym nie chciała, by dom, w którym spędziłam najwspanialsze chwile stał pusty. Jednak nie wiem, czy mam siłę, by tam wrócić...



Jestem bardzo sentymentalną osobą, więc podczas pobytu w Polsce odwiedzałam  pusty dom dziadków kilka razy. Próbowałam przekazać dzieciom magię tego miejsca, opowiedzieć starszym córkom o ich dziadkach. Oczywiście bardzo podobał im się spokój tej wioski, ale raczej nie chciałyby tu mieszkać...
Kto wie, gdzie będziemy za kilka lat?...