wtorek, września 02, 2014

Przeczytane w wakacje ("List z powstania", "Prawo panny Murphy", "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął")

Wakacje się skończyły, więc czas się zmobilizować i wpomnieć o pozostałych wakacyjnych lekturach. 
Co udało się przeczytać?

 "List z powstania" Anny Klejzerowicz - nomen omen - piszę o tej książce 1 września, w 75 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Główną osią fabuły jest Powstanie Warszawskie, a  dokładniej - zaginięcie Hanki Bańkowskiej, młodej dziewczyny należącej do Szarych Szeregów, łączniczki.  Czytałam tę książkę w pierwszych dniach sierpnia - chciałam w ten sposób pokazać moim córkom, że pamietam o wydarzeniach sprzed siedemdziesięciu lat i że one też powinny. 1 sierpnia nie było nas w Warszawie, ale stanęłyśmy na chwile w ciszy, a potem dość długo rozmawiałyśmy. Moje dziewczyny są  harcerkiami, sporo wiedzą o czasach okupacji, o małym sabotażu - wiedzą, że nie wolno im zapomnieć o historii. Sięgnęłam po tematykę okołopowstaniową, by wzbudzić w sobie jakieś refleksję, aby nie wsłuchiwać się w medialne kłótnie o zasadność wybuchu powstania, tylko pomyśleć o jego uczestnikach, o ludziach, którzy zaryzykowali wszystko. Uważam, że było to Bohaterstwo. 
Spodziewałam się po książce czegoś więcej. Za mało powstania w książce o powstaniu. Tytułowy list pojawia się na samym końcu i jest nieprawdopodobnie gorzki i bolesny w swej wymowie. Powieść jest w zasadzie bardziej o poszukiwaniu rozwiązania zagadki zaginięcia uczestniczki powstania. Julia całe życie szukała siostry. Swoją obsesją zaraziła córkę, Mariannę. Ta też wszystko poświęciła się temu, by odnaleźć ciotkę, której nawet nie znała. Musiała zmagać się z ciężarem przeszłości. "List z powstania" mówi o tym, że są rany, które się nigdy nie zagoją, a im bardziej są rozdrapywane, tym bardziej bolą...
Wątki poplątane, bohaterowie niejednoznaczni, powstanie gdzieś w tle, a mnie brakowało napięcia. Nie mogłam się wczuć w emocje postaci - nie przekonały mnie. 
Po zakończonej lekturze sporo myślałam o naturze zła, o manipulowaniu uczuciami, o skomplikowanych międzyludzkich relacjach, o tym, czy warto poświęcić się historii, czy lepiej "z żywymi naprzód iść"..., czyli podsumowując,  magia książki zadziałała!

Anna Klejzerowicz ze swoją powieścią

***

 "Prawo panny Murphy" Rhys Bowen. Wybrałam tę książkę, ponieważ wiedziałam, że główna bohaterka jest Irlandką. Spojrzałam na tę postać przez pryzmat własnych doświadczeń na Zielonej Wyspie. Molly - tytułowa bohaterka - reprezentuje typowy irlandzki typ urody - ma rude włosy, jest niezwykle energiczna i, jak sama o sobie mówi, "ma niewyparzoną gębę". 

Ucieka z irlandzkiej wioski w hrabstwie Mayo, najpierw do Belfastu,  potem pod przybranym nazwiskiem do Nowego Yorku. Jest rok 1901, w Londynie umiera królowa Wiktoria, trwa fala emigracji Irlandczyków do Ameryki (trwa zresztą do dziś...). Molly na statku opiekuje się dwójką nieswoich dzieci. Podczas oczekiwania na zejście na wymarzony amerykański ląd dochodzi do morderstwa. Molly trochę przez przypadek, trochę dzięki wrodzonej przekorze,  a głównie z ciekawości rozpoczyna swoje śledztwo. Jest przy tym nieostrożna, niefrasobliwa, więc akcja trzyma w napięciu, ciągle się coś dzieje. W życiu Molly pojawia się też przystojny pan policjant ...- jest to bardzo kobiecy kryminał - jak najbardziej polecam! Sporo o Nowym Yorku początku XX wieku, o ówczesnych realiach. Lekko, z humorem, ale i z dbałością o detale. Właśnie czytam drugą część przygód Molly ("Śmierć detektywa") - powiem krótko - trzyma poziom! 


Mieszkam niedaleko Cobh, jednego z irlandzkich portów, skąd m.in. odpływał Titanic.Tu też stoi pomnik Annie Moore, jednej z pierwszych emigrantek do Ameryki. Tak mogła wyglądać Molly...

 
Tak dziś wyglądają irlandzkie wioski opuszczone przed dziesiątkami lat. 

***
"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson - "Brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników". A ja się pytam - jak zachwyca, skoro nie zachwyca? 
W wielu recenzjach widziałam określenie: szwedzki Forrest Gump - być może pasuje, podobieństwa zauważalne, i właśnie może o to chodzi, że jak dla mnie  - zbyt oczywiste. Od razu muszę podkreślić, że przedstawiam swoją bardzo subiektywną ocenę. A że Forresta uwielbiam (tak wersję literacką W. Grooma, jak i filmową z twarzą Toma Hanks'a), więc stulatek na mnie wielkiego wrażenia nie zrobił...                                                                                                    Allan Karlsson, tytułowy stulatek opuszcza dom spokojnej starości. Nie chce spokojnie czekać na śmierć. Wplątuje się w tak niesamowitą intrygę, że policja i prokuratura są bezsilne! Zresztą, gdzie on nie był, kogo nie poznał przed ukończeniem stu lat! Wymienię tylko nazwiska: H. Truman, W. Churchill, J. Stalin, Mao Zedong... Pływał łodzią podwodną, konstruował bomby, wpływał na losy świata... 
Natężenie nieprawdopodobnych sytuacji, w jakich znalazł się Allan, było dla mnie zdecydowanie zbyt duże i z tego też powodu nie uważam tej książki za wybitną. Jak dla mnie zbyt absurdalnie.


Doceniam fantazję autora - stworzył postać, której na pewno nie można określić nudną.
Dał czytelnikowi powieść z prostym przekazem - 1. Nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie; 2. Życie to wielka przygoda - trzeba za nią podążyć; 3. Tak żyć, by było co wspominać; 4. "Jest jak jest i będzie co będzie" ...
Warto przeczytać tę książkę, poznać historię świata z przymrużeniem oka, pośmiać się i wyrobić sobie własną opinię...
Jak dla mnie Forrest Gump kontra Allan Karlsson - 1:0

***


 Czas pochować słomkowe kapelusze i filtry przecisłoneczne, wyciągnąć z szafy kurtki przeciwdeszczowe (parasole w Irlandii się nie sprawdzają) i kalosze, koniecznie kalosze. A wieczorami rozpalać w kominku i chować się przed jesienią pod kocem, oczywiście z książką w ręku...


środa, sierpnia 27, 2014

Przeczytane w wakacje - ujęcie drugie ("Z grubsza Wenus")

Średnia temperatura urlopu wynosiła ponad 30 stopni - jak dla mnie - za gorąco. W Irlandii odzwyczaiłam się od upałów - ratowaliśmy się lodami, chowaniem w cieniu ( dużo chłodniej nie było), wyprawami na basen lub nad rzekę. Jednakże upał dał się we znaki. 
Letnie, bardzo skape stroje sprowokowały mnie do sięgnięcia po książkę Anny Fryczkowskiej "Z grubsza Wenus". Pomyślałam sobie, że się trochę pośmieję. Okładka sugerowała lekturę łatwą i przyjemną. Jednakże, jakież było moje zaskoczenie, gdy już po kilku stronach zorientowałam się, że ani tak łatwo ani tak śmiesznie nie będzie. 

 

Chciałoby się powiedzieć, ze to  wydanie drugie poprawione, bo książka ukazała się kilka lat temu pod tytułem "Straszne opowieści o otyłości i pożądaniu". Sama autorka we wstępie zaznacza, że ta jest "grubsza i mądrzejsza".  Nie znam pierwszej wersji - ta bardzo mi się podobała.
A o czym jest ? O kobietach zmagajacych się z nadwagą. O Janinie i Barbarze, ale można by też  powiedzieć, że o Kasi, Zosi, Marysi, czy innej pani z nadwagą. Z róznych powodów obie bohaterki trafiają na wczasy odchudzające. Mają myśleć tylko o tym, jak schudnać. Mają tak się odzywiać i tak ćwiczyć, żeby schudnać. A to wcale takie proste nie jest, bo każda z nich na ten turnus przyjechała z całych bagażem emocjonalnych balastów tego chudnięcia nie wspomagającym. Z ich rozmów , przemyśleń i  wspomnień wyłania się portret współczesnej kobiety - próbujacej odnaleźć siebie wśród setek różnych propozycji jak ma wygladać: historia pełna jest obrazów pięknych kobiet; prasa (zwłaszcza ta kolorowa) pokazuje jakieś wzorce urody; w telewizji pełno ślicznych, uroczych, a przede wszystkim szczupłych dziewczyn;  mężczyźni oczekują określonego  wizerunku... I te kobiety miotają się przed lustrem - w tym za grubo, w tym brzydko, w tym mnie już widzieli, a zielony teraz niemodny, i tak dalej... Najgorzej, gdy ciuchy z szafy dziwnie się skurczyły... 
Wenus z Milo
"Toaleta Wenus" P.P. Rubens 
Wenus z Willendorfu
Świadomie nie opowiadam fabuły - kobiety mają problemy -  różne, jednak wszystkie postrzegają przez pryzmat swojego wyglądu. Zapominają o prawdziwej kobiecości. 
Strasznie się mądrzę - sama zapominam... Od dzieciństwa ciągle słyszałam "Nie jedz tyle - będziesz grubsza niż wyższa .." - bolało, wciąż boli. Byłam pilnowana na każdym kroku. Sama się pilnowałam. I jako młoda kobieta byłam szczupła. Jednak długo to nie trwało, bo szybko pojawiły się dzieci i znów musiałam ze sobą walczyć, by nie wyglądać jak szafa.  Teraz już tego nie robię - nie walczę. Uczę się, jak o siebie dbać biorąc pod uwagę zdrowie. Staram się  polubić siebie, jednak proste to nie jest. Nie lubię swojego wizerunku z lustrze, nie cierpię zdjęć ze sobą. Moją obroną przed komentarzami czy dyskusjami o dietach i  ćwiczeniach jest śmiech, z samej siebie oczywiście. Mówię zawsze, że latem cień daję, zimą grzeję... Podobnie jak Janina zajadam stres - podobno robi tak  połowa populacji; druga nie może jeść, bo stres odbiera im apetyt. Poważne to uproszczenie schematu odżywiania, jednak trzeba przyznać, że temat odżywiania, jego jakości ( i ilości) niejednej pani spędza sen z powiek. 
Mnie nie. Chyba nie. Już nie. 
Książka Anny Fryczkowskiej prowokuje do takich przemyśleń. 
Opowiada o kobietach z nadwagą,  i owszem, ale mądrze, prawdziwie, choć odrobinę ironicznie. 
 To opowieść o partnerstwie, o samotności w związku, o braku zrozumienia.  O tym, że każdy potrzebuje akceptacji i szacunku. Każdy marzy o prawdziwym uczuciu. 
 Książka dotyka problemu przemocy domowej, tej psychicznej. Mężowie, którzy mówią żonom, że te są grube, nie zasługują na nie! Mężczyźni wyłacznie krytykujący wprawiają kobiety w kompleksy, w złe samopoczucie. 

Narodziny Wenus S. Botticelli
Na koniec muszę się zatrzymać przy samym tytule - bardzo mi się podoba gra słów z Wenus w roli głównej:) Każdą z kobiet da się określić mianem tej bogini - tak z grubsza... Nieprawdaż?

Książka typowo kobieca, ale nie harleqinowata. Książka inteligentnie opowiadająca o potyczkach z własnym ciałem. Książka warta polecenia!


poniedziałek, sierpnia 25, 2014

Przeczytane w wakacje - ujęcie pierwsze ("Złodzieje koni")


Z wakacji wróciłam już kilkanaście dni temu, ale powrót do irlandzkiej rzeczywistości nie był najłatwiejszy. Po pierwsze pogoda - w  Polsce upały, w Irlandii wilgotne powietrze; po drugie czas  - tylko godzina różnicy, jednakże zauważalna przez organizm, a zwłaszcza przez potrzebę snu. Trzecia sprawa to rozstanie z rodziną. To ta najtrudniejsza część wyjazdów. Między moimi najmłodszymi dziećmi a ich pradziadkami wytworzyla się w ciągu trzech tygodni pobytu niesamowita więź. Bardzo do siebie lgnęli ci najstarsi i najmłodsi w rodzinie. I ja musiałam to przerwać; patrzeć na łzy dziadków - bolało... Nic nie pisałam, bo musiałam się na nowo odnaleźć, uporządkować myśli, wylizać rany...




W Irlandii już jesień, czuć ją w powietrzu, widać pierwsze żółte liście. Za chwilę rozpocznie się kolejny rok szkolny. Natalia za chwilę będzie obchodzić szesnaste urodziny, myśli o zbliżającej się maturze, zastanawia się nad kierunkiem studiów - ma bardzo ambitne plany. Alicja idzie do gimnazjum - nowi ludzie, nowe doświadczenia, więcej nauki - łatwo nie będzie (ona jest taka wrażliwa...). Przed Gabrysią też niełatwe zadanie - pierwszy rok w irlandzkiej podstawówce. Obawiam się bariery językowej -  w domu mówimy przecież tylko po polsku, ale wiem, że trudny będzie tylko początek. Już skompletowałyśmy cały mundurek - starsze córki przypominają sobie swoje początki w tutejszej szkole. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani!
Porządkuję swoje zdjęcia, spisuję zaznaczone cytaty, porządkuję notatki z wrażeniami - czas na podsumowanie.
W wakacje przeczytałam prawie 2000 stron - dużo -  niedużo... Planowałam spędzić wakacje z książką, chciałam w czasie pobytu w Polsce podrzucić dzieci dziadkom, zaszyć się gdzieś w ogrodzie i czytać, ale plany sobie, życie sobie. Patrząc na rodziców i teściów stwierdziłam, ze nie mogę im tego zrobić. Czekali na nas, chcieli spędzić z nami porozmawiać. Ponadto, musieliśmy jakoś zorganizować rozrywki dzieciom, a jednocześnie rodzinnie spędzić czas, a więc był basen, kino, plac zabaw, plaża nad rzeką, wycieczka do lasu, znów basen...

                                       


















 I czas, który miałam poświęcić książkom jakoś uciekał, ale nie żałuję. Potrzebowałam takiego wypoczynku. Gdy chciałam odpocząć od rodziny, jechałam do przyjaciółki - jedynej w Polsce. Rozmawiałyśmy, wspólnie milczałyśmy, patrzyłyśmy na nasze pociechy. Nasz wyjazd do Irlandii bardzo zweryfikował nasze znajomości. Została Ania - bardzo Ci dziękuję kochana, że jesteś!



Czytałam wieczorami lub raczej nocą. Nawet około pólnocy było ciepło i duszno. Wychodziłam na taras i cieszyłam się tym, że mój Paperwhite ma podświetlony ekran. Niesamowity wynalazek!!!


 Jeszcze w Irlandii zaczęłam czytać książkę  Remigiusza Grzeli - "Złodzieje koni". Mądra, choć trudna. Ciekawa, choć niejednoznaczna. Prawdziwa, choć mroczna. Piekna, choć wulgarna. W jednej opowieści - trzy opowieści; trzy sposoby postrzegania świata, trzy perspektywy, trzech narratorów. Dziadek, ojciec i syn. Jednakże relacje między nimi trudno nazwać sielskimi. I ta potrójność wypowiedzi sprawia, że książka jest tak cenna!
Spojrzenie w przeszłość Stanisława - starszego  pana, takiego po osiemdziesiątce. Jego próba  rozliczenia się kontrowersyjnymi działaniami z lat młodości. To, kim był i jakie decyzje podejmował zaraz po wojnie, znacząco wpływa na to, jak wyglada jego starość. Okazuje się, że nie można uciec za ocean, by się oczyścić. Z jego wspomnień wyłania się portret człowieka żyjącego pozorami. Przykry to obraz.
Spojrzenie Jerzego -  człowieka w średnim wieku. Jego pretensje do siebie, a przede wszystkim do najbliższych. Chociaż, czy ojca może zaliczyć do  najbliższych? Raczej  nie... Czy syn jest bliską mu osobą - też nie - nawet nie potrafią rozmawiać... Żona - chyba tylko ona go rozumie. Niespełniony aktor, nawet nie chodzący na castingi. Nieszczęsliwy człowiek - trudny to portet.
Spojrzenie Kamila  -  młodego człowieka próbującego odnaleźć swoje miejsce. Miotającego się między tym, co powinien, a co by chciał. Gdy w pracy, na planie filmowym, poznaje bezdomnego, ten okazuje się być mu bliższy niż ojciec. To jego opowieści, a potem śmierć, pozwalają mu rozpoznać to, na czym mu zależy. Jego życie i decyzje pozwalają czytelnikowi mieć nadzieję, że zła passa mężczyzn z tej rodziny się skończy. Optymistyczny to sygnał.
Pomimo, że jest to męska proza o mężczyznach są tu też kobiety. I odgrywają znaczącą rolę. Pozwalają mężczyznom się określić. Stanisław miał  Łondę, Jerzy ma Ewę, Kamil spotyka się z Kingą, jednak postacią łączącą  jest Nika. A tak naprawdę tylko jej wspomnienia nagrane przed śmiercią na kasety. Stanisław od niej uciekł, zostawił ją z dzieckiem. Jerzy jej nie rozumiał. I Kamil, który jej dobrze nie poznał - nie zdążył...




We wstępie autor zaznacza, ze bohaterowie powieści to ludzie, których zna, z którymi rozmawiał i co ważne - którzy nie podali mu na tacy gotowych wniosków. Autor też ich nie szuka. Zostawia czytelnika z niepewnością, z pewnym bólem w duszy, ze świadomością tragizmu ludzkich losów. Jednakże nie można mieć do autora pretensji, bowiem na okładce jest informacja, że sięgamy po książkę "o niebezpieczeństwie odkrywania rodzinnych tajemnic, groźnym wpływie historii kreującej zastępy bohaterów niezdolnych do życia."

Pomimo tego bólu - warto po tę powieść sięgnąć! A nawet trzeba!


O kolejnych wakacyjnych lekturach - wkrótce...






wtorek, sierpnia 19, 2014

Droga na Ostrołękę


Czy wiecie, gdzie jest Ostrołęka? Czy wiecie, gdzie są Kurpie? To wiecie, skąd pochodzę... Wiecie, gdzie spędziłam mój tegoroczny urlop:) Wiecie, jak wygląda naprawdę droga na Ostrołękę?
Jadąc z Warszawy, tak:

 

Przydrożne rzeżby

                                                 Z Olsztyna do Ostrołęki

Spacerując ulicami Ostrołęki, szukałam czegoś, czym te miasto mogłoby się szczycić i niestety uświadamiałam sobie, że niczym szczególnym pochwalić się nie może. Kiedyś było to miasto wojewódzkie, dziś tylko siedziba władz powiatu. Kiedyś miasto znane z największej w Polsce fabryki celulozy i papieru - co prawda dalej  w tym zakładzie  produkuje się tekturę i papier, ale renoma zakładu jest już inna ( firma w większości należy do Szwedów).
Zastanawiałam się, czy jest ktoś sławny, kto z Ostrołęki pochodzi i tu też niestety rozczarowanie. Kto zna twórczość Edwarda Kupiszewskiego? Kto wie, że jakiś tancerz z popularnego telewizyjnego show pochodzi z tego  miasta? Kibice  siatkówki będą pamiętać, kim był Arek Gołaś...
Pasjonaci historii bedą wiedzieć, że pod Ostrołeką rozegrała się jedna z ostatnich bitew powstania listopadowego - dziś upamiętnia ją mauzoleum, tzw. Forty Bema


Jak w każdym mieście jest kilka szkół, kilka kościołów, kilka pomników - ja jako ostrołęczanka znam ich historie, ale podróżujący z Warszawy na  Mazury czy do Białegostoku niestety nie zatrzymają się, by ogladać lokalne zabytki, gdyż niestety nie są zbyt atrakcyjne. Ci podróżujący,  nie widzą nawet największej atrakcji ostatnich lat - wiszącego mostu nad Narwią (podobno w Sewilli jest bardzo podobny:)) 

                                                  Zdjęcie z portalu epowiatostrolecki

Turyści nie widzą też nowej galerii, już takiej na miarę XXI wieku -  Galerii Bursztynowej  (bo kiedyś region był bursztynowym zagłębiem).
Ostrołęka od wielu lat stara się promować region kurpiowski - jest muzeum etnograficzne, są zespoły regionalne. Niedawno powstał nawet "Słownik gwary kurpiowskiej". Moja babcia posługiwała się gwarą, pisałam o niej (o gwarze, nie o babci)  swoją pracę magisterską,  "potrasiłam nawet mózić po kurpsiosku", więc słownik sobie  nadobyłam  i będę pokazywać w Irlandii, jak to kiedyś Kurpsie gadali...

 


Ostrołęka to dla mnie  miasto, gdzie są moi znajomi, przyjaciele; tu się zakochałam, wzięłam ślub, tu urodziły się moje dwie córki. Z regionem ostrołęckim związana jest prawie cała moja rodzina. Zawsze będę dumna z tego, że jestem ostrołęczanką i Kurpianką.
Co prawda nie ma zbyt wiele do zaoferowania (no może poza kinem, nowym aquaparkiem i galerią handlową), ale ja nawet wśród ostrołęckich blokowisk odnajduję swoje wspomnienia. Widzę, że miasto pięknieje. Rozwija się.
Jedno też wiem na pewno -wiem,  gdzie są najlepsze pączki na świecie!



Spacerując, doznałam jeszcze jednego  rozczarowania - w Ostrołece jest coraz mnie księgarni - ostrołeczanie coraz mniej czytają czy wybrali ebooki?  
W nowej galerii znalazłam jedną  nową  - Książnica zawitała na Kurpie. Oczywiście, nie omieszkałam 
zrobić zakupów, zwłaszcza, że mieli fajne promocje...
Zrobiłam też zakupy w książkowym dyskoncie - zaszalałam. Wszystko do Irlandii przewiózł mi kurier.


                                                 

Zima  na wyspie mi nie straszna...

A co czytałam? Opowiem niebawem:)


poniedziałek, sierpnia 11, 2014

Moje miejsce na ziemi

Łazy - maleńka miejscowość na pólnocnym Mazowszu, na Kurpiach. Tam spędziłam pierwsze lata mojego życia, tam mieszkała moja kochana babcia, tam jeździłam na wakacje. Uwielbiam to miejsce.
Z  czym mi się kojarzy? Oczywiście z kochanymi ludźmi, których już nie ma. Z beztroską, której już nie doznam. W tym momencie został tam pusty dom - mój dom...


 I teraz  mogłabym zacząć pisać książkę,  jakich teraz na rynku wiele. Kobieta zmęczona, zabiegana, ucieka gdzieś na wieś, bo właśnie odziedziczyła dom... Tam w ciszy spotyka wspaniałych ludzi, pokonuje wszystkie trudności, odnajduje szczęście i miłość...
Mogłabym, ale nie zacznę pisać, bo nie chcę uciekać, bo już raz uciekłam i mieszkam wystarczająco daleko, bo mam obok siebie wspaniałych ludzi - ale odbędę sobie nostalgiczną podróż.

Pali się w piecu, nie w kominku, tylko w piecu, na fajerach stoją garnki, babcia coś gotuje, pachnie przecudnie, siedzę oparta o ciepłe kafle, rozmawiam z babcią, z dziadkiem, z wujkiem. Nie potrzebujemy ani radia ani telewizji, by mieć o czym rozmawiać.


O świcie budzi mnie kogut i inne ptactwo - gęsi, indyki, kury. Wybiegam z domu, by zerwać wilgotne od rosy truskawki, najlepsze te na wpół dojrzałe... Tuż obok miejsce, gdzie bawimy się z braćmi w dom.
Zbiegam ze wzgórza, mijam majestatyczny świerk, który zasadził mój pradziadek. Widzę malinowe pole i kwiaty babci: mieczyki, piwonie, georginie i suchotniki   (dziś wiem,  że nazywają się kocankami).


Rosną  też porzeczki, agrest, jabłonie, wiśnie i mój ukochany rabarbar. Najlepszy taki świeży z cukrem... W kącie schowały się  konwalie. A tuż za płotem droga do lasu, gdzie w marcu  kwitną zawilce, a za lasem struga, niewielka rzeczka,  woda do pól łydki, sa nawet raki - znak, że czysto. Wiosną pełno tu kaczeńców.
  

Po drodze mijam wierzby, tatarak, są też maleńkie niezapominajki.
Przemawia do mnie taki patriotyczny zestaw numer 2b...
Od paru lat przez wieś prowadzi  asfaltowa droga, wcześniej była żwirówka, ale ja pamiętam polną drogę,  pylistą. Dziadek pozwalał mi powozić - wóz ciągnął niezwykle łagodny koń Maciek..
Na skraju wsi - krzyż z XIX wieku. Przychodziłam tu z babcią na majowe. Przy nim też żegnało się wszystkich, którzy odeszli...
Wzdłuż drogi do miasta lasy, w nich  jagody i grzyby.



Najpiękniejsze  i najśmieszniejsze zabawy z moimi braćmi - to też Łazy. Pierwsze prace w polu - zbieranie siana, wiązanie snopków zboża - kto to jeszcze potrafi robić?


A obok pola - grób nieznanego  żołnierza. Dziadek nie chciał opowiadać o czasach wojny - mówił tylko: "Enia, po co do tego wracać. Życia mu nie wrócisz, a o grób dbaj".



 Wykopki - zawsze w parze z dziadkiem - czemu nie pamiętam o czym rozmawialiśmy?! I ognisko na polu,  i ziemniaki (mówiło się raczej - kartofle)  z okopconą łupiną.


Czy można sobie wyobrazić wspanialsze miejsce?
 Ja nie potrafię... To moje miejsce na ziemi!

To miejsce ukształtowało moją wyobraźnię,  wrażliwość,  postrzeganie tego, co piękne i tego, co dobre  - babcia była, jest i będzie moim największym autorytetem.
Tam czytałam swoje pierwsze książki,  spacerowalam, marzyłam...

Takiego miejsca już nie ma. Dzisiejsze Łazy to przewrócone płoty, to zarośnięty ogród, to zniszczony dom, ale moim marzeniem jest,  by to miejsce było jak z moich wspomnień. Chciałabym je ożywić, by obok polskich piwonii rosły irlandzkie  hortensje...
Obserwując opuszczone domy, boleśnie odczuwam przemijalność. Bardzo bym nie chciała, by dom, w którym spędziłam najwspanialsze chwile stał pusty. Jednak nie wiem, czy mam siłę, by tam wrócić...



Jestem bardzo sentymentalną osobą, więc podczas pobytu w Polsce odwiedzałam  pusty dom dziadków kilka razy. Próbowałam przekazać dzieciom magię tego miejsca, opowiedzieć starszym córkom o ich dziadkach. Oczywiście bardzo podobał im się spokój tej wioski, ale raczej nie chciałyby tu mieszkać...
Kto wie, gdzie będziemy za kilka lat?...




poniedziałek, lipca 14, 2014

"Zawsze oczekuj nieoczekiwanego, a nigdy się nie pomylisz" - "Zawołajcie położną"

Aż chciałoby się powiedzieć za Koheletem - "jest czas rodzenia i czas umierania"... W zeszłym tygodniu pogrzeb mojego wujka, teraz urodziny mojej Alicji ( już 13!!!). Po książkach o śmierci chciałam przeczytać coś o narodzinach.  Jednakże książka " Zawołajcie położną" Jennifer Worth przypomniała mi, że granica między życiem i śmiercią jest bardzo płynna. Nic nowego w tym momencie nie stwierdzam, ale podczas lektury uświadomiłam sobie, jak czesto o tym zapominamy. Przypomniałam sobie czas spędzony na porodówce w Polsce, gdy rodziłam moje starsze córki, a także w Cork, gdzie na świat przyszły moje młodsze dzieci. Wspominałam chwile, gdy trzymałam swoje skarby na rękach, gdy płakałam z radości, że takie śliczne, że zdrowe. Nikt mi nie wmówi, że kolejne porody to rutyna - za każdym razem przeżywałam, wzruszałam się i niezmiernie cieszyłam. 
Nigdy nie lubiłam zwrotu - urodził się. Jak to  - się? Urodziła matka. Moim zdaniem urodziny dziecka,to także święto jego matki ...


Jennifer Lee - była w Paryżu na pokazach mody najsłynniejszych projektantów, mogła zostać modelką lub stewardessą - została położną. 
Trochę przez przypadek trafiła do Domu Nonnata sióstr anglikańskich. Na początku praca z zakonnicami, była czymś osobliwym, ale z czasem okazało się, że ich sposób pracy, a przede wszystkim podejście do pracy i  pacjentek bardzo korzystnie wpłynęło na młodą pielegniarkę.
Książka "Zawołajcie położną" nie jest tylko  jej historią. Jenny jest narratorką, a prawdziwymi bohaterkami są kobiety, matki z londyńskiego East Endu lat 50-tych.  Jenny tym kobietom jedynie towarzyszy. I znów błąd - jak to -  jedynie? Jej obecność, wiedza i umiejętności umożliwiały to, że kobiety mogły urodzić swoje  dziecko w domu.


Jennifer Worth (1935-2011)

Podobno najlepsze scenariusze układa życie. Książka "Zawołajcie położną" opiera się na wspomnieniach autorki. Opowiada o ludziach, z którymi współpracowała, o matkach i ich dzieciach i przy okazji też o Londynie.  Szokujące były opisy warunków życia na East End. Po pierwszych kilku stronach miałam wrażenie, że zetknę się z opisami bardzo prymitywnych metod pomocy rodzącym kobietom. Jednakże byłam bardzo zaskoczona profesjonalizmem, naturalnymi sposobami, a nade wszystko zaangażowaniem położnych.  Opisów samych porodów nie ma wielu, dla mnie (matki czwórki dzieci urodzonych naturalnie) nie były one zbyt dosłowne czy krwiste. Jennifer pokazała porody z całym ich bólem i pięknem jednocześnie. Poród bożonarodzeniowy jest wręcz magiczny...


                                             
Odebrałam tę ksiązkę przede wszystkim jako apoteozę kobiecej siły, miłości i mądrości. Najbardziej poruszyła mnie historia Conchity Warren - matki 25 dzieci, nie pomyliłam się - dwadzieścioro pięcioro!
Spora gromadka, ale od razu muszę dodać, że ta liczba nie ma związku z żadną patologią.
Jenny opowiada o dwóch porodach Conchity, o wsparciu męża, o niesamowitym instynkcie macierzyńskim. Zdradza również sekret szczęśliwego  małżeństwa Warrenów - ona nie mówi po angielsku, on nie zna ani słowa po hiszpańsku...
W książce można znaleźć kilka wzruszających historii - o Mary, która uciekła z Irlandii do Londynu, by szukać szczęścia i spokoju; o pani Jenkins, którą bieda doprowadziła do obłędu czy też niespodziewanej chorobie Sally. Trzeba przeczytać!
Są też fragmenty pogodne, a czasem nawet śmieszne. Do łez rozbawiły mnie metody pracy siostry Angeliny, a zwłaszcza jej oczyszczające atmosferę pierdnięcie:) Albo scena świńskich zalotów, którą zachwycała się siostra Julienne - niesamowita!
Zanim zaczęłam pisać opinię o tej książce, chciałam poszukać jakichś informacji o dalszych losach autorki. Dowiedziałam się, że swoje wspomnienia spisała w trzech tomach, z czego drugi w Polsce ukaże się w 2015 roku. Już wpisuję na listę lektur obowiązkowych. 
W oparciu o książkę powstał też serial  "Z pamiętnika położnej" - obejrzałam pierwszy odcinek. Bardzo ciekawy! Lada dzień lecę na trzy tygodnie do Polski, więc mam nadzieję, że znajdę czas, by obejrzeć pozostałe odcinki. 




Moja ocena - oczywiście - 6/6

sobota, lipca 05, 2014

"Poryczeć się jak dziecko jest dobrze" - "Gwiazd naszych wina", "Zorkownia"

Zdążyłam. Pożegnałam się.




W drodze do Polski, w  samolocie doczytałam książkę Johna Greena "Gwiazd naszych wina". Sięgając po nią, nie kierowałam się tym, że ostatnio ten tytuł jest popularny ani tym, że w kinach jest teraz film pod tym samym tytułem. Motywacją dla mnie było to, iż  przeczytała ją moja córka - przeczytała w dwa dni, spłakała się strasznie i... zaczęła ponownie czytać. Mówiła, że to piękna książka. Trudna, smutna, ale piękna. Musiałam to sprawdzić.
I faktycznie - bardzo ciekawa książka. Przejmująca...

 
Moja Ala ze swoją ulubioną  książką na huśtawce u nas przed domem. I rysunek Ali. 

Młodzi ludzie raczej nie myślą o śmierci - i jest to zupełnie naturalnie, jest przecież tyle przyjemnych tematów. Czasem jednak muszą się zmierzyć z odejściem kogoś bliskiego. Dobrze, że są książki, które przybliżają ten temat. W kanonie lektur jest "Mały Książę" - piękna, pełna symboli opowieść. Jest też historia Oscara i pani Róży. Obie te historie na pewno wzruszą młodych wrażliwych czytelników. Książka Johna Greena będzie dla nastolatków tym cenniejsza, że temat śmierci pokazany jest z nastoletniej perspektywy, miłość i śmierć pojawiają się  w tej książce równolegle -  ta książka mogłaby być lekturą szkolną, powinna być.


Nie chcę jej ani strzeszczać ani omawiać, bo odebrałam ją przez pryzmat ostatnich wydarzeń. Zresztą  w internecie można znaleźć mnóstwo  reenzji tej książki ( np. tu). Dodam - pochlebnych recenzji. Tym pochlebniejszych o ile recenzent młodszy... Taka zależność.
Oprócz historii o chorobie, śmierci, miłości - dla mnie była to przede wszystkim książka o fascynacji książką. Śmiertelnie chora nastolatka najbardziej marzy o tym, by poznać dalsze losy bohaterów swojej ukochanej  książki.
Mnie "Gwiazd naszych wina" nie do końca przekonała (może przez te amerykańskie realia), ja nie płakałam, ale jak najbardziej polecam. Warto przeczytać, warto podsunąć młodzieży.

W Polsce byłam zaledwie trzy dni. Poleciałam, by odwiedzić umierającego wujka, by spędzić z nim czas. Przyznam, że bardzo bałam się wizyty w hospicjum. Moje obawy wynikały z mojej niewiedzy.  By oswoić się z tematem sięgnęłam po "Zorkownię" - książkę-pamiętnik, książkę-blog, ksiązkę-zapis spotkań z umierającymi, z rodzinami chorych. Książka bardzo mi pomogła, a jednocześnie poruszyła.
Przede wszystkim jestem pod ogromnym wrażeniem ciepła, siły, spokoju wolontariuszki, która spisuje swoje wrażenia. Jej szacunek dla cierpiących ludzi jest godny podziwu.
Ja  byłam tylko przy jednym chorym, i to bliskim, i było to dla mnie bardzo trudne przeżycie. Pani Agnieszka Kaługa przedstawiła historie bolesne, a jednocześnie niosące pocieszenie. Autorka musiała poradzić sobie ze śmiercią swojego maleńkiego dziecka. Formą terapii były wizyty w hospicjum, pomoc sobie przez pomoc innym. Potem był blog  - zorkownia (tu rozmowa z autorką).  Podtytuł bloga - hospicyjna myśloodsiewnia - dla mnie taką myśloodsiewnią była właśnie ta książka - pozwoliła oswoić myśl, że odchodzi bliska osoba; nie myśleć, że cierpi się samemu;  przeczytać o cierpieniu innych, o mniejszych i większych rodzinnych tragediach, o sytuacjach, gdy śmierć jest wybawieniem...
Śmierć jest częścią życia, śmierć kojarzy się ze smutkiem, łzami, ale dzięki Zorce wiem, że może być pełna spokoju, nabożeństwa, iż ważna jest wtedy obecność, czasami ciepły gest, kilka słów, a czasem milczenie.
"Zorkownia" to zdjęcia utrwalane słowami: pstryk - zdjęcie z życia, pstryk - uczucia piękne,wzniosłe; pstryk - uczucia wstydliwe, przykre...
Dodatkowym atutem jest piekny, prosty język, niezwykła poetyckość, metaforyczność.
Niesamowita książka!




Zdążyłam być u wujka dwa razy -  dwie trudne wizyty, dwie ważne rozmowy, kilka trudnych godzin milczenia, obserwacji świadomości odchodzenia. Niezwykła metafizyka tych spotkań, powiedziałabym magia - zostanie ze mną na zawsze...

Pytałam, czy do niego zaglądają jacyś wolontariusze. Mówił, że są, ale on nie chce rozmawiać, nigdy nie był wylewny.  Dobrze, że są ludzie tacy jak autorka "Zorkowni", że  towarzyszą chorym, starszym, samotnym ludziom w ostatnich dniach; że poświęcają swój czas, by po prostu być.
Piszę o wujku w czasie przeszłym, bo spełniło się jego marzenie - nie męczył się długo.  Odszedł w nocy, we śnie.. W drodze na lotnisko chcieliśmy się z nim pożegnać, ale zastaliśmy puste łózko.
Została pamięć, wspomnienia z dzieciństwa  i te kilka ostatnich zdań..